Kambodża

>19.01 Średnie miasto

>“Średnie miasta, są takie średnie miasta
Gdzie żaden dom nad inne nie wyrasta […]
Miejscowości tych nie jestem entuzjasta”
Jeremi Przybora

Gdyby Phnom Penh było winem jego notka degustacyjna wyglądała by tak:

Barwa nijaka, niedookreślona, niesprecyzowana. Mętne, szare, matowe. W nosie dominują aromaty smogu, wilgoci, kurzu i rozkładających się śmieci. To wszystko podkreślone bezustannie obecnym tle, lekko mdlącym zapachem ścieku. Na języku ciężkie, szorstkie i nieprzyjemne. Bez cienia głębi – płaskie i jednowymiarowe. Pozostawia po sobie irytujący posmak. Całość całkowicie pozbawiona równowagi, nachalna i nieciekawa. Na domiar złego przy otwieraniu pokruszył się korek.

Gdyby Phnom Penh było daniem, przepis na nie wyglądałby tak:

Weź jedno prowincjonalne miasto, Legnicę, Rzeszów, Olsztyn. Przenieś do niego całą ludność Warszawy. Każ 3/4 mieszkańców jeździć w kółko na skuterach a wszystkie chodniki zastaw samochodami tak by pieszy nie miał szans iść przed siebie nie wchodząc co chwila na ulicę pod koła pędzących pojazdów. W pozostałe nieliczne fragmenty wolnej przestrzeni powtykaj brzydkie stragany z tanim żarciem i kilka sklepów-garaży z plastikowymi zabawkami. Dosyp dużą garść nachalnych kierowców tuk tuków i riksz rowerowych. Zapiecz pod przykrywką z szaroburych chmur. Udekoruj niską zabudową, rusztowaniami i dużą szczyptą śmieci. Podawaj letnie na papierowej tacce.

To pierwsze wrażenie. Winu czasem trzeba dać pooddychać. Niektóre dania są lepsze na drugi dzień, gdy smaki się przegryzą. Ale my nie chcemy tracić czasu. Za dużo jest innych przysmaków do spróbowania. Jutro stąd uciekamy.

Standard
Kambodża

Green peace

Pokonanie dystansu między Kratie a położonym na północnym wschodzie kraju Ban Lung zajęło nam 5 godzin. Droga tyko w 1/5 jest wyasfaltowana – reszta to ubity, wyboisty trakt wiodący przez upalne równiny rzadko porośnięte lasem i bananowcami. Ziemia jest tu rdzawa, blado-czerwona. Rudy jak ruda miedzi pył osiada na wszystkim i wszystkich.

Trasę pokonaliśmy minibusem wypchanym grupą ludzi, która spokojnie zapełniłaby autobus. Całe pozostałe w środku pojazdu miejsce zajmował skuter, który razem z czwórką pasażerów zmieścił się między pierwszym a drugim rzędem siedzeń. Dwa dodatkowe skutery przytroczone były do bagażnika. Było więc ciasno, ale wesoło – zwłaszcza, że muzyka grała głośno (głośnik wielkości dużego wiadra mieścił się pod Ewy siedzeniem) i bez przerwy. Choć może muzyka to za dużo powiedziane – kierowca namiętnie i w kółko puszczał jedną kambodżańską piosenkę.

Na szczęście wszystkie siły, które straciliśmy w drodze odzyskaliśmy z nawiązką kursując dziś na skuterze po zielonych okolicach Ban Lung. Teren jest tu pagórkowaty a przez to widoki przyjemne dla oka. Słońce grzeje jak domowy krupnik, cień chłodzi jak dział z nabiałem w hipermarkecie a na nudę nie ma czasu – braki cywilizacyjne nadrabia natura.

Tutejsze wodospady można oglądać z naprawdę bliska – z góry i z dołu, od frontu i z tyłu, z za wodnej ściany. Żadnych barierek, zakazów wstępu, ograniczeń – podejść można naprawdę blisko, tak blisko by poczuć na twarzy rykoszetujące wszędzie wokół krople wody. I wszystko to w zupełnej samotności – większość turystów po prostu tu nie dociera.

Zaliczywszy wodospady pojechaliśmy popływać w kraterze wulkanu, który czas zmienił w jezioro. Idealnie okrągłe, szmaragdowe oczko, woda chłodna ale nie zimna – ktoś gdzieś napisał, że to najlepszy basen w kraju. “Basen” ma 50 m głębokości, powstał 700,000 lat temu, otacza go gęsty las a bambusowe zagajniki rozbrzmiewające ptasim śpiewem. Resztę dnia spędziliśmy na zmianę czytając i dając nura z przerwą na spacer wokół jeziora i smażone nudle w pobliskim barze.

Baterie naładowane, jutro w drogę. Od Phnom Peng dzieli nas 12 godzin jazdy autobusem.

A oto trochęzdjęć z Ban Lung i okolic:

Standard
Kambodża

>15.01 Daleko od szosy

>Poruszamy się nieco po omacku. Przewodnik mamy nędzny – nie tylko przeterminowany (rocznik 2006) ale bardzo ogólny (South East Asia to za duży kawałek świata, żeby go zmieścić w jednej książce) i w ogóle byle jaki. Oto na przykład przeczytaliśmy w nim, że z miejscowości Kampong Cham w dalszą podróż będziemy mogli udać się łodzią po Mekongu. Specjalnie po to tam pojechaliśmy. Niestety, na miejscu okazało się, że łodzie już tam nie kursują …od 1999 roku.

Ale nie ma tego złego. Wątłość przewodnikowych wskazówek pozwoliła nam zerwać się ze sznurka i ruszyć dalej własnymi drogami. Tym sposobem trafiliśmy do maleńkiej miejscowości Kratie. Tu, po nocy w czystym hotelu wynajęliśmy zdezelowany skuter i ruszyliśmy przed siebie – wzdłuż Mekongu. I przeżyliśmy jeden z najlepszych dni całej wyprawy.

Widoki są tu rozbrajająco piękne – Mekong jest szeroki, zielonkawy, dostojny, a oglądany z pokładu maleńkiego promu kursującego między jednym brzegiem a drugim, wygląda jak wielkie jezioro – wiemy bo płynęliśmy. W dodatku żyją w nim unikalne słodkowodne delfiny, które są największą tutejszą atrakcją – wiemy choć nie widzieliśmy (Ewa była święcie przekonana, że widziała co najmniej kilka sztuk, wiele wskazuje jednak na to, że delfiny ukazały się jej w taki sam sposób, w jakim wizerunek Maryi Panny Zawsze Dziewicy ukazuje się na chlebie tostowym czy oszronionym szkle kościelnych okien. Wiara czyni cuda.). Tutejsze wioski są bardziej dzikie i dziewicze niż te na kilku tysiącach metrów w Himalajach – wiemy bo się wspięliśmy. Przez cały dzień nie spotkaliśmy ani jednej białej twarzy. Tubylcy żyją bez prądu, bez anten satelitarnych, bez wszystkiego co dla nas niezbędne. Dzieci biegają nago, kobiety myją się w rzece, o turystach mało kto słyszał, a po angielsku nie mówi nikt i ani słowa – wiemy bo próbowaliśmy się dogadać. To wcale jednak nie przeszkadza wszystkim śmiać się do nas (a czasami z nas) serdecznie. Pod względem pogody i lekkości ducha mieszkańcy Kambodży nie mają sobie równych. Piwo leje się tu strumieniami, jedzenie zawsze odbywa się w grupie wśród śmiechów i rozmów a papierosy pali się nawet w świątyniach, w czasie buddyjskich modłów – wiem bo byliśmy (choć nie paliliśmy).

I tylko z kuchnią jest krucho. Pod oknem naszego hotelu rozłożyło się kilkanaście straganów z jedzeniem. Wszystkie w menu mają dokładnie to samo, czyli prawie nic. Do wyboru bagietka, smażone nudle, zupa z ryżem i deser w postaci owoców ze zmielonym lodem oblanym skondensowanym słodzonym mlekiem. Jest też tutejsza wersja jajka niespodzianki – tzw. baby duck czyli kacze jajko… z niewyklutą kaczką w środku – wiemy, że nie spróbujemy. Na szczęście w Kambodży jemy tylko z głodu a nie tak jak to zdarzało się w domu – z nudów.

Standard
Kambodża

>13.01 Dzień jak co dzień

>Drogi pamiętniczku. Dziś wstaliśmy w bardzo dobrym nastroju. Po śniadaniu (wczorajsza bagietka, mocna kawa – a mocna tu znaczy o wiele więcej niż mocna u nas) ruszyliśmy na spacer w poszukiwaniu wypożyczalni rowerów a następnie, już na dwóch kółkach (w sumie czterech) – dalej. Trasa poprowadziła nas wzdłuż rzeki. Po kilku minutach pedałowania naszym oczom ukazała się pierwsza dzisiejsza atrakcja – most. Nie z drewna, nie z betonu, nie z metalu ale w 100%… z bambusa. I nie był to jakiś byle mostek na pierwszym lepszym strumyku, nie jakiś “wanna be” most na ledwie szemrzącej rzeczce. Prawdziwy, długi na jakieś 150 metrów most na jednej z najsłynniejszych rzek świata – Mokongu. I jeździł po nim rowery, skutery i samochody. Po moście z bambusa.

Mostem przejechaliśmy by dotrzeć na leżącą o drugiej stronie wyspę. Po drodze zapłaciliśmy jeszcze myto w wysokości 1 dolara od głowy i ruszyliśmy wgłąb lądu. Tu dotarliśmy do drugiej atrakcji dnia – wioski. Nie byle wioski na byle wyspie ale najdłuższej wioski w jakiej kiedykolwiek byliśmy na wielkiej wyspie na środku Mekongu. Wioska składała się z jednej długiej na kilka kilometrów drogi i rozsianych wokół domków na palach. Czyste podwórka, konie, krowy i ludzie(nie zawsze czyści). Nie byle jacy ludzie ale roześmiani, serdeczni i ciekawscy. Wszyscy krzyczeli w naszym kierunku jedno słowo jakie znali po angielsku – hello. Mali i duzi, starzy i młodzi, dzieci, kobiety i starcy. Dziś przywitaliśmy się z większą ilością osób niż przez ostatnich kilka lat.

Po 40 minutach jazdy w głąb wyspy dotarliśmy do położonej na jej drugim końcu świątyni. Świątyni takich jakich tu tysiące. Nie znaczy to, że była byle jaka – wręcz przeciwnie, była ładna i kolorowa. Po prostu świątynie już się nam nieco opatrzyły. Z tego to powodu zamiast do świątyni wybraliśmy się do pobliskiej szkoły. Tam otoczyła nas gromadka rozwrzeszczanych maluchów w mundurkach cieszących się z naszej wizyty jak z odwiedzin świętego mikołaja. Zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcia i ruszyliśmy z powrotem – na drugą stronę mostu.

Po obiedzie pojechaliśmy dalej. Odwiedziliśmy jeszcze jedną świątynię a następnie kolejną wioskę. Nie byle jaką wioskę zabitą byle dechami na byle końcu świata ale najbardziej sielską, cichą, malowniczą i bajeczną wioskę w jakiej postawiliśmy stopę. Znowu domki na palach, znowu czyste podwórka, znowu szczęśliwy żywy inwentarz, roześmiane dzieci i roześmiani dorośli. Ani cienia okablowania, anten satelitarnych, elektryczności. Za to pod jedną z chat znalazło się miejsce na piękny, zielony stół do biliarda, który wyglądał tam na równie wyrwany z kontekstu jak Lamborghini na szrocie.

Do domu zawrócił nas głód. Poradziliśmy sobie z nim przy pomocy ryżu z kurczakiem. Nie byle ryżu z woreczka z byle podsmażonym na oleju słonecznikowym kurczakiem ale posklejanego kambodżańskiego ulicznego ryżu z posiekanym i podsmażonym w imbirze całym kurczakiem – całym znaczy łącznie z głową i łapami. Widok na talerzu nieprzyjemny ale nie może równać się z żółwiem z grilla, a i taki przysmak udało nam się tu wypatrzyć.

Drogi pamiętniczku. To był naprawdę dobry dzień.

Standard
Kambodża

>12.01 Mekong tańczy

>Khmerowie kochają dwie rzeczy – telewizję i muzykę.

Telewizory są wszechobecne – w sklepach, w barach, przy straganach. W pokoju hotelowym prędzej nie będzie łóżka niż telewizora z kilkudziesięcioma kanałami kablówki. W autobusie, którym dziś pięć godzin jechaliśmy do Kampong Cham (było by szybciej gdyby nie pęknięta opona) telewizor nadawał bez przerwy i to nadawał głośno. Lokalne filmy kung-fu, coś na kształt naszego kabaretonu, wideoklipy. Dzięki tej kambodżańskiej miłości do małego ekranu czasami zerkniemy na obrazki z zaśnieżonej Polski na BBC i jeszcze mniej chce nam się wracać.

Muzyka w Kambodży jest dla naszych uszu torturą. Koszmarne melodyjki wygrywane na syntezatorach, automaty perkusyjne, zawodzący długowłosi wokaliści lub nadające ultradźwiękami wokalistki. Teledyski tylko dopełniają obrazu nędzy i rozpaczy – najbardziej popularny motyw to zalany łzami śpiewak na tle pola ryżowego. Nieodłącznym elementem video klipu są słowa piosenek wyświetlane na dole ekranu tak jakby ktoś chciał z karaoke uczynić sport narodowy.

Ale miłość do muzyki nie kończy się na telewizji i radiu. Dziś wylała ona rzeką u brzegów Mekongu. Wracając z wieczornego spaceru po Kampong Cham usłyszeliśmy dobiegające z oddali taneczne rytmy. Gdy zbliżyliśmy się do źródła całego zamieszania naszym oczom ukazał się taki oto widok. Na drewnianej platformie wysokości 2 metrów podrygiwała ubrana na modłę zachodnią tancerka – wodzirejka. U podnóża platformy grupa kilkudziesięciu kambodżańskich nastolatków kopiowała jego ruchy bujając się rozkosznie w rytm energetycznej muzyki dance. W tle rzeka płynęła swoim rytmem, zupełnie obojętna.

Jest chyba więc jeszcze trzecia rzecz, która kochają Khmerowie – dobra zabawa. Czy to przy wspólnym posiłku, czy w tańcu, czy na co dzień, na ulicy – to najbardziej roześmiani i serdeczni ludzie, jakich udało nam się spotkać.

Standard
Kambodża

>11.01 Wsi wesoła

>Na azjatyckich ulicach królują riksze. W Kalkucie najbardziej prymitywne – ciągnięte przez zazwyczaj wychudzonego Hindusa na piechotę. W Agrze Hindus też ciągnie pasażerów siłą własnych mięśni ale już na rowerze. W Bombaju czy Kathmandu riksze ustępują miejsca małym, brzęczącym, trójkołowym autorikszom. W Bangkoku na nieco większy i wygodniejszy model tamtejszych autorikszy woła się tuk tuk. W Siam Reap tuk tuk kształtem przypomina zadaszony rydwan ciągnięty przez kierowcę na skuterze. Ten pojazd to bliski krewny tutejszego tradycyjnego transportu wiejskiego – jednoosiowych wózków ciągniętych przez woły.

Momentami mamy wrażenie, że 90% męskiej populacji miasteczka to kierowcy tuk tuków. Atakują nas ze wszystkich storn, parkują na ulicach i chodnikach, płyną wartką rzeką szerokimi ulicami miasteczka. I polują – na nas. Co 2-3 metry pada pytanie “Mister! Tuk tuk?”, “Madam! Where you wanna go?”. A my chcemy tylko za róg, na kawę albo ulicę dalej, na ryż z curry. Tuk tukarze nie dają za wygraną – “Maybe later? Maybe tomorrow?”. Dopiero gdy przez miasto jechaliśmy na wynajętych za półtora dolara rowerach przestaliśmy być nękani (choć znalazł się jeden śmiałek, który zaproponował nam swoje usługi wbrew logice i rozsądkowi.)

To właśnie na rowerach udało nam się wyrwać z miasta. Obraliśmy kierunek na południe by dotrzeć do pobliskiego wielkiego jeziora – jednego z najbardziej zarybionych akwenów na świecie. Nie dojechaliśmy – nie przez upał czy brak sił w nogach a przez szlaban, który zagrodził nam drogę. Okazało się, że dalsza część trasy dostępna jest tylko dla posiadaczy biletów na łódkę – 15 dolarów sztuka. Zawróciliśmy więc nasze “kozy” i pojechaliśmy w innym, losowo wybranym kierunku. Asfaltowa droga szybko zmieniła się w klepisko, wokół walące się bambusowe chaty, dalej pola ryżowe, w powietrzu wszechobecny zapach suszonych ryb. Bieda aż piszczy w uszach. Przed chatami gromadki dzieci – zazwyczaj gołych, przeważnie brudnych, zawsze roześmianych. Gdy przystanęliśmy by kupić butelkę wody i puszkę piwa (razem 2 zł) zbiegła się cała wioska. Pokazywania palcami i śmiechu było coniemiara. Do ciekawskiej gromady nie przyłączyły się tylko kobiety zbyt pochłonięte grą w coś co przypominało bingo. Wiejska sielanka.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy dwa przystanki. Pierwszy w hamakowni – kawałek daszku wsparty na kołkach, między kołkami rozwieszone hamaki. Z puszką Fanty w dłoni można pobujać się w cieniu, poczytać lub pobłądzić wzrokiem po zielonych polach ryżowych. Esencja relaksu. Drugi przystanek wymusił na nas głód. Za dolara od łebka dostaliśmy obsmażone w ostrych sosach nudle z warzywami i jajkiem – danie jak wszystko tutaj – tanie, proste, prowizoryczne od serca. Smakowało wspaniale.

Standard
Kambodża

Na ramionach olbrzymów

Angkor Wat reflection

Świątynie Angkor są jak wieża Eiffla, jak Koloseum, jak Taj Mahal. Znane od dziecka – z książek, z pocztówek, z filmów. Obrazki oswojone przez lata. Jednocześnie spowszedniałe i nierealne. A potem nadarza się okazja, żeby zobaczyć je na własne oczy i człowiek oczom nie wierzy. Jakie to wielkie, jakie to piękne, jakie to wspaniałe. Znowu daliśmy się zaskoczyć. Continue reading

Standard
Kambodża

>08.01 Vive la Cambodia!

>Przekraczając granicę Tajlandii z Kambodżą czuliśmy się przez chwilę jakbyśmy wjechali do małego Vegas. Zamiast bud z alkoholem i papierosami – kasyna. Zamiast tanich moteli – pokaźne hotele. Widoczne w Tajlandii hazard jest nielegalny więc by rozegrać partyjkę pokera i kilka rozdań w black jacka potrzebny jest paszport.
Ku miejscowości Siem Reap i słynnym świątyniom Angkor prowadzi jedna, prosta droga. Prosta w dosłownym tego słowa znaczeniu. Po drodze widzieliśmy dwa łagodne zakręty, oba oznaczone licznymi, groźnie wyglądającymi znakami, ograniczeniem prędkości do 50 km/h i paskami zwalniającymi na jezdni. Zupełnie niepotrzebnie – kierowca naszego autobusu nie przekraczał 45 km/h. Przejechanie 150 km zajęło nam 3,5 godziny. Ale to podobno i tak o połowę mniej niż w nie tak odległych czasach gdy o asfalcie w tych okolicach nikt nawet nie słyszał. Koniec końców dotarliśmy jednak do guesthouse’u w centrum Siam Reap. Po niedrogiej kolacji i łyku pastisa zakupionego na pobliskim nocnym targu zasnęliśmy na cudownie miękkich łóżkach.

A rano zaczęliśmy świętować moje urodziny. Tort w łóżku (tym razem przybrał postać ciastek z nadzieniem truskawkowym), prezenty (iPhone killer czyli Nokia 1202 i książka, na którą zamierzałem się mniej więcej od Nepalu – “the Ground Beneath Her Feet” Salmana Rushdie). I tylko ciszę i spokój poranka skutecznie zagłuszał skowyt zza okna – wycie, zawodzenie, zarzynanie kozy. W recepcji hostelu dowidzieliśmy się, że w mieście odbywa się czyjś pogrzeb i stąd ta ścieżka dźwiękowa.

Na śniadanie – chrupiąca bagietka z serkiem La Vache Qui Rit od ulicznego sprzedawcy. Do śniadania – lokalna gazeta a w niej pokaźny raport na temat radości francuskich winiarzy w związku z genialnie zapowiadającym się rocznikiem 2009. Potem wizyta przy półce z winami w supermarkecie a tam Angelus i Beau Sejour, Jacquart i Tattinger, Alzackie rieslingi i słodkości z Sauternes. Wreszcie spacer szerokimi bulwarami wśród klimatycznych bistro i braserie. Francuski kolonializm poczynił tu pewnie spore spustoszenie. Ale zostawił po sobie również kilka przyjemnych śladów.
Update: Jest godzina 16, wróciliśmy ze spaceru, a zarzynanie i wycie ciągle trwa. Następnym razem musimy lokować się w bezpiecznej odległości od obiektów kultu religijnego…

Standard