Bangkok, Tajlandia

A jednak Raj

Flaga Tajlandii

 

Nie wierzcie plotkom, nie słuchajcie nieżyczliwych podżegaczy. Mimo kilku wad Tajlandia to wciąż wspaniałe miejsce i to nie tylko na wakacje. Oto za co kocham życie w tym kraju.

Podobno w związkach międzyludzkich pierwszy poważny kryzys pojawia się po około dwóch latach. Wtedy to feromony zaczynają słabnąć i widzimy naszego partnera czy partnerkę w pełnym świetle, nieotumanieni szaleństwem zakochania. Jeżeli do tego czasu nie uda się zbudować solidnych podstaw związku innych niż tylko legendarne „motyle w brzuchu” to ze wspólną przyszłością może być krucho.

Mam wrażenie, że podobnie jest z moją przeprowadzką do Tajlandii. Szybko wybudzam się z tego pierwszego zachwytu, otumanienia i zaczynam dostrzegać wady kraju, w którym mieszkam. Tajlandia dała nam w tym roku do wiwatu (to zresztą temat na osobny wpis). Zdążyło mi się tu ostatnio wspomnieć o ciemniejszych stronach życia tu i od razu dostało mi się (sądzę, że od osób, które nie przeczytały tekstu do końca i uważnie, ale jednak), że narzekam jak Polak, a narzekać prawa nie mam. Dlatego dzisiaj, dla równowagi o tym co w życiu w Tajlandii najlepsze. Powody, dla których szczerze kocham to miejsce.

Koszty i jakość życia

Nie zarabiam kroci. Kiedy porównuję swoje zarobki z tym co trafia na konta moich znajomych – i tych w Polsce i tych w Tajlandii – wypadam raczej średnio. Ale przecież pieniądze nie są po to, żeby mieć ich dużo a po to, żeby móc żyć dobrze. I coś czuję, że w tej konkurencji wyrywam się przed peleton. Czuję bowiem, że od kiedy przeprowadziłem się do Tajlandii – żyję jak król (może jeszcze nie jak król Tajlandii ale królik mojego własnego, nie nastawionego na nadmierną konsumpcję państewka – owszem) . Pierwszy raz w życiu nie muszę z niepokojem zerkać na wyciąg z konta martwiąc się czy starczy do pierwszego, pierwszy raz wędrując między półkami hipermarketu wrzucam do koszyka mniej więcej wszystko na co mam ochotę nie przebierając i wybierając. Do restauracji przynajmniej raz w tygodniu? Nie ma sprawy. Nowy gadżecik raz na jakiś czas? Na luzie. Wypad za miasto co weekend i za granicę kilka razy w roku – jasna sprawa! Tajlandia jest na tyle tania, że na produkty codziennej potrzeby stać mnie i już zaś na produkty luksusowe jestem w stanie spokojnie zaoszczędzić.

Tolerancja

Chyba nie da się wspomnieć w Internecie o Tajlandii, żeby nie pojawił się jakiś dowcipniś z komentarzem w stylu „uważaj na laski z fiutami!”. Tymczasem jedną z rzeczy, za które najbardziej lubię Tajlandię jest fakt, że „laski z fiutami” tu są i…nikt nie robi z tego wielkiej afery. A jest ich – lady boyów – wielu. Pracują w sklepach i w urzędach, przy ulicznych straganach i w szkołach. I co? I nic! Nikt nie spluwa na ich widok przez lewe ramie, nikt nie zionie nienawiścią, stanowią część tutejszego społeczeństwa i nikomu to nie przeszkadza. Mało tego – jest dzięki nim barwniej i ciekawiej. Nawet wśród moich niespełna 12-o letnich uczniów trafiają się transseksualiści. Pomyśleć można, że taki mocno zniewieściały chłopak będzie miał ciężkie życie w brutalnym świecie dzieci – nic z tych rzeczy! Częściej zdarza się, że początkujący ladyboye są szkolnymi gwiazdami! Nikt, ale to nikt nie zgarnia takiego szczerego aplauzu podczas szkolnych występów jak właśnie przebrany w damskie ciuchy chłopak robiący wygibasy na scenie.

Jest oczywiście poważny problem nietolerancji wobec ludzi z innych kultur i o innym kolorze skóry, ale podejście do mniejszości seksualnych jakie prezentują Tajowie jest tym, za co żywię do nich ogromną sympatię.

Styl

Gdybym był blogerem modowym, tajska ulica byłaby dla mnie niewyczerpanym źródłem inspiracji. Tajowie, a konkretnie Tajowie z Bangkoku mają styl! Nie zawsze dobry, nie zawsze modny ale na pewno go mają. Wygląd, pozory są w Tajlandii niezwykle istotne. I widać to gołym okiem. Kapelusze i akcesoria, oryginalne kroje, krzykliwe kolory, kontrasty, zaskakujące kombinacje. Nie, kompletnie nie znam się na modzie i za grosz się nią nie interesuję ale to co widzę na ulicy w Bangkoku po prostu mi się podoba. Dziewczyny w szpilkach do nieba, z kokardami na głowach, z cekinami na paznokciach. Chłopaki z koszulach na guziki, w kolorowych krótkich spodenkach w kancik, z krawatami i w butach sportowych. Dobrze się czuję w tym wielobarwnym tłumie ludzi, którzy z tłumu starają się wyróżnić.

Pogoda

To tak oczywista oczywistość, że nie ma właściwie po co o niej pisać a jednak nie sposób o niej nie wspomnieć. 365 dni lata w roku to atut nie do przecenienia. Mówcie co chcecie o tym jak piękna jest zima, jak bajeczny jesienny krajobraz, jak fajnie pośmigać na nartach. Osobiście jednak nad te wszystkie atrakcje przedkładam fakt, że nigdy nie brzydzę się wyjść z domu po tym jak zerknę za okno. Upał? Do upału da się przywyknąć. Pewnie gdy tu przyjechałem reagowałem na niego podobnie jak wpadający tu na chwilę turyści – sapałem, pociłem się, wydzielałem nieprzyjemne zapachy i szukałem ulgi w 7Eleven. Teraz, po prawie dwóch latach w Tajlandii upał nie jest mi już straszny. A narty? Na narty jeszcze sobie pojadę – do Japonii, Korei i lub Indii. Do tego czasu mogę wyskoczyć na łyżwy – lodowisk w Bangkoku jest wiele.

Jedzenie

I znowu plus, o którym nie można nie napisać. Niech za dowód jakim rajem kulinarnym jest Tajlandia (a zwłaszcza Bangkok!) posłuży to zestawienie: Gdy przyjeżdżałem do Tajlandii w luty 2011 roku ważyłem 83 kilo. Dziś ważę 90 i nic nie zapowiada odwrócenia tendencji wzrostowej. No bo jak tu nie jeść gdy po pierwsze kuszą uliczne stragany gdzie za grosze można się rozpłynąć w tym co najlepszego ma do zaoferowania tajska kuchnia. Po drugie kuszą setki restauracji japońskich i chińskich, włoskich i arabskich. Restauracji na obiad w których możemy sobie pozwolić na co dzień a nie tylko na specjalne okazje. I wreszcie po trzecie – gdy w domu kusi Jasmine i jej ryba po bengalsku, puri i gugni, wieprzowina z imbirem i naleśniki z syropem klonowym oraz dziesiątki innych dań, których nazw nawet nie pamiętam. Dań, składniki których możemy kupić za grosze na targowisku za rogiem.

Uśmiech

Trzeci, obok pogody i jedzenia, klejnot w koronie Tajlandii. Po czasie spędzonym tutaj, wiem że nie zawsze jest szczery, wiem że znaczy więcej i nie zawsze to samo co na zachodzie, wiem że często służy do maskowania emocji, jest często fałszywy i wymuszony. Ale i tak przedkładam nieszczery uśmiech nad szczerą niechęć. Zresztą nie przesadzajmy – nie jest z nim aż tak tragicznie. Wiele z setek uśmiechów, które trafiają mi się na co dzień, na ulicy jest wynikiem zwykłej życzliwości, sympatii, pozytywnego nastawienia. Idę na targ – śmieją się do mnie sprzedawcy jarzyn i owoców. Idę z aparatem na miasto a kierowcy mototaksówek, pasażerowie autobusów, baby za straganami śmieją się do mojego o obiektywu. I z tego wszystkiego sam wyzbyłem się nawyku odwracania głowy gdy przypadkiem napotkamy czyjś wzrok w tłumie. Teraz po prostu się uśmiecham.

Radość życia

Nie chodzi tylko o to, że Tajowie uśmiechają się do mnie. Oni śmieją się również do siebie i w ogóle sprawiają wrażenie, jakby dobrze się bawili. Na rogach ulic, targowiskach, pod wiatami, w cieniu palm rozkładają stoliki, plastikowe krzesełka, polewają whisky i piwo do szklanek, pogryzają wieprzowinę na patyku i imprezują, codziennie. Siedzą małymi grupkami przed telewizorami i oglądają Muay Thai głośno kibicując, urządzają pojedynki w szachy, plotkują, dokazują. I robią to ludzie naprawdę biedni, jak się przyjrzeć – łachmaniarze w podartych spodniach, dziurawych T-shirtach, zarabiający grosze z wżenia ludzi na skuterze czy sprzedaży arbuza po 10 Bahtów porcja. W Tajlandii udziela mi się ta zrelaksowana, radosna atmosfera.

Chaos

W głębi duszy jestem anarchistą. Nie radzę sobie w świecie zus-ów i urzędów podatkowych, nie rozumiem przepisów i tego dlaczego mam się do nich stosować. W Tajlandii…nie muszę. A przynajmniej muszę mniej niż na zachodzie. Panuje to wolna amerykanka, każdy robi o chce. Chcesz stragan z zupą na ulicy? Stawiasz stragan. Nie, nie lecisz do sanepidu, nie załatwiasz licencji i pozwoleń. Stawiasz stragan i masz. To czy twoje jedzenie jest smaczne i bezpieczne zweryfikuje rynek. Sam nie chcę straganu z zupą ale chcę na przykład jeździć na motocyklu. I jeżdżę. Nie mam prawa jazdy a jeżdżę. Zatrzymuje mnie czasami skorumpowana policja i żąda łapówek. I co? I płacę! I nie narzekam. Wszak jeżdżę bez prawa jazdy. Ale naprawdę wolę płacić 100 Bahtów łapówki niż 500 zł mandatu.

W Tajlandii jest sporo przepisów, obostrzeń, ograniczeń. Ale większość z nich pozory. Wystarczy trochę sprytu, uśmiechu i czasami – pieniędzy a większość spraw da się załatwić.

Lekkość bytu

W Tajlandii żyje się łatwo. Po prostu – życie tu nie kosztuje wiele wysiłku (i pieniędzy). I mówię tu o sprawach zupełnie przyziemnych, codziennych. Nie muszę robić prania bo wszędzie są śmiesznie tanie pralnie, które piorą (i prasują) z mnie. Ostatnio dorobiłem się pralki (była w zestawie z wynajmowanym przeze mnie mieszkaniem) ale prasowanie wciąż olewam – robi je za mnie Pani, którą zatrudniam do sprzątania. Gotuję nie bo musze ale bo chcę. Gdy nie chcę, do restauracji czy stoiska z jedzeniem zawsze mam blisko (mało tego – w Bangkoku nawet żarcie w McDonalds można zamówić z dostawą do domu!). Po wodę filtrowaną schodzę przed blok, gdzie stoi maszyna, w której za grosze mogę uzupełnić zapasy. Piechotą prawie że nie muszę chodzić bo na każdym rogu czekają na mnie taksówkarze na motocyklach, którzy (znowu – za grosze) dowiozą mnie gdzie chcę. Na przykład do salonu masażu. Niby nie muszę jechać na masaż taksówką, bo mam jeden na mojej własnej klatce schodowej a kolejnych kilka w promieniu kilometra od domu ale jeżdżę bo mam swój jeden, ulubiony i jestem mu wierny. Podobnie jak salonów masażu w promieniu 10-o minutowej przejażdżki taksówką mam kilka ogromnych centrów handlowych a w nich wszystko czego dusza zapragnie – jedzenie, zakupy, rozrywki. Przyznaję – cholernie się w tych warunkach rozleniwiłem.

Podróże

Na koniec rzecz najważniejsza, powód dla którego przeprowadziłem się tu w pierwszej kolejności. Możliwości podróżnicze jakie gwarantuje mi mój obecny adres są niezrównane. 2 godziny lotu stąd czekają Indie i Indonezja, Birma i Laos, Kambodża i Wietnam, Malezja i Singapur. Nagle w moim zasięgu znalazły się Korea i Japonia, Nowa Gwinea i Australia i dziesiątki innych miejsc, które czają się na mojej liście miejscówek do odwiedzenie. A w związku z tym, że mieszkam w Tajlandii, nie będą czekać za długo.

*Ciekawe? Dobrze napisane? Pomocne? Kliknięcie w jeden z przycisków “share” pod artykułem to najprostszy i najlepszy sposób by docenić wysiłek jaki wkładam w tworzenie tej strony i pomóc w rozwoju Skok W Bok Blog. Czekam też na wasze komentarze oraz maile z pytaniami i sugestiami. Z góry dziękuję!

 

Standard

21 thoughts on “A jednak Raj

  1. outsider says:

    Można normalnie funkcjonować w tym mieście nie znając Tajskiego ani Angielskiego? Znam ang na poziomie +/- A2 i zastanawiam się czy to wystarczy;)

  2. Radosław Molski says:

    Przeniosłem się na chwile myślami na ulice Bangkoku, może kiedyś pojawię się tam jeszcze raz. Świetny tekst, pozazdrościć takiego życia i wyborów!

  3. Justyna Zaleska says:

    Ależ Tobie zazdroszczę! Właśnie oglądam sobie zdjęcia z mojej podróży po Azji… I żałuję, że wróciłam do PL ;(

      • Dominika says:

        Dokładnie, w Azji byłam 2 lata temu – miała być Ameryka Południowa ale znajomi przekonali mnie na Tajlandię. Pracuję w korporacji i od momentu powrotu mimo innych podróży w głowie kiełkuje mi myśl przeprowadzki do Thai. Justyno zaryzykuj – tak jak pisze Maciej wierze, że warto 🙂 Zawsze można z podkulonym ogonem wrócić ale wątpie czy to by nastąpiło. Serdecznie pozdrawiam 🙂

      • Justyna Zaleska says:

        No tak, tylko trzeba by od początku zacząć pracy szukać. Ale dla chcacego nic trudnego podobno. Może znajdzie sie jakaś praca dla nauczycielki;)

  4. socjolog says:

    Strzal w dziesiatke.Lekkosc bytu.Jade na dwa miesiace troche pomieszkac w raju i posmakowac codziennego zycia.W stu procentach zgadzam sie z tym co piszesz

  5. Rafał says:

    Podziwiam za odwagę i jednocześnie zazdroszczę. Jeszcze będąc nastolatkiem marzyłem o podroży do Azji. Teraz mam 39 lat jestem szczęśliwym mężem i ojcem 2 wspaniałych dzieci. Jednak młodzieńcze marzenia pozostały, w tamtym czasie nie było takich możliwości, obecnie tak. Tajlandia kusi nas coraz bardziej, znamy ją z opowiadań kuzynki, obecnie od roku przebywa w Nong Khai przy granicy z Laosem, wraz z chłopakiem – tajem, prowadzą bar, ona uczy dodatkowo angielskiego i jest przeszczęśliwa. A my co? – stres w pracy, odpowiedzialność, zawiść ludzka i cała masa problemów, a poza tym ta pogoń za….nie wiadomo czym sprawia, że odczuwamy zniechęcenie, takie życie nie ma sensu. Dlatego z wielką przyjemnością czytam i słucham relacji osób zamieszkujących w tym cudnym kraju. Szkoda tylko że brakuje odwagi, decyzji. no cóż nam pozostaje namiastka świata w postaci corocznych wypraw Egipt, Grecja, Turcja – choć na chwilę szczęście w sercu. Ale może kiedyś.

    pozdrawiam

  6. Kondi says:

    Muszę spróbować tego raju! Super napisane. A gdzie masz ten tekst niby narzekający bo coś mi umknęło? Pozdrawiam Czako!

  7. wasyl says:

    Naczytałem się twoich opowieści z raju… A tak bardziej przyziemnie zapytam, Czy zdołam się utrzymać w Bangkoku za 30 000 Bahtów/miesiąc. Jak sądzisz? Można za taką kwotę wyżyć na średnim poziomie?

  8. Tom Taylor says:

    Co tu duzo mówić Tajlandia jest najprzyjemniejsza. Wyskoczyłem na chwilę (bo sie znów wiza kończyła) do Kambodży i Wietnamu i chciałem jeszcze na Filipiny ale jednak wracam do Tajlandii bo tam czuje sie najlepiej 😀

  9. Pingback: Na Wsi w Tajlandii | Skok W Bok Blog – przeprowadzka do Tajlandii, podróże po Azji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *