Indonezja

To co najlepsze w Indonezji

Powiedzieć po dziesięciu dniach spędzonych na Jawie i jeszcze krótszej wizycie na Bali, że było się w Indonezjii to tak jak powiedzieć po wizycie w Kalifornii, że było się w USA. No niby się było, coś się widziało ale to stanowczo za mało, żeby wygłaszać wiążące opinie, ogólne sądy i oceny. Dlatego to nie jest ranking najciekawszych rzeczy w Indonezji a jedynie moje osobiste zestawienie najlepszych wrażeń z moich, stanowczo za krótkich wakacji w największym wyspiarskim kraju świata.

WULKAN BROMO

Jeżeli na Jawę miałbym przyjechać tylko w jednym celu, przyjechałbym zobaczyć Bromo. Oklepany, zadeptany tysiącami par butów, świetnie zorganizowany i podany na tacy w ofercie dziesiątków agencji turystycznych…i oszałamiający.

3 lata temu widziałem w Indonezjii większy wulkan – Rinjani na wyspie Lombok. Widoki rozciągające się z tej drugiej najwyższej góry Indonezji zrobiły na mnie chyba nawet większe wrażenie, niż to co zobaczyłem na i wokół Bromo, a jednak najpopularniejszy i najłatwiej dostępny wulkan Indonezji ma w sobie to coś. Co? Może jazdę samochodem terenowym przez zieloną sawannę okalającą krater, może konie, na których za garść dolarów można pogalopować po wulkanicznym pyle, może długie schody prowadzące na sam brzeg krateru (schody na wulkan, kompletny odjazd) – może to wszystko na raz. Od lat marzyłem, żeby zobaczyć Bromo, udało się. Teraz muszę zobaczyć je raz jeszcze – dla odmiany inną porą roku i w inny, mniej zorganizowany sposób (najchętniej na motocyklu).

Ps. Większość agencji turystycznych oferujących wycieczki na Bromo zabiera tam turystów bladym świtem by Ci mogli podziwiać wschód słońca nad wulkanem…moim zdaniem nie warto dla tej atrakcji zrywać się z łóżka o pierwszej nad ranem (w przypadku wyjazdu z miejscowości Malang). Wschód słońca jak wschód słońca – widywałem piękniejsze, choćby na Mazurach. Znacznie większe wrażenie zrobił na mnie wulkan oglądany już za dnia, z bliska.

Bromo z dzieckiem

BOROBUDUR

Niewiele brakowało, a do Borobudur nie pojechałbym wcale. Nie chciało mi się, nie miałem na to większej ochoty. Wszak dwa razy widziałem już Angkor Wat a birmańskie Bagan jakoś nie zwaliło mnie z nóg. Borobudur też nie zwaliło, ale cieszę się, że zdecydowałem się jednak na te odwiedziny. To świątyni mniej imponująca niż wspomniane Angkor czy Bagan, ale wciąż światowej klasy. Widoki z samego szczytu roztaczające się na okalającą budowlę zieleń warte są zachodu, płaskorzeźby zdobiące monument można studiować godzinami a całość bezapelacyjnie musi znaleźć się w każdym zestawieniu największych atrakcji Jawy.

Widoki z Borobadur

LUDZIE

W Indonezji miałem niekłamaną przyjemność poznać ludzi na trzech poziomach:

Na ulicy: Spotkania z lokalsami na ulicy, w knajpach, w hotelach były dla nas sporym zaskoczeniem. Chyba ostatni raz z taką serdeczną i pełną ciekawości reakcją na swoją osobę spotkałem się dwa lata temu, w Birmie. Zaskoczyło mnie szalenie, jak nieprzywykli do widoku turystów są mieszkańcy wielu miejscowości na Jawie. Czy to na dziedzińcu meczetu w Bandung, czy na targu z ptakami w Malang, wszędzie witały nas ciekawskie spojrzenia, szerokie uśmiechy, zaproszenie do rozmowy. A wszystko to nie podszyte chęcią zwabienia nas do sklepu, naciągnięcia na zakupy, krótko mówiąc zarobienia na nas nieco grosza. Z tą spotkaliśmy się jedynie w Yogjakarcie, gdzie daliśmy się zaciągnąć do jednej dziesiątków galerii z lokalnym rękodziełem, ale ta jedna, nieplanowana wycieczka nie psuje świetnego wrażenia jakie zrobili na nas Indonezyjczycy.

A przy okazji – na pohybel wszystkim islamożercom chowanym na sączących nienawiść do muzułmanów mediach i internecie. Po raz kolejny ze strony wyznawców islamu spotkała nas sama serdeczność, przyjaźń i otwartość. Zaś fotografując wiernych zgromadzonych przy olbrzymim meczecie Masjid Agung Bandung utonąłem w morzu uśmiechów.

Kadek Ardita w Sekumpul

W Jawańskim domu: Surabaya była na szarym końcu mojej listy miejsc do odwiedzenia na Jawie. Gdyby nie namowy Jasmine, która w tym portowym, przemysłowym mieście ma znajomą, pewnie nie pojechalibyśmy wcale. Tymczasem koniec końców pobyt w drugim największym mieście Jawy należał do najprzyjemniejszych chwil w całej naszej podróży. A to dlatego, że znaleźliśmy się w rękach Ayumii – kumpeli Jasmine z czasów studiów filmowych w Sydney.

Z Ayumią, rodowitą Jawianką i Muzułmanką, zjedliśmy domowy posiłek przy jej rodzinnym stole oraz kolację w świetnej lokalnej restauracji, wybraliśmy się na lody do najstarszej lodziarni w mieście, wypiliśmy razem butelkę słodkiego wina z Argentyny i…rozmawialiśmy. Przez te 24 godziny spędzone w Surabaya na rozmowach z Ayumią dowiedziałem się o Jawie, jej historii, ludziach i tradycjach więcej, niż z uważnie studiowanego przewodnika przez kilka wcześniejszych dni. A do miasta, do którego wcale nie chciało mi się jechać, chce mi się wrócić.

U naszych: Marcin zaprosił mnie do siebie już dawno temu, za pośrednictwem bloga. W Bangung gdzie mieszka, ma żonę-Indonezyjkę, maleńkie dziecko i prężnie działającą firmę zmieniającą życie ludzi, których wysyła na praktyki do Indonezji – kraju, który pokochał, gdy sam odwiedził go podczas praktyk zawodowych. Marcin nie tylko otworzył przed nami drzwi swojego domu, ale pokazał Bandung z nowej, nie dla wszystkich dostępnej perspektywy – widziane oczami ekspaty. Czy to na imprezie w gronie innych, zamieszkałych na Jawie obcokrajowców, czy podczas nocnego rajdu przez Bandung na motocyklach w poszukiwaniu meliny sprzedającej arak, czy na najtańszym i najbardziej bolesnym masażu stóp jakiego doświadczyłem w Azji a jaki za poradą Marcina zafundowałem sobie w lokalnej galerii handlowej – wszędzie tam mogłem przyjrzeć się Indonezji w ten sam sposób, w który patrzę na Tajlandię.

Polacy na Jawie

JEDZENIE

Po powrocie z Indonezjii rzuciłem się na Som Tam i Tom Kha jak wygłodniały zwierz…ale to nie znaczy, że podróżowując przez Jawę ku Bali przymierałem głodem. Co to to nie.

Jedzenie w Indonezji potrzebowało nieco czasu by nas do siebie przekonać. Suchy, smażony ryż, który zaserwowano nam na śniadanie w hotelu w Jakarcie nie zrobił dobrego wrażenia. Nie najlepiej prezentowała się też kuchnia uliczna – o niebo bardziej brudna niż Tajska choć po przełamaniu pierwszego oporu, niczego sobie. Na szczęście dalej było już tylko lepiej.

Podróżując po Indonezji, skupialiśmy się na produktach, które są rzadziej dostępne na Phuket a unikaliśmy tego, co jemy na co dzień. Dlatego zamiast krewetkami woleliśmy żywić się kaczką (po Indonezyjsku – Bebek, wypatrywaliśmy tego słowa w meny każdej knajpy), rzadko dostępną na Jawie wieprzowinę zastąpiliśmy ochoczo wołowiną.

Dania, które najgłębiej zapały nam w pamięć długo by wymieniać. Genialne balijskie Satay z tuńczyka nadziewanego na łodygi trawy cytrynowej. Gudeg czyli gulasz z Jackfruita duszonego w mleku kokosowym, lokalna specjalność Yogjakarty. Babi Guling czyli prosiak z rusztu, klasyczne danie z Bali. Rednang – pikantne curry wołowe, albo aromatyczna zupa Rawon….efekt jest taki, że od paru dni uporczywie szukam indonezyjskiej restauracji na Phuket.

Indonezyjska kuchnia

PTASI TARG W MALANG

Targów dowiedziałem w Azji setki. Mało tego – robię to niemal codziennie, w końcu to na azjatyckim targu robię zakupy. Ale wciąż trafiają się targowiska, które każą mi schować portfel, wyciągnąć aparat fotograficzny i zacząć odkrywać. Tak było niedawno na największym markecie spożywczym w Bangkoku – Khlong Toei, tak było też w Malang na niezwykłym Pasar Senggol – ptasim targu. To miejsce raczej nie spodoba się miłośnikom zwierząt – setki ptaków w klatkach a obok nich jaszczurki, koty, żółwie, owady…ale klimat ma niezwykły i jedyne czego żałuję, to że nie zostałem tam dłużej ze swoim aparatem fotograficznym.

Targ ptaków w Malang

PAPIEROSY

 Gdyby odebrało mi wzrok i słuch i tak wyczułbym Indonezję – nosem. Kłęby dymu papierosowego są tam tak wszechobecne że ciężko mi sobie wyobrazić to miejsce bez nich. Ale nie zwykłego dymu a słodkiego, wonnego dymu papierosów z goździkami, tzw Kretek. I tak jak wspomniałem – są one wszechobecne. W Indonezji można odnieść wrażenie, że palą wszyscy i wszędzie, nie tylko na skwerkach, nie tylko w na ulicy ale w galeriach handlowych, w restauracjach, w autobusach. Tak, w autobusie wiozącym nas przez dobrych 12 godzin z Bandung na Bali kierowca właściwie nie przestawał popalać Kreteków, niewiele sobie robiąc z komfortu podróżych (których część też ochoczo popalała wydmuchując dym za okna).

Sam na co dzień nie palę niemal wcale ale być w Indonezji i nie zapalić Kreteka z kubkiem słodkiej, jawiańskiej kawy to nie być w Indonezji.

SAMOCHODEM PO BALI

 4 lata temu objechałem Bali na motocyklu i do dziś pozostaje to jedną z najwspanialszych przygód jakich doświadczyłem w podróży. A potem pojawiła się Jasmine, Hana… i na motocyklu zabrakło dla nas miejsca (wbrew temu, czego próbują dowieść całe Tajskie rodziny jeżdżące w 4 i więcej osób na jednośladach). Ale to nie szkodzi. Zamiast motocykla wynajęliśmy na Bali samochód i ruszyliśmy w nieznane…no nie do końca nie znane. Po pierwsze od kiedy dorobiłem się smartfona, zawsze pod ręką mam GPS i inne cuda, dzięki czemu już raczej się nie gubię. Po drugie Bali oglądane zza kółka przywołało wszystkie wspomnienia Bali oglądanego z perspektywy motocyklisty. Naszym wynajmowanym za 15$ dziennie Suzuki Katana wdrapaliśmy się na najwyższe wzgórza, dotarliśmy nad najbardziej strome klify i pod  najpiękniejsze wodospady, jeszcze raz przekonując się, że Bali bezapelacyjnie zasługuje na miano jednego z najpiękniejszych, najbardziej niezwykłych miejsc w Azji.

Samochód na Bali

 

Standard

8 thoughts on “To co najlepsze w Indonezji

  1. ciesze sie ze piszesz pozytywnie o Bali, bo juz sie zalamalam ze jestesmy spoznieni z naszym wyjazdem tam o jakies 20 lat… mamy zaplanowany tylko wypad na Nusa Lembongan na pare ostatnich dni wyjazdu.. polecasz jechac w ciemno i na miejscu zdecydowac co chcemy zobaczyc?

  2. wteiwewtamte.pl says:

    Proponujemy wolną chwilą wybrać się na Sulawesi do Tany Toradży, czy na Borneo do Tanjung Puting – na prawdę niezwykłe miejsca. Nam gdzieś po drodze rozsypał się plan podróży i nie starczyło już czasu na Jawę, ale jest to zawsze powód, żeby do Indonezji powrócić 😉 Pozdrawiamy !

  3. Polecam gorąco odwiedziny w górskiej wiosce Waraebo na wyspie Flores.
    Miejsce chyba jeszcze mało znane,nieobecne w popularnych przewodnikach.
    Z portu Labuan Bajo 2-3 godziny drogi autem przez piękne okolice,a potem wędrówka z przewodnikiem przez dżunglę ,w zależnosci od kondycji od 2 do 4 godzin w górę.Na końcu czeka nagroda w postaci niezwykłego miejsca w którym spędziliśmy noc w towarzystwie tubylców (lud Nangarei).Dziennie dociera tam zaledwie kilku turystów.W książce pamiątkowej znalazłem jedynie dwa nazwiska z Polski w ciągu ostatnich 7 miesięcy.Naprawdę warto.

    • Monika says:

      Andrzej, czy korzystaliście z usług biura tur., czy masz może namiary na tego przewodnika? Będę wdzięczna za wszelkie informacje.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Notice: Undefined variable: comment_form in /home/skokwbok/domains/skokwbokblog.com/public_html/wp-content/plugins/wordpress-gdpr/public/class-wordpress-gdpr-integrations.php on line 79

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.