Flores Amores

Flores
 Zatknąłem flagę na zachodnim wybrzeżu Flores. Dalej tym razem nie pojadę. Nadmorskie miasteczko Luaban Bajo przywołało wspomnienia północnych rubieży Indyjskiego Goa. Nie umiem nawet powiedzieć dlaczego. Podobny panuje tu nieład, podobny gwar na nieutwardzonej nawierzchni głównej (a właściwie jedynej) ulicy miasteczka, podobnie chylą się ku upadkowi drewniane chaty przykryte blachą, podobny cień rzucają okoliczne bananowce. Wspólny mianownik między oboma miejscami to portugalski kolonializm, który zostawił tu ślad w postaci krzyży na wieżyczkach kościółków przemieszanych z rdzewiejącymi dachami meczetów.

 Okolice zwiedzałem na skuterze. Zamiast jednak wynająć go w jednym z licznych biur podróży wybrałem się do dziewczyny imieniem Ria poznanej na promie, który mnie tu przywiózł. Po znajomości znaczy za pół lokalnej ceny. Tani trafił mi się też pokój – połowę tańszy niż najtańszy w jakim tu dotąd spałem. Cena odpowiadała jakości ale wychodząc z założenia, że nie przyjechałem tu przecież siedzieć w pokoju postanowiłem przeboleć.

 Mój motorek z trudem ale jednak radził sobie ze pnącymi się ostro pod górę okolicznymi szosami. Najpierw śniadanie przy drodze – awokado (zwane tu adwokatem) i kawa, potem wizyta wiosce, w przaśnie przystrojonym kościele,w którym trwały przygotowania do wielkopiątkowych uroczystości. W chwili gdy przekroczyłem próg, do z pozoru spokojnego miejsca wdarł się chaos. Wierni stracili zainteresowanie ołtarzem, chór rozpierzchł się na wszystkie strony by po chwili zgromadzić się wokół mnie. Uścisnąłem dziesiątki rąk, odpowiedziałem uśmiechem na dziesiątki uśmiechów po czym w towarzystwie kilku przewodników-ochotników wybrałem się na pobliskie wzgórze obejrzeć panoramę zatoki.

 Do miasteczka zjechałem już dość późno a w tych stornach świata zmrok zapada dość szybko. Zanim jednak słońce zaszło za usiany wysepkami horyzont najpierw zafundowało mi najbardziej niesamowity spektakl świetlny jaki dane mi było oglądać. Najpierw niebo, chmury i woda przybrały kolor płynnego złota. To, ciemniejąc zmieniło się w róż, potem purpurę by wreszcie zniknąć przykryte czernią. Pewnie stałbym tam dalej oniemiały z zachwytu gdyby nie zaczął padać deszcz.

 Urwanie chmury trwało 2 godziny. Główna uliczka Luaban Bajo zmieniła się w błotnistą rzekę a ja ewakuowałem się z mokrego lądu na łódź, którą przez najbliższe dwa dni będę płynął z powrotem na Lombok. Po drodze spotkam jeszcze smoki, wskoczę pod wodospad, dam nura między korale. A morze jak to morze – zweryfikuje.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.