Wietnam

10.02 High Noi

Hanoi to miasto pod wpływem, pijane, naćpane, poza kontrolą. Takiego ruchu jak tu nie widzieliśmy nigdzie. Zewsząd i we wszystkich kierunkach płynie rzeka ludzi, na skuterach, na rowerach, w samochodach, na piechotę, . W którą stronę by się nie ruszyć zawsze idzie się pod prąd. Czasami prościej i bezpieczniej jest brnąć środkiem ulicy niż chodnikami zastawionymi pełnymi wrzącego oleju wokami, garami z parującymi wywarami.

Chili and fruits

Nie sposób też przemknąć poboczem – to miejsce upodobały sobie uliczne sprzedawczynie owoców albo szewcy, którzy żeby zdobyć klienta potrafią chwycić go za nogę i siłą ściągnąć but z zaskoczonej stopy. Nie pomagają też płonące tu i ówdzie kupki śmieci, płynące rynsztokiem resztki.

Gravestones vendors in Hanoi

Przy tym wszystkim nawet na chwilę nie można się skupić na manewrowaniu w tej kipieli. Nie w tym hałasie. Orkiestra klaksonów koncertuje od świtu do zmroku, rikszarze bez chwili wytchnienia próbują namówić nas na przejażdżkę, wieczorem dochodzi do tego jeszcze sącząca się z rozwieszonych po całej okolicy megafonów komunistyczna propaganda (nie trzeba mówić po wietnamsku by poznać, że to właśnie to).

Vietnam Flags

Oczy też nie znajdują wytchnienia. Na słupach, nad bramami, na drzewach łopoczą czerwone flagi, żółte gwiazdy, sierpy i młoty. Na skwerach prężą się przodownicy pracy, dzierżący miotły marmurowi zamiatacze stoją ramię w ramię z uzbrojonymi po zęby żołnierzami, ktoś przycina kwiaty przed pomnikiem Lenina, wujek Ho uśmiecha się tajemniczo. Ale to tylko dekoracje. Chodnikowy wolny rynek śmieje się w twarz rewolucyjnym skamielinom i handluje, pomnaża kapitał, kumuluje zyski. Pod  czerwoną panierką kipi azjatycka przedsiębiorczość w swoim klasycznym, pikantnym wydaniu. Tu nawet ulice nazywają się jak działy w hipermarkecie. Nasz hotel stoi na rogu ulicy sprzedawców srebra, swoją przecznicę mają handlarze rybami i sprzedawcy cukru, sklepy z bębnami i stragany z ręcznikami. Na zakupy trzeba chodzić z mapą.

Orange vendor

Po 2 dniach zaczynamy się aklimatyzować. Wiemy ,na którym rogu parzą dobrą kawę, a gdzie leją zimne, tanie piwo, w której bramie można zjeść najlepszą zupę z makaronem i którędy dotrzeć do otwartej do późna budki z kebabem. Ale choć czujemy się tu świetnie, jutro uciekamy. Przez dwa dni będziemy zbierać siły nad morzem a potem nadciągnie totalny kataklizm – Chiński Nowy Rok. Przywitamy go godnie w godnym wielkiego święta miejscu – w Hanoi.

 

Standard

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *