>21.01 Szlachetne zdrowie

>W naszych uszach dźwięczy echo dzwonu słów Jana z Czarnolasu.

Zaczęło się ostatniej nocy w Phnom Penh. Najpierw zalała mnie fala gorąca, potem przeszyło zimno, znowu gorąco. Pogoda w kratkę. W końcu udało się zasnąć. Rankiem obudziło mnie przepocone prześcieradło. Zimne i lepkie, jak ślimak.

Ale plecaki spakowane, bilety kupione, trzeba ruszać. Autobus wystartował o 7:30, u celu, w Kampot był o 12. Bez negocjacji daliśmy się zgarnąć do guesthouseu pierwszemu napotkanemu naganiaczowi. Mały pokoik z małym telewizorem i małą łazienką, w której nie domykają się drzwi. Wszystko nieważne, ważne że łóżko duże.

Kilka godzin niespokojnego snu później znowu mierzenie temperatury – podwyższa, bez zmian. W takich chwilach słabości wszystkie kurorty świata, wszystkie prywatne plaże, klimatyzowane apartamenty i wystawne kolacje z rzadkimi winami przegrywają z marzeniem o własnym łóżku we własnej sypialni.

Kolejnych kilka godzin później zapadła decyzja – nie ma na co czekać, trzeba lekarza. Pierwszy, do którego trafiliśmy okazał się chińskim znachorem. W małej, brudnej garażowej klinice półki uginały się pod zakurzonymi słoikami pełnymi zwietrzałych ziół, startych korzeni, sproszkowanych zwierząt. Chińczyk chciał postawić diagnozę patrząc mi głęboko w oczy. Uciekliśmy. Druga w kolejne była lokalna przychodnia. Tam, po wstępnym badaniu termometrem i ciśnieniomierzem przyszedł czas na pobranie krwi. Czekając na wyniki wspominaliśmy Delhi, wizytę w tamtejszym szpitalu, ulgę jaką poczuliśmy czytając rezultaty badań na świńską grypę.

I tym razem skończyło się na strachu. Ani śladu malarii (tego obawialiśmy się najbardziej), żadnych tropikalnych świństw. Lekarz oznajmił, że nic mi nie jest i leczyć się mogę wodą i paracetamolem. Posłuchałem i dziś czuję się już lepiej. Na zdrowiu podupadła za to Ewa. Widać jej żołądek nie sprostał wyzwaniu nie do końca dojrzałego mango. Wyzwaniu z pewnością większemu, niż to, które tajska drużyna narodowa rzuciła wczoraj polskiej reprezentacji piłkarskiej. Bardziej niż to 3-1 ucieszyło 4-2 Aresnalu z Boltonem i awans kanonierów na szczyt tabeli.

ps. Ewa przeczytała to co napisałem i kazała mi jeszcze raz zmierzyć sobie temperaturę.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.