Azjatycki Top Wszechczasów
Birma, Indonezja, Inspiracje, Japonia, Kambodża, Tajlandia, Wietnam

Azjatycki Top Wszechczasów

Nadszedł czas pierwszej uroczystej gali rozdania Azjatyckich nagród Naj. Przyznaję je sam, wedle własnego widzi mi się, na podstawie własnych doświadczeń i gustu. Oto mój osobisty Azjatycki top wszechczasów.  Continue reading

Standard
Wietnam

>18.02 Nie taki smok straszny?

>W nocy ktoś zabrał się za wyciskanie nasiąkniętej zimną wodą waty, która od kilku dni wisiała nad Sapą. Lało od zmierzchu do świtu, momentami z takim impetem, że szum deszczu wyrywał nas ze snu. Obudziliśmy się wcześnie, po śniadaniu wydaliśmy ostatnie dongi na butelkę wina jabłkowego i słowniczek języka mandaryńskiego, po czym złapaliśmy pierwszego busa do granicy wietnamsko – chińskiej. Z jego okien, przez rozrzedzoną mgłę w końcu udało nam się zobaczyć otaczający Sapę górzysty krajobraz. Trzeba będzie tu kiedyś wrócić by przyjrzeć się mu się dokładnie.

Chiny to kraj gigant, nie trudno znaleźć go na mapie. Znacznie trudniej znaleźć do niego drogę w nadgranicznym miasteczku Lao Cai. Zanim trafiliśmy do przejścia granicznego dobrych 40 minut błądziliśmy po brzydkich ulicach. Gdy wreszcie dotarliśmy do celu nastawiliśmy się na nieprzyjemne starcie z chińskimi celnikami. Czytaliśmy, że potrafią być uciążliwie dociekliwi, ideologicznie nadęci i ogólnie problemowi. Przewodnik Lonely Planet China schowaliśmy na dno plecaka – podobno Chińczycy czasem je konfiskują ze względu na niepoprawnie ich zdaniem nakreślone na okładce granice ich państwa. W bojowym nastroju, z paszportami w dłoniach ruszyliśmy przed siebie.

15 minut później było po wszystkim – okazało się, że przejście graniczne Lao Cai – Hekou jest jednym z najprzyjemniejszych jakie przekraczaliśmy. Formalności po stronie wietnamskiej trwały dwie minuty, po Chińskiej może pięć. Wszystko odbyło się z uśmiechem i w przyjaznej atmosferze. Pogadaliśmy z celnikami o podróżowaniu i nauce języków, daliśmy sobie zmierzyć temperaturę laserowym termometrem, wypełniliśmy dwa krótkie formularze po angielsku. O przeszukiwaniu bagaży i konfiskowaniu czegokolwiek nie było mowy. Chwilę później staliśmy na moknącej w deszczu chińskiej ziemi.

Większym wyzwaniem okazało się znalezienie bankomatu. Z nowym słowniczkiem w dłoni zaczęliśmy rozpytywać o drogę. Ludzie, choć po angielsku nie znali ani słowa, starali się pomóc jak tylko mogli. Nieco gorzej było z maszynami – pierwsze trzy bankomaty nie zaakceptowały naszych kart, dopiero czwarty z logo Bank of China wydał nam po okrągłej sumce. Z pełnymi portfelami ruszyliśmy na dworzec autobusowy po bilety do Kunming.

Znowu byliśmy nastawieni na najgorsze, bo zgodnie z tym co wyczytaliśmy w różnych przewodnikach i blogach podróżniczych chińskie dworce miały być ucieleśnieniem chaosu – tłumy walczące o miejsce przy okienkach, nieuprzejma obsługa, zero angielskiego. I znowu niespodzianka – trzy minuty postaliśmy w grzecznej kolejce by w kolejne dwie bez problemów kupić dwa bilety na nocny autobus. Z angielskim może nie było za dobrze ale dzięki “rozmówkom mandaryńskim” wszystko poszło gładko.

Problemów nie mieliśmy też z zamówieniem obiadu w ulicznej knajpie – za 15 juanów zjedliśmy (tylko i wyłącznie przy użyciu pałeczek) po misce zupy i popiliśmy piwem. Trudniejszym zadaniem okazało się zamówienie kawy z mlekiem – po 15 minutach ekspresyjnej gestykulacji i desperackich prób wydukania kilku słów po chińsku na nasz stół trafiły dwie szklanki kawy instant i.. dwie szklanki gorącego mleka z kożuchem. Z ten zestaw zapłaciliśmy dwa razy więcej niż za obiad.

W drodze powrotnej na dworzec dorwał nas deszcz. Atak nawałnicy przeczekaliśmy pod parasolem straganu z owocami. Zaprosił nas pod niego jego uśmiechnięty od ucha do ucha właściciel, wręczył po mandarynce i na odchodne życzył nam czegoś po mandaryńsku. Czego – możemy się tylko domyślać. Podobnie jak zresztą tego, dlaczego mandarynka nazywa się po naszemu właśnie tak a nie inaczej.

Za kilka godzin wsiadamy w autobus i ruszamy w głąb Chin. Wczoraj nie bardzo nam się chciało, dziś nie możemy się doczekać.

Update: 6 godzin i 3 zupki z nudlami później podstawiono autobus. Zamiast tradycyjnego z siedzeniami ku naszemu zaskoczeniu podjechał sleeper bus z leżankami. Jak dotąd Chiny robią nam same miłe niespodzianki.

Standard
Wietnam

>15.02 Samo mleko

>Cieszyliśmy się na naszą pierwszą w Wietnamie i pierwszą od Tajlandii podróż pociągiem. Niestety Wietnamczycy najwyraźniej potrafią zmienić każdy środek transportu w, nie uwłaczając, cygański tabor. Znowu były rozwrzeszczane niemowlaki, muzyka z komórek, kopanie w oparcia naszych siedzeń i ogólna niewygoda. O ile Ewie udało się przespać parę godzin, ja praktycznie nie zmrużyłem oka i do Lao Cai dojechałem nieprzytomny. Zaraz po tym jak wczesnym rankiem wysiedliśmy z pociągu otoczyła nas chmara busowych naganiaczy oferujących transport do Sapy. Zaczęła się tradycyjna licytacja – cena wywoławcza – 12 $. Wybuchliśmy śmiechem i poszliśmy dalej. Nie minęły 2 minuty i już siedzieliśmy w busie zapłaciwszy 60 tyś dongów od głowy (3$) czyli i tak o dwa razy drożej niż normalnie – świąteczna zwyżka cenowa trwa.

Między Lao Cai a Sapą jest 1000 m różnicy poziomów – wspinaczka krętą górską drogą zajęła nam godzinę. Prawdę mówiąc nie bardzo mieliśmy nawet siłę podziwiać widoki, a gdy dotarliśmy do celu stało się to po prostu niemożliwe. Sapa bowiem niczym płatek kukurydziany skąpana jest w mleku, w dodatku skondensowanym. Mgła jest tak gęsta, że ogranicza widoczność do kilku metrów, kombinacja niskiej temperatury z wysoką wilgotnością sprawia, że chłód jest momentami przejmujący.

Właśnie ze względu za zimno do śniadania oprócz kawy wypiliśmy po kieliszku lokalnego wina jabłkowego – mocne, aromatyczne, w tym klimacie lepsze niż niejeden Burgund. Nieco rozgrzani alkoholem i ogniem płonącym w knajpianym palenisku, wybraliśmy się na obchód miasteczka. Główną tutejszą atrakcją mają być lokalne mniejszości, Wietnamscy górale. I rzeczywiście – wszędzie ich pełno. Poprzebierani w barwne stroje uganiają się za turystami próbując sprzedać im a to kocyk, a to torebkę z dzianiny. Wyglądałoby to wszystko mało autentycznie gdyby nie równie kolorowe i oryginalne stroje dzieci, których chmary zapełniają wszystkie tutejsze skwery i ulice. Jest ich tyle, że najzwyczajniej w świecie nie mogą to być tylko i wyłącznie dekoracje. Widać rdzenni mieszkańcy tych okolic na co dzień ubierają się w tak fantazyjne stroje a handel z przyjezdnymi to jeden z niewielu sposobów by podreperować domowy budżet.

Sapa skąpana w mleku ma czarujący klimat. Nawet chłód od którego zdążyliśmy się już odzwyczaić staje się swego rodzaju atrakcją. Pogoda jest iście telewizyjna, szkoda tylko, że nasz pokojowy telewizor wyświetla jedynie dwa kanały, po wietnamsku. Zostają książki, herbata z miodem, tarta jabłkowa z pobliskiej piekarni. Nadrabiamy jesienno-zimowe zaległości.

Standard
Wietnam

>08.02 Pod murem

>Minione dwa dni spędziliśmy w Hue, przyjemnym dla oka mieście szeroko rozlanym nad rzeką o przyjemnej dla ucha nazwie – Perfume River. Jeden z dni poświeciliśmy na wycieczkę do strefy zdemilitaryzowanej. Pooglądaliśmy zakurzone zdjęcia w muzeach, pogapiliśmy się na żelastwo, które zostawili za sobą amerykańscy najeźdźcy, zajrzeliśmy do lejów po bombach. To obowiązkowy choć niezbyt porywający element podróży po tym kraju. Nieco większe wrażenie zrobiły na nas tunele Wietkongu – sięgające nieraz przeszło 25 m pod ziemię, ciasne, ciemne, wilgotne. Po 15 minutach zrobiło nam się niewygodnie i duszno. Setki Wietnamczyków przeżyło tam 6 lat. My jak po kilku latach w tunelu czuliśmy się po 15 godzinach w autobusie relacji Hue-Hanoi. 15 godzin po zatłoczonych drogach wśród wrzeszczących dzieci, wymiotujących kobiet, bawiących się telefonami komórkowymi mężczyzn. Do stolicy dotarliśmy nad ranem.

Plan był prosty – po Wietnamie dalej na północ i dalej na wschód. Aż do Pekinu, aż pod wielki mur. Ale mur zagrodził nam drogę już w Hanoi. Przybrał on postać chińskiej ambasady, w której mieliśmy załatwić wizy. Gdy w końcu dotarliśmy pod jej bramy z garścią dolarów w kieszeni i kserokopiami paszportów w dłoniach czekał nas gorzki zawód. Niemiła pani zza szybki oznajmiła, że wiz nie dostaniemy bo ambasada w Hanoi od roku nie wydaje ich turystom. Spróbować możemy na drugim końcu kraju, w Sajgonie, albo w jednym z państw ościennych, rezultaty niegwarantowane i w ogóle nikt nic nie wie.

Co robić? W którym kierunku odbić? Na zachód do Laosu i dalej gdzie oczy poniosą? Na południe do Malezji? Z powrotem do Bangkoku i samolotem do domu? Porównanie stanu konta z cenami biletów lotniczych dało natychmiastowe wyniki – nie stać nas na latanie samolotami po okolicy. Z odsieczą przyszła agencja turystyczna, która za dodatkowych 30 dolarów wyśle nasze paszporty do HCMC. Zatem jednak Chiny.

Na pocieszenie dostaliśmy Hanoi. Miasto, które się nie patyczkuje, wali między oczy, z półobrotu. Nas na dzień dobry uraczyło widokiem mięsa, psiego mięsa. Stragany uginające się pod wypatroszonymi psimi tuszami, martwe psy zwisające z rzeźnickich haków, tasaki odrąbujące łapy i głowy. Wiele o tym słyszeliśmy ale to trzeba zobaczyć, żeby przestać rozumieć.

Na szczęście dalej było już tylko lepiej. Wreszcie znaleźliśmy w Wietnamie azjatycką metropolię z prawdziwego zdarzenia. Zatłoczoną ponad granice możliwości, szturmującą hałasem jak szkolny korytarz na przerwie, wspaniałe. Gdy minęło obrzydzenie po porannych widokach przyszedł głód. Zabiliśmy go jedną z najlepszych ulicznych zup jakie jedliśmy w Azji. Gęsty rosół z mięsnymi kulkami i kawałkami wieprzowiny zaprawiany sokiem z kwaśnej mandarynki. Wieczorem przyszło pragnienie. Zaspokoiliśmy je najtańszym piwem na świecie. 3000 dongów (50gr) za strzelistą szklankę zimnego napoju. Tanie jednak nie znaczy w tym przypadku niedobre, wręcz przeciwnie.

Na dobranoc dostaliśmy jeszcze jednego kopniaka. W menu restauracji, w której jedliśmy kolację, obok sajgonek, nudli z kurczakiem i ryżu znalazły się żaby, żółwie, gołębie i…koty. Wietnamczycy nie zważając na to co myślą inni chodzą swoimi własnymi kulinarnymi drogami.

Standard
Wietnam

>4.02 Z królestwa Cham do republiki cham

>Kompleks świątyń w My Son, niegdysiejszej stolicy królestwa Cham to jeden z najstarszych tego typu zabytków w Azji południowo-wschodniej. Ich budowę zaczęli w IV wieku n.e. osadnicy z Jawy, a ich rozbudowa trwała do wieku XIV. Pozostawione następnie same sobie ceglaste wieże wtopiły się z gracją w tropikalną dżunglę i trwały spokojnie po środku zieleni, szczęśliwie zapomniane. Czas przypomniał sobie o nich dopiero w XX wieku. Jego ząb przybrał najpierw postać francuskich archeologów, którzy w latach 30-stych z jakobińską zawziętością pozbawiali głów tutejsze posągi (skąd ta francuska dekapitacyjna dewiacja? Najpierw głowy toczyły się spod gilotyny w czasie wielkiej rewolucji, później jej ofiarą padały niewinne rzeźby indochińskich budowli) – dziś można oglądać je w Luwrze. Potem czas zamiast kąsać zaczął rozszarpywać na strzępy. Głównie za sprawą Amerykanów, których nieomylny wywiad ustalił, że w ruinach kryją się partyzanci Vietcongu i świątynie stały się celem bombardowań. Mało brakowało a nie ostała by się cegła na cegle. Resztki budowli uratowały listy protestacyjne, które z całego świata popłynęły do ówczesnego tymczasowego lokatora Białego Domu – R. Nixona (szkoda, że równie skuteczne nie okazały się głosy sprzeciwu które odezwały się kilka lat temu, gdy Talibowie wysadzali w powietrze olbrzymie podobizny Buddy wykute w afgańskich skałach). Bombardowania ustały i dzięki temu w My Son można jeszcze to i owo zobaczyć. To i owo to niestety niewiele – porozrzucane po lesie sterty kamieni wymagają sporej wyobraźni by stać się choćby poświatą blasku starej cywilizacji. Zwiedzane bez kontekstu nakreślonego przez przewodnika nie miałyby szans w zestawieniu z rozmiarem i pięknem budowli z Angkor czy Hampi. Wygląda więc na to, że dobrze trafiliśmy wybierając tym razem zorganizowaną wycieczkę a nie samodzielne zwiedzanie okolic Hoi An na skuterze.

Tymczasem Hoi An zostało w tyle, od godziny siedzimy w autobusie i jedziemy ku Hue. Zanim jednak opuściliśmy tę “Łódź Wietnamu”, ziemię obiecaną entuzjastów mody, rajski ogród tekstyliów, krawiecki Eden, zdążyliśmy jeszcze odebrać nasze, zamówione wczoraj odzienie. Moja kurtka leży jak na wystawowym manekinie i aż żałuję, że temperatura w Wietnamie nie spada czasami poniżej 25 stopni. Ewie zakupy udały się 50/50. Kiecka balowa nadaje się na rozdanie Oskarów, sukienka “na co dzień” wymagała błyskawicznych, bo wykonany na 5 minut przed odjazdem autobusu, poprawek krawieckich.

A skoro już o autobusie – ten, którym jedziemy jest z założenia pojazdem skrajnie wygodnym. Zamiast siedzeń zamontowano w nim szezlongi, na których swobodnie można wyciągnąć nogi. Problem w tym, że mi i Ewie przyznano miejsca nie obok siebie w skutek czego siedzę właśnie obok odzianego od stóp do głów w tani dżins Wietnamczyka. Wyszyte na jego kombinezonie emblematy świadczą o zamiłowaniu do motocykli – prawdopodobnie jest to jednak miłość na razie nieodwzajemniona bo przed chwilą widziałem jak wertował on podręcznik dla kandydatów na prawo jazdy kategorii A. Niedoszły jeszcze motocyklista poza swoim miejscem zajął jeszcze 1/3 mojego a na wszystkie próby zmiany tego stanu rzeczy reaguje jedynym słowem jakie zna po angielsku – fuck. Całej tej sytuacji towarzyszy soundtrack w stylu country rozbrzmiewający z komórki owego podejrzanego typa, którego zachowanie potwierdza niestety rodzące się od pewnego czasu w naszych głowach obawy – niektórych Wietnamczyków ciężko lubić. Choć w zestawieniu z Polakami i tak zasługują oni na zbiorowy tytuł kawalera orderu uśmiechu to przy szczytach serdeczności jakie osiągali nepalscy mieszkańcy Himalajów i rzece uprzejmości jaka wylała na nas u wybrzeży Mekongu w Kambodży, spory procent napotkanych przez nas mieszkańców Wietnamu to zwyczajne chamy.

Standard
Wietnam

>3.02 Z deszczu pod igłę

>Pokonanie trasy z zachmurzonego Da Lat do słonecznego Hoi An zajęło nam 16 godzin i był to jeden z cięższych odcinków całej podróży. Nie przez samą trasę, która wiodła przez wyjątkowo malowniczą okolicę – najpierw, jeszcze za dnia, wijącą się jak wąż górską drogą, potem, nocą nad samym brzegiem morza błyskającego tysiącami (dosłownie) światełek kutrów. Powodem, dla którego podróż była męcząca i niewygodna byli Wietnamczycy. Ci, którym przypadły miejsca przed nami zaraz po wejściu do autobusu rozłożyli swoje siedzenia maksymalnie do tyłu nie zważając na nasze kończyny. Ci usadowieni za nami przez kilka godzin forsowali głośniczki w swoich telefonach do granic wytrzymałości puszczając dwudziestominutowe piosenki, będące spóźnioną o jakieś 30 lat wietnamską odpowiedzią na sukcesy Scorpions i Europe. Flażolet gonił flażolet a wokalista ocierał się o ultradźwięki wołając łamaną angielszczyzną do bezimiennej kobiety” ladyyyy, come and save meee”. Wreszcie obok nas zasiadła para z niemowlakiem, który swoje liczne stany emocjonalne manifestował całą gamą skowytów i wrzasków. Całości obrazu dopełniają absurdalnie częste przystanki na papierosa oraz światła w autobusie, które nie działały wieczorem, gdy chcieliśmy poczytać a nie dawały się wyłączyć w środku nocy gdy chcieliśmy spać. Dobrze, że przynajmniej udało im się naświetlić scenę, w której na twarzy wspomnianego wcześniej niemowlaka pojawiły się nagle krwawe plamy. Azjatycki horror zmienił się po chwili w komedię, gdy okazało się, że krew jest tak naprawdę gęstym sokiem, kapiącym z półki pod sufitem, gdzie jeden z pasażerów upchnął worek foliowy pełen truskawek lub morw.

Koszmarnym autokarem dotarliśmy do Da Nang. Tam złapaliśmy autobus do Hoi An i zapłaciwszy za bilet dwa razy więcej niż tutejsi (ot taka wietnamska tradycja) po godzinie byliśmy u celu. I tu zaczyna się przyjemna część dnia.

Hoi An to prawdziwa perełka. Urokliwe (choć nadgryzione przez czas) kamienice, wąskie uliczki, kanał z drewnianym mostkiem, sklepiki, galerie, kawiarnie. Misz masz klimatu śródziemnomorskiego z azjatyckim. Nawet tutejsze bagietki mają dwojaką naturę – smakują zupełnie jak te francuskie ale kształt mają bardziej wschodni, wrzecionowaty, przypominający wydłużone chińskie ciasteczko z wróżbą lub oko Azjaty. Ale miasteczko poza urokiem, świetną kuchnią i kilkoma świątyniami ma do zaoferowania jeszcze jedno – ciuchy. Zakładów krawieckich są setki, na każdej ulicy, za każdym rogiem. Szyte na miarę suknie i garnitury, koszule i krawaty a nawet buty. Kopie z kolekcji znanych projektantów i tutejsze, czasami mocno oryginalne pomysły. Cała gama materiałów, pełna paleta barw. Ewa jutro odbiera dwie eleganckie sukienki. Ja szarpnąłem się na zimowo jesienną kurtkę (przy temperaturze sięgającej 30 stopni). Ale, że w opisanym wyżej nieszczęsnym autobusie zostawiłem prawie nową bluzę kupioną w Indiach, równowaga w przyrodzie nie została zachwiana.
Równie nie zachwiana jest nasza potrzeba gnania przed siebie. Jutro zwiedzamy ruiny w pobliskim My Son a potem wsiadamy w autobus i mkniemy dalej na północ. Przez chwilę wydawało nam się, że jesteśmy zmęczeni ale dziś znowu poczuliśmy zew drogi.

Standard
Wietnam

>1.02 Skumbrie w tomacie, skumbrie w tomacie…

>…chcieliście Wietnam, no to go macie. Pisałem o europejskich klimatach, o moskiewskich cenach, o małomiasteczkowych widoczkach, o kontynentalnej roślinności. Wietnam się obraził i postanowił pokazać na co go stać.

Rankiem zerwaliśmy się z łóżek i chwilę po śniadaniu pomknęliśmy w góry, zdobyć szczyt LangBiang (2169mnpm). Zaczęło się niewinnie – wyasfaltowana, łagodnie pnąca się w górę droga, iglasty las, zapach żywicy. Z za któregoś z kolei zakrętu wyłonił się drogowskaz i stanęliśmy przed wyborem – w lewo 2 km do widoku na jezioro, w prawo 3 km na szczyt. Wybraliśmy prawidłowo. Asfalt w mig zmienił się w przykrytą sosnowymi igłami ścieżkę, łagodne podejście zaczęło się robić coraz bardziej strome.

Nie wiem kiedy przewiewny sosnowy zagajnik zmienił się w dżunglę, nie wiem kiedy szeroka droga zmieniła się w ledwie widoczną ścieżkę w zaroślach, wiem że niespodziewanie trafiliśmy w gąszcz, który chłonąć można niemal wszystkimi zmysłami. W oczach powódź zieleni we wszystkich odcieniach, od gnijącej pod stopami po jaskrawą nad głowami. Zieleń, którą można powąchać, której niemal da się posmakować. Wysoko górze, tam gdzie niebu udaje się przebić przez gęstwinę, maluje się seledynowo błękitny witraż. W nosie aromat grzybów, soczysta woń ziół. W uszach bzyczenie owadów łudząco podobnych do tych z książek o prehistorii, śpiew ptaków, których repertuar obnaża miernotę największych serwisów z dzwonkami do komórek. Na skórze głaszczący dotyk liści we wszystkich kształtach i rozmiarach, kolczaste ukłucia chaszczy, łaskotanie potu na plecach.

Ścieżka może być wszędzie i nigdzie. Czasami wabi nas jakieś rozjaśnienie między drzewami ale kilka metrów dalej zderzamy się z zieloną ścianą. Początkowo obrany szlak zamiast na szczyt prowadzi dookoła góry. Zawracamy, krążymy, wreszcie trafiamy tam, gdzie chcemy. Żeby piąć się w górę nie wystarczają już nogi, mokra glina pod stopami nie daje oparcia, trzeba pomagać sobie rękami, chwytać się gałęzi, szukać zagłębień w kamieniach. I nagle równie niespodziewanie jak w nie trafiliśmy, wychodzimy z zarośli i stajemy na szczycie. Nad nami i wszędzie dookoła malowniczo zachmurzone niebo. Daleko w dole falujący krajobraz ciągnący się aż po horyzont. 360 stopni zapierającej dech panoramy.

Dwie godziny później odpoczywamy w hotelowym pokoju, jemy świeże truskawki, masujemy obolałe mięśnie i podziwiamy odkryte dzisiaj oblicze Wietnamu.

Standard