Bangkok, Tajlandia

Cisza przed burzą

Pojutrze Bangkok ma zostać zamknięty. Miasto nie zastygło jednak w oczekiwaniu. 

Taksówka, w której siedzę walczy o każdy metr przestrzeni i skokami przesuwa się na przód. Jadę na południe. Za plecami zostawiłem blichtr centrów handlowych rozlokowanych przy Sukhumvit, herbatę po 300 baht za filiżankę w Emporium, manekiny obwieszone markowymi ubraniami o wartości większej niż roczne zarobki ulicznego sprzedawcy Som Tam, parkingowych dyrygujących ruchem Lamburgini i Purshe  szukających wolnych miejsca na podziemnych parkingach. Jadę w kierunku Khlong Toei, dzielnicy gdzie ciągną się największe slumsy Bangkoku i gdzie jednocześnie leży miejski spichlerz – największe targowisko z żywnością w mieście.

Droga do Khlong Toei

Choć oba miejsca stanowią część jednego miasta, to dwa zupełnie różne światy – światy, które od dłuższego czasu są na kursie kolizyjnym. Do zderzenia ma dojść w poniedziałek.

To na poniedziałek przywódcy wielkich protestów, które od przeszło dwóch miesięcy okupują miejsce na pierwszych stronach tajskich gazet, zapowiedzieli „Shutdown” – zamknięcie Bangkoku. Na ulice mają wyjść tysiące (dziesiątki tysięcy, setki tysięcy, miliony – zależy kto liczy i publikuje statystyki) ludzi i rozpocząć okupację największych skrzyżowań w mieście. Na banerach nieść będą hasła antykorupcyjne i antyrządowe żądając natychmiastowego ustąpienia obecnej premier Tajlandii i objęcie władzy przez radę narodową.

Bangkok  shutdown is coming

Demonstrujący to raczej bywalcy pierwszego z wyżej opisanych Bangkoków – miejska klasa średnia, „wykształcone elity”, zamożne mieszczaństwo. Jest ich wielu, niemal dosłownie – pół Tajlandii. Południowe pół bo to południe kraju i Bangkok stanowi zaplecze społeczne demonstrantów.

Ale premier Yingluck Shinawatra i jej koledzy nie są osamotnieni. Jej i jej rządowi kibicują miliony Tajów z tych biedniejszych regionów kraju, z północnego wschodu, ze wsi w Isaan.

Premier Yingluck Shinawatra

Plakat wyborczy partii premier Yingluck Shinawatra.

Te dwie części podzielonego kraju spotykają się w Bangkoku, żyją obok siebie i od siebie współzależą. Antyrządowi demonstranci – bangkoccy studenci, pracownicy sektora finansów, przedsiębiorcy, mieszczanie, na co dzień korzystają przecież z usług taksówkarzy, zajadają się kluskami na przy ulicznych garkuchniach, odpoczywają w wielu godzinach za biurkiem w lokalnych salonach masażu. A większość tych usług zapewniają przecież  imigranci z Isaan, którzy przybyli do Bangkoku by umknąć panującej na peryferiach Tajlandii nędzy.

respect my vote w Bangkoku

I choć kolejny akt trwającego od co najmniej dwóch dekad (a swymi korzeniami sięgającego znacznie dalej wstecz) konfliktu rozegra się już pojutrze,  życie płynie normalnie. Na targowisku Klong Toei, gdzie raczej ciężko o zwolenników antyrządowych demonstracji, mnie i mój aparat fotograficzny witają uśmiechy a handel trwa w najlepsze. W klimatyzowanym SkyTrain, którym jadę godzinę później uśmiechów nie widać tak dobrze z za tabletów i smartfonów, za którymi kryją twarze podróżni, ale też nic nie świadczy o tym, żeby pasażerowie szykowali się na bitwę.

Asoke

Skrzyżowanie Asoke – za 2 dni okupować je będą demonstranci.

By dostrzec, że coś wisi w powietrzu trzeba patrzeć uważnie i wiedzieć czego szukać. Obawę dostrzec można we wzroku mojego taksówkarza spoglądającego w kierunku zbiegowiska w pobliżu jakiegoś urzędu („To demonstranci?” pytam. Ten przygląda się uważnie transparentom powiewającym nad tłumem po czym odpowiada z wyraźną ulgą „Nie, to impreza z okazji dnia dziecka”). O tym, że coś jest na rzeczy świadczy kartka przybita do drzewa w pobliży postoju moto taksówek z napisem „Respect my vote” – przybił ją tam zapewne zwolennik obecnego, wyłonionego w demokratycznych wyborach rządu. Że już pojutrze miasto ma stanąć, przypominają też t-shirty z napisem „Bangkok Shutdown”, które w czasie porannej przechadzki wzdłuż Sukhumvit kilka razy wpadają mi w oko. Podobno sprzedaj się jak woda.

Ale to wszystko detale, umykające uwadze szczegóły. W zgiełku miasta łatwo przegapić ciszę narastającą przed burzą.

 

Standard

14 thoughts on “Cisza przed burzą

  1. Robert says:

    Zaczynasz brzmieć troche jak Tiziano Terziani, jesli nie znasz – polecam. Legenda wloskiego i europejskiego reportazu, gosc ktory kochal azje i z taka sama pasja ja sledzil i opisywal, jeszcze raz – polecam 🙂

  2. Maćku, a co na to monarcha? Wiem, że król który nigdy się nie uśmiecha, rzadko zabiera głos w sprawach politycznych. Ale jeśli już to zrobi, jest w Tajlandii szanowany przez chyba każdą ze stron. Wiele lat temu zażegnał podobny konflikt. Czy tym razem nie ma na to szans?

    • Wszyscy szanują, wszyscy kochają..ale niektórzy bardziej niż inni. Ci obecni teraz na ulicach Bangkoku – najbardziej. Nazywa się ich wręcz monarchistami. Więc dwór im się raczej nie sprzeciwi a może wręcz przeciwnie – będzie po cichu wspierał. Po ciuchu, bo oficjalnie dwór i król są poza i ponad polityką. Oficjalnie,….

      To królowi i dworowi wierna jest też armia. Więc zdroworozsądkowo nie należy się spodziewać, że wojsko zacznie rozpędzać demonstracje (4 lata temu żołnierze nie mieli co do tego oporów – wtedy protestowali czerwoni). Ale i tu nic nie wiadomo bo armia nie jest tak jednolita jak może się wydawać i tam też grają różne interesy.

      Krótko mówiąc – to skomplikowane 🙂

  3. szczórken says:

    Hubert Kozieł (aka Fox Mulder) napisał 2 lata temu o ówczesnej sytuacji w Tajlandii: „Ledwie Obama wyjechał z Tajlandii, a już doszło tam do demonstracji prawicowej, monarchistycznej opozycji. Co prawda na ulice Bangkoku wyszło tylko jakieś 17 tys. ludzi, ale premier Yingluck Shinawatra już wytoczyła przeciwko nim ciężkie działa w postaci praw nadzwyczajnych. Woli dmuchać na zimne, bo demonstrantom przewodzi generał Boonlert Kaewprasit. Niedawno doszło też do próby zamachu do byłego premiera Thaksina Shinawatrę. Komu w tym starciu kibicować? Trudno powiedzieć, sytuacja jest niejednoznaczna. Thaksin Shinawatra to rzeczywiście oligarcha, ale reprezentujący interesy biedniejszej części narodu i wiele zrobił, by wyciągnąć Tajlandię z kryzysu finansowego. To polityk tak jak Lepper czy Kaczyński naruszający zastane status quo. Jego demokratycznie wybrany rząd został wcześniej obalony przez armię a za rządów puczystów strzelano do pokojowych demonstracji. Obecnie rządzi z tylnego siedzenia – premierem jest jego siostra Yingluck. Co ciekawe, Thaksin Shinawatra jest obywatelem Czarnogóry.”

  4. Karolina says:

    Maćku lot do Bangkoku mam w piątek , sadzisz , ze sytuacja może się mocno pogorszyć ? co prawda będę tam tylko jeden dzień i potem lecę do Kambodży , ale po kilku dniach z niej wracam znowu do Bangkoku , by się przesiąść na lot na Krabi. Daj znać proszę . Emiraty , którymi lecę do Bangkoku na razie nie odwołują lotów , nie wiem jak z Bangkok Airways , którymi lecę dalej . Z góry dziękuję za info.

  5. Jacek says:

    Jak sytuacja wygląda obecnie? Wczoraj wprowadzony został stan wyjątkowy na 2 miesiące…. Jaki to ma realny wpływ na podróżowanie?

  6. marta says:

    Hej, lecę do tajlandii w przyszły weekend, chcieliśmy zostac w Bkk 4 dni, czy w obecnej sytuacji lepiej zmienić plany? Niestety wszystko mam porezerwowane i nie chciałabym tego robić

  7. Pingback: Jak się żyje w dyktaturze? - Skok w Bok Blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *