H2O
To miała być historia o wodzie. Tej, w której rankiem podziwiałem rafę koralową, tej, która w postaci ulewnego deszczu „umilała” mi dzisiejszą podróż po Bali, wreszcie tej, którą słyszę za oknem, rozbryzgującą się u stóp najwyższego wodospadu na wyspie. Ale historia, jak to z historiami bywa puściła się samopas, poszła swoją drogą. I zmieniła się w historię o ludziach.
Pierwsi, których dziś spotkałem pochodzili z zachodu. Starsza Niemka i młody Francuz. W ich towarzystwie wybrałem się na poranny snorkeling. Wyobraźcie sobie taką scenkę. Nad nami błękitnie niebo, na nim rozpalone do białości słońce. Pod nami błękit wody a pod wodą cała paleta barw rafy koralowej. Folder reklamowy biura podróży przekuty w rzeczywistość.
I co? I mało! Ileż było narzekania. Że płetwy za ciasne, że woda za mało przejrzysta, że rafa nie taka jak dawniej, że tu swędzi a tam piecze. Nie mogąc słuchać tych lamentów nabrałem powietrza w płuca i dałem nura między nieme kolorowe rybki i krzyczące barwą i kształtem koralowce.
A potem wsiadłem na motocykl i ruszyłem przed siebie…tylko po to, by stanąć się 20 minut później, zatrzymany przez ulewę. Zaparkowałem pod wiejskim sklepikiem, schowałem się pod blaszanym daszkiem i zabrałem się za czekanie. Czekałem pół godziny, czekałem czterdzieści minut i czekałbym pewnie dalej gdyby nie pojawiła się starsza pani z wielkim parasolem i zaproszeniem na kawę, do siebie do domu. Obok kawy pojawiły się ciastka a to wszystko umilała próba rozmowy łamaną angielszczyzną. To wystarczyło, żeby przegonić chmury. Na odchodne dostałem kartkę z adresem o prośbę o przesłanie pocztówki z miejsca, w którym żyję.
Ruszyłem dalej, ku wodospadom. Najpierw krętą drogą po górę, potem krętymi schodami w dół. Przy ostatnich stopniach zaczęło brakować mi tchu jednak to co ujrzałem dotarłszy do punktu widokowego sprawiło, że westchnąłem z zachwytu. Nie jeden, a siedem gigantycznych wodospadów staczających się wgłąb spowitej mgłą doliny. Widziałem już kilka pięknych miejsc, ale czegoś takiego chyba jeszcze nie. Przed jego majestatem pióra poddaliby poeci, fotografowie ze wstydem pochowaliby swoje aparaty. Tego się nie da opisać, tego się nie da sfotografować, to trzeba zobaczyć. Do teraz stałbym tam z rozdziawioną gębą gdyby nie nawrót ulewy. Przesiąknięty i pierwszy raz od tygodni nieco zmarznięty zacząłem wspinaczkę powrotną po 365 stopniach.
U szczytu czekał na mnie bambusowy daszek a pod daszkiem uśmiechnięty Balijczyk. „Coś do picia? Kawę? Coś do jedzenia?” A niech ci będzie pomyślałem i dosiadłem się do stolika. Nawet nie wiem kiedy skończyłem pierwszą puszkę coli i kiedy poznałem wszystkich kuzynów Kadeka Ardity, sekrety jego pracy, plany na przyszłość. Wiem, że godzina robiła się późna, ulewa nie słabła a ja nie pokonałem nawet jednej trzeciej zaplanowanej na ten dzień drogi i nie miałem gdzie zostać na noc. „Może zostaniesz u mnie?” zapytał Kadek. Po chwili wahania przełknąłem swoją nie ufność i przyjąłem zaproszenie. Tak dobremu znajomemu przecież nie sposób było odmówić.
Od tej chwili minęło już kilka godzin. W tym czasie zdążyłem poznać pozostałych członków rodziny Arditów, zjadłem tradycyjny indonezyjski posiłek, wychyliłem 3 szklanki araku, naprawiłem komputer Kadeka i napisałem tekst promocyjny dla jego małego biznesu – trekkingów pod wodospadem. Z rana wypiję filiżankę legendarnej Kopi Luwak (od dziś zbieram zamówienia, chętnych na unikalne ziarna zapraszam na maila) i ruszę dalej, oglądając się przez ramię na to niezwykłe miejsce i wspaniałych, zwykłych ludzi zamieszkujących te strony.
*Ciekawe? Dobrze napisane? Pomocne? Kliknięcie w jeden z przycisków “share” pod artykułem to najprostszy i najlepszy sposób by docenić wysiłek jaki wkładam w tworzenie tej strony i pomóc w rozwoju Skok W Bok Blog. Czekam też na wasze komentarze oraz maile z pytaniami i sugestiami. Z góry dziękuję!
-
kejsper
-
Anonymous


























