>3.02 Z deszczu pod igłę

>Pokonanie trasy z zachmurzonego Da Lat do słonecznego Hoi An zajęło nam 16 godzin i był to jeden z cięższych odcinków całej podróży. Nie przez samą trasę, która wiodła przez wyjątkowo malowniczą okolicę – najpierw, jeszcze za dnia, wijącą się jak wąż górską drogą, potem, nocą nad samym brzegiem morza błyskającego tysiącami (dosłownie) światełek kutrów. Powodem, dla którego podróż była męcząca i niewygodna byli Wietnamczycy. Ci, którym przypadły miejsca przed nami zaraz po wejściu do autobusu rozłożyli swoje siedzenia maksymalnie do tyłu nie zważając na nasze kończyny. Ci usadowieni za nami przez kilka godzin forsowali głośniczki w swoich telefonach do granic wytrzymałości puszczając dwudziestominutowe piosenki, będące spóźnioną o jakieś 30 lat wietnamską odpowiedzią na sukcesy Scorpions i Europe. Flażolet gonił flażolet a wokalista ocierał się o ultradźwięki wołając łamaną angielszczyzną do bezimiennej kobiety” ladyyyy, come and save meee”. Wreszcie obok nas zasiadła para z niemowlakiem, który swoje liczne stany emocjonalne manifestował całą gamą skowytów i wrzasków. Całości obrazu dopełniają absurdalnie częste przystanki na papierosa oraz światła w autobusie, które nie działały wieczorem, gdy chcieliśmy poczytać a nie dawały się wyłączyć w środku nocy gdy chcieliśmy spać. Dobrze, że przynajmniej udało im się naświetlić scenę, w której na twarzy wspomnianego wcześniej niemowlaka pojawiły się nagle krwawe plamy. Azjatycki horror zmienił się po chwili w komedię, gdy okazało się, że krew jest tak naprawdę gęstym sokiem, kapiącym z półki pod sufitem, gdzie jeden z pasażerów upchnął worek foliowy pełen truskawek lub morw.

Koszmarnym autokarem dotarliśmy do Da Nang. Tam złapaliśmy autobus do Hoi An i zapłaciwszy za bilet dwa razy więcej niż tutejsi (ot taka wietnamska tradycja) po godzinie byliśmy u celu. I tu zaczyna się przyjemna część dnia.

Hoi An to prawdziwa perełka. Urokliwe (choć nadgryzione przez czas) kamienice, wąskie uliczki, kanał z drewnianym mostkiem, sklepiki, galerie, kawiarnie. Misz masz klimatu śródziemnomorskiego z azjatyckim. Nawet tutejsze bagietki mają dwojaką naturę – smakują zupełnie jak te francuskie ale kształt mają bardziej wschodni, wrzecionowaty, przypominający wydłużone chińskie ciasteczko z wróżbą lub oko Azjaty. Ale miasteczko poza urokiem, świetną kuchnią i kilkoma świątyniami ma do zaoferowania jeszcze jedno – ciuchy. Zakładów krawieckich są setki, na każdej ulicy, za każdym rogiem. Szyte na miarę suknie i garnitury, koszule i krawaty a nawet buty. Kopie z kolekcji znanych projektantów i tutejsze, czasami mocno oryginalne pomysły. Cała gama materiałów, pełna paleta barw. Ewa jutro odbiera dwie eleganckie sukienki. Ja szarpnąłem się na zimowo jesienną kurtkę (przy temperaturze sięgającej 30 stopni). Ale, że w opisanym wyżej nieszczęsnym autobusie zostawiłem prawie nową bluzę kupioną w Indiach, równowaga w przyrodzie nie została zachwiana.
Równie nie zachwiana jest nasza potrzeba gnania przed siebie. Jutro zwiedzamy ruiny w pobliskim My Son a potem wsiadamy w autobus i mkniemy dalej na północ. Przez chwilę wydawało nam się, że jesteśmy zmęczeni ale dziś znowu poczuliśmy zew drogi.

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.


Notice: Undefined variable: comment_form in /home/skokwbok/domains/skokwbokblog.com/public_html/wp-content/plugins/wordpress-gdpr/public/class-wordpress-gdpr-integrations.php on line 79

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

x

Używamy plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z Internetu. Zgadzając się, zgadzasz się na użycie plików cookie zgodnie z naszą polityką plików cookie.

Zgadzam się Nie zgadzam się