>08.02 Pod murem

>Minione dwa dni spędziliśmy w Hue, przyjemnym dla oka mieście szeroko rozlanym nad rzeką o przyjemnej dla ucha nazwie – Perfume River. Jeden z dni poświeciliśmy na wycieczkę do strefy zdemilitaryzowanej. Pooglądaliśmy zakurzone zdjęcia w muzeach, pogapiliśmy się na żelastwo, które zostawili za sobą amerykańscy najeźdźcy, zajrzeliśmy do lejów po bombach. To obowiązkowy choć niezbyt porywający element podróży po tym kraju. Nieco większe wrażenie zrobiły na nas tunele Wietkongu – sięgające nieraz przeszło 25 m pod ziemię, ciasne, ciemne, wilgotne. Po 15 minutach zrobiło nam się niewygodnie i duszno. Setki Wietnamczyków przeżyło tam 6 lat. My jak po kilku latach w tunelu czuliśmy się po 15 godzinach w autobusie relacji Hue-Hanoi. 15 godzin po zatłoczonych drogach wśród wrzeszczących dzieci, wymiotujących kobiet, bawiących się telefonami komórkowymi mężczyzn. Do stolicy dotarliśmy nad ranem.

Plan był prosty – po Wietnamie dalej na północ i dalej na wschód. Aż do Pekinu, aż pod wielki mur. Ale mur zagrodził nam drogę już w Hanoi. Przybrał on postać chińskiej ambasady, w której mieliśmy załatwić wizy. Gdy w końcu dotarliśmy pod jej bramy z garścią dolarów w kieszeni i kserokopiami paszportów w dłoniach czekał nas gorzki zawód. Niemiła pani zza szybki oznajmiła, że wiz nie dostaniemy bo ambasada w Hanoi od roku nie wydaje ich turystom. Spróbować możemy na drugim końcu kraju, w Sajgonie, albo w jednym z państw ościennych, rezultaty niegwarantowane i w ogóle nikt nic nie wie.

Co robić? W którym kierunku odbić? Na zachód do Laosu i dalej gdzie oczy poniosą? Na południe do Malezji? Z powrotem do Bangkoku i samolotem do domu? Porównanie stanu konta z cenami biletów lotniczych dało natychmiastowe wyniki – nie stać nas na latanie samolotami po okolicy. Z odsieczą przyszła agencja turystyczna, która za dodatkowych 30 dolarów wyśle nasze paszporty do HCMC. Zatem jednak Chiny.

Na pocieszenie dostaliśmy Hanoi. Miasto, które się nie patyczkuje, wali między oczy, z półobrotu. Nas na dzień dobry uraczyło widokiem mięsa, psiego mięsa. Stragany uginające się pod wypatroszonymi psimi tuszami, martwe psy zwisające z rzeźnickich haków, tasaki odrąbujące łapy i głowy. Wiele o tym słyszeliśmy ale to trzeba zobaczyć, żeby przestać rozumieć.

Na szczęście dalej było już tylko lepiej. Wreszcie znaleźliśmy w Wietnamie azjatycką metropolię z prawdziwego zdarzenia. Zatłoczoną ponad granice możliwości, szturmującą hałasem jak szkolny korytarz na przerwie, wspaniałe. Gdy minęło obrzydzenie po porannych widokach przyszedł głód. Zabiliśmy go jedną z najlepszych ulicznych zup jakie jedliśmy w Azji. Gęsty rosół z mięsnymi kulkami i kawałkami wieprzowiny zaprawiany sokiem z kwaśnej mandarynki. Wieczorem przyszło pragnienie. Zaspokoiliśmy je najtańszym piwem na świecie. 3000 dongów (50gr) za strzelistą szklankę zimnego napoju. Tanie jednak nie znaczy w tym przypadku niedobre, wręcz przeciwnie.

Na dobranoc dostaliśmy jeszcze jednego kopniaka. W menu restauracji, w której jedliśmy kolację, obok sajgonek, nudli z kurczakiem i ryżu znalazły się żaby, żółwie, gołębie i…koty. Wietnamczycy nie zważając na to co myślą inni chodzą swoimi własnymi kulinarnymi drogami.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.