Wietnam

>31.01 Bliżej domu

>Człowiek może przemierzyć pół świata, tarabanić się autobusami, pociągami i samolotami, przejść góry, przepłynąć oceany. I wszystko to żeby dotrzeć…do Jeleniej Góry.

A miał być mały Paryż. Taką ksywkę dostało podobno Da Lat od tłumnie zjeżdżających tu turystów. Pierwszym i ostatecznym dowodem na słuszność tego porównania miała być kilkudziesięciometrowa replika wieży Eiffela ustawiona w centrum miasteczka. Zamiast wieży jest maszt radiowo nadawczy pomalowany w nasze narodowe barwy. Postanowiliśmy się nie poddawać i poszukać Paryża, znaleźliśmy tylko Jelenią. Pagórkowate miasteczko, nie piękne ale z pewnością przyjemnie wyciszone. Rzędy kamienic, sieć wąskich ulic, w dzień upał, nocą górski chłód. Znaleźliśmy nawet drewniany dom niemal żywcem przeniesiony tutaj z Karpacza.

Tutejsza oferta rozrywkowo kulturalna ogranicza się do picia piwa, kawy lub lokalnego wina gronowego oraz do grania w karty lub bilarda. Podobno gdzieś jest kino ale na pewno nie tam gdzie prowadzi przewodnik. Ten sam przewodnik, który na pierwszym miejscu wśród tutejszych atrakcji wymienił jezioro w centrum miasta, po którym pływać można kajakami i łódkami w kształcie łabędzi. Dziś po jeziorze można co najwyżej pospacerować w kaloszach, została po nim wielka, błotnista kałuża.

Ale nie przyjechaliśmy tutaj siedzieć w mieście. Dlatego zaliczywszy dwa główne punkty miejskiego programu – ogrody kwiatowe i crazy house (niekonwencjonalnie powyginana kamienica) ruszyliśmy na skuterze zwiedzać okolice. Natura jest tu na pierwszy rzut oka mało egzotyczna, ale na pewno piękna. Wszędzie w okół porośnięte iglastym lasem wzgórza, powietrze pachnie jak na wakacjach w Polsce, ciepło, sosnowo i żywicznie. Odwiedziliśmy malowniczy wodospad, do którego zjechać można ślizgawką podobną do tej na Gubałówce. Objechaliśmy wokół piękne sztuczne jezioro otoczone lasem i plantacjami kawy. Do jednego z najładniejszych miejsc, które dziś odwiedziliśmy trafiliśmy przypadkiem. Buddyjskie centrum medytacyjne położone jest na szczycie jednego ze wzgórz. Zadbane ogrody, mnisi uwijający się między alejkami i fantastyczna cisza, zmącona tylko dźwiękiem świątynnych dzwonków. Miejsce tak spokojne i wycofane, że nie znalazło się dla niego miejsce w przewodniku.

W drodze do domu znalazł się jeszcze czas na ptysia z kremem kupionego na ulicy. Dzień zakończymy kolacją w pobliskiej restauracji. Wczoraj była pieczeń wieprzowa w sosie pachnącym rozmarynem, dzisiaj pure ziemniaczane i gulasz. Jeszcze ani razu w czasie tej wyprawy nie byliśmy tak blisko domu jak w Da Lat.

Standard
Wietnam

>29.01 Każdemu według portfela

>Mui Ne to nadmorskie miasteczko z rozdwojeniem jaźni. Jeśli twój tato zasiada w radach nadzorczych kilku spółek skarbu państwa lub jeśli zrobiłeś złoty interes zakładając kolejny internetowy serwis społeczności owy, a do Wietnamu wpadłeś na 2 tygodnie, żeby się wyszaleć, skusi Cię jego kurortowe oblicze. Skórzane fotele, długie chromowane bary, dudniąca z wielkich głośników taneczna muzyka. Po godzince spędzonej w “Moscow SPA” możesz wpaść do jednej ze szkół wind i kite surfingu i za 50$ podszkolić się w śmiganiu lub za 500$ zapisać się na tygodniowy kurs. Po przejażdżce na skuterze wodnym (30$ za 30 minut) załapiesz się jeszcze na happy hour w jednym z plażowych klubów. Zupełnie nie azjatycko – ceny wysokie (bardzo trudno znaleźć pokój tańszy niż 10 dolarów, wynajem skutera kosztuje około 8$ czyli 2 razy drożej niż na przykład w Tajlandii), wszędzie napisy po rosyjsku, wymarzone wakacje dla moskiewskiego japiszona.

Na szczęście jest też drugie wcielenie Mui Ne, bardziej tradycyjne i po prostu tańsze. Wystarczy odjechać parę kilometrów od części kurortowej by trafić do rybackiej wioski. Na ciemno szmaragdowej wodzie bujają się niebieskie kutry i okrągłe kosze-łódki z których rybacy zarzucają sieci. Zdobycz – miliony maleńkich srebrnych rybek – schnie następne na kwadratowych siatkach porozkładanych po całej okolicy i roztacza wszędzie intensywny, rybny zapach. Nie rozwiewa go nawet silny, popołudniowy wiatr. Schować się przed nim można wśród słynnych wydm – kilka kilometrów w głąb lądu. Wstęp do piaskownicy jest darmowy, zapłacić można jednemu z dziesiątków tutejszych dzieciaków, które za kilka dolarów oferują Sand Sledding – ślizganie się po wydmach na kawałku blachy.

I taki właśnie na razie jest Wietnam, rozdwojony, wewnętrzne sprzeczny i przez to czasami frustrujący – bo człowiek chciałby a nie zawsze może sobie pozwolić. Jest tu ciągle sporo Azji – bezdomne psy, pola ryżowe, uliczne jedzenie i roześmiane dzieciaki. Ale jest też sporo zachodu – wyasfaltowane drogi, stylowe kluby i ceny, momentami irytująco wysokie. Wojna trwa. Jeszcze nie wiemy kto wygra, może dowiemy się wkrótce. Jutro ruszamy dalej, na północ.

Standard