>1.02 Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie…

>…chcieliście Wietnam, no to go macie. Pisałem o europejskich klimatach, o moskiewskich cenach, o małomiasteczkowych widoczkach, o kontynentalnej roślinności. Wietnam się obraził i postanowił pokazać na co go stać.

Rankiem zerwaliśmy się z łóżek i chwilę po śniadaniu pomknęliśmy w góry, zdobyć szczyt LangBiang (2169mnpm). Zaczęło się niewinnie – wyasfaltowana, łagodnie pnąca się w górę droga, iglasty las, zapach żywicy. Z za któregoś z kolei zakrętu wyłonił się drogowskaz i stanęliśmy przed wyborem – w lewo 2 km do widoku na jezioro, w prawo 3 km na szczyt. Wybraliśmy prawidłowo. Asfalt w mig zmienił się w przykrytą sosnowymi igłami ścieżkę, łagodne podejście zaczęło się robić coraz bardziej strome.

Nie wiem kiedy przewiewny sosnowy zagajnik zmienił się w dżunglę, nie wiem kiedy szeroka droga zmieniła się w ledwie widoczną ścieżkę w zaroślach, wiem że niespodziewanie trafiliśmy w gąszcz, który chłonąć można niemal wszystkimi zmysłami. W oczach powódź zieleni we wszystkich odcieniach, od gnijącej pod stopami po jaskrawą nad głowami. Zieleń, którą można powąchać, której niemal da się posmakować. Wysoko górze, tam gdzie niebu udaje się przebić przez gęstwinę, maluje się seledynowo błękitny witraż. W nosie aromat grzybów, soczysta woń ziół. W uszach bzyczenie owadów łudząco podobnych do tych z książek o prehistorii, śpiew ptaków, których repertuar obnaża miernotę największych serwisów z dzwonkami do komórek. Na skórze głaszczący dotyk liści we wszystkich kształtach i rozmiarach, kolczaste ukłucia chaszczy, łaskotanie potu na plecach.

Ścieżka może być wszędzie i nigdzie. Czasami wabi nas jakieś rozjaśnienie między drzewami ale kilka metrów dalej zderzamy się z zieloną ścianą. Początkowo obrany szlak zamiast na szczyt prowadzi dookoła góry. Zawracamy, krążymy, wreszcie trafiamy tam, gdzie chcemy. Żeby piąć się w górę nie wystarczają już nogi, mokra glina pod stopami nie daje oparcia, trzeba pomagać sobie rękami, chwytać się gałęzi, szukać zagłębień w kamieniach. I nagle równie niespodziewanie jak w nie trafiliśmy, wychodzimy z zarośli i stajemy na szczycie. Nad nami i wszędzie dookoła malowniczo zachmurzone niebo. Daleko w dole falujący krajobraz ciągnący się aż po horyzont. 360 stopni zapierającej dech panoramy.

Dwie godziny później odpoczywamy w hotelowym pokoju, jemy świeże truskawki, masujemy obolałe mięśnie i podziwiamy odkryte dzisiaj oblicze Wietnamu.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.