Burmese fortune teller
Birma, Praca

Jak prawie wyprowadzałem się z Tajlandii

Dokładnie za tydzień miałem wsiadać w samolot. Mam już nawet bilet – w jeną stronę. Miałem też piękne wizje i plany. Nowy kraj, nowo otoczenie, nowe wyzwania, nowa praca. Tymczasem siedzę przy biurku w tej samej szkole co rok temu, w tym samym mieście, w samym kraju i nigdzie się nie wybieram? Dlaczego? Bo w Azji nigdy nic nie wiadomo. 

Zmiana pracy była  głównym a właściwie jedynym powodem, dla którego zdecydowałem się na przeprowadzkę. Nauczanie w Tajskiej szkole ma swoje zalety – jest łatwe, lekkie, bezstresowe…i kompletnie bez sens. Przynajmniej w mojej szkole (choć o ile mi wiadomo – nie tylko). Po prostu nic z niego nie wynika i nikomu na wynikach nie zależy. W szkole mam być na czas i na czas z niej wyjść a to czy i czego uczę jest sprawą trzeciorzędną.

Co jednak gorsze – moja praca nie daje mi żadnych szans rozwoju. Zarabiam OK, ale nigdy nie będę zarabiał znacząco więcej. Nie dostanę awansu, nowych wyzwań, nie osiągnę żadnych celów. Jedyną szansą na jakąkolwiek zmianę jest zmiana…praca. A zamiany są mi w życiu potrzebne jak powietrze.

Dlatego gdy pojawiła się propozycja nowej pracy w nowym kraju, przystałem na nią ochoczo. No bo jak odrzucić managerskie stanowisko dające nieograniczone możliwości rozwoju w dodatku płatne dwa razy lepiej niż to co robię obecnie? Długo się nie namyślałem, kupiłem bilet, zacząłem planować przeprowadzkę, przeczesywać Internet w poszukiwaniu informacji o życiu w nowym, egzotycznym kraju . A w międzyczasie, kilka tygodnie temu, napisałem taki tekst:

Dalsza droga

Pewnie pierwszy raz usłyszałem o niej w podstawówce. Była mi do życia tak samo potrzebna jak treny Kochanowskiego i wzory na fizyce  – ot kolejne słówko do zakucia, i zapomnienia.

 Na mapę mojej świadomości musiała wrócić na uniwersytecie – 10 lat po ukończeniu szkoły podstawowej znowu siedziałem na zajęciach i znowu zakuwałem nazwy państw, miast, teorie i doktryny. Pewnie była wśród nich również ona. Pojawiła się, pozwoliła zdać egzamin, znikła. 

Możliwe, że w międzyczasie wpadła mi w oko jeszcze parę razy – może natknąłem się na nią w gazecie, może mignęła mi gdzieś w TV. Nie przykuła uwagi, nie zapadła w pamięć, zbyt była odległa i obca.

Filmy sensacyjne i sensacyjne wiadomości utwierdzały mnie w przekonaniu, że jest zła, przeklęta i niepisana zwykłym śmiertelnikom. Przez myśl, by mi nie przeszło myśleć o niej na poważnie, jak o rzeczy realnej, dotykalnej. Podobnie zresztą jak przez myśl by mi nie przeszło, żeby wspinać się na wulkany w Indonezji czy uczyć angielskiego w Azji. Dobre sobie!

Pierwszy raz fizycznie zbliżyłem się do niej w 2009 roku. Podróżując po północy Tajlandii, zdawałem sobie sprawę, że jest gdzieś blisko, jedno czy dwa pokryte gęstym lasem wzgórza dalej. Jednak choć  już wtedy zarówno indonezyjskie wulkany jak i kariera nauczyciela w Azji wydawały się znacznie bardziej realne, ona wciąż pozostawała jakimiś niezdrowym wymysłem, niedostępnym dla normalnych ludzi. Planując kilkumiesięczną przeprawę od Indii po Chiny nawet przez myśl mi nie przeszło, by do niej zajrzeć.

Potem wypadki potoczyły się szybko. Przeprowadzka do Bangkoku, zmiana perspektywy, poszerzenie horyzontów. To co kiedyś odległe stało się nagle bardzo bliskie, proste do zrealizowania jak wypad na narty do Czech albo na koncert do Berlina. Nasłuchałem się jeszcze opowieści rodziny i znajomych, którzy osobiście tam zajrzeli i już wiedziałem, że należy ją dopisać na listę rzeczy do zrobienia.

Wreszcie, w kwietniu 2012 spotkałem się z nią w cztery oczy. Poznałem jej serdeczny uśmiech, jej  łagodną, fascynującą osobowość, jej niezwykłą urodę. Przyznaję – zakochałem się.

Nie minęło kilka miesięcy a pakuję walizki, porządkuję swoje sprawy, dopracowuję ostatnie szczegóły i ruszam. Przeprowadzam się już w lutym.

 Przeprowadzam się do Birmy.

Skok W Bok Blog nominowany do nagrody Traveler 2012 w kategorii Blog Travelerowca! Pomóż mu zdobyć laury - wyślij sms Wyślij SMS o treści: TR.wybieram.F2 pod numer 71001

A jednak nie. Nie przeprowadzam się do Birmy. Niby wszystko było już ustalone, pojawią się atrakcyjna oferta pracy , była mowa o konkretnych pieniędzy, ustaliliśmy też termin rozpoczęcia współpracy, kupiłem bilet lotniczy i liczyłem dni do wylotu. Wiedziony jednak jakimś dziwnym przeczuciem, nim oznajmiłem w swojej szkole, że odchodzę, że znowu to rzucam i wyjeżdżam w ciepłe kraje – napisałem do mojego nowego pracodawcy jeszcze jednego maila z prośbą o ostateczne potwierdzenie naszej umowy.

Odpowiedź zwaliła mnie z nóg i zepchnęła na dno rozczarowania. Pracy, która być miała – nie ma. Operacja przeprowadzka została w jednej chwili odwołana. Dlaczego? Podobno maczał w tym nawet palce wciąż oparty o wojsko birmański rząd (sic!), na przeszkodzie stanąć miały przepisy imigracyjne i tym podobne, kompletnie abstrakcyjne przyczyny. Cóż, sprawa została załatwiona po azjatycku – gdybym sam nie dopytywał czy wszystko jest na pewno dopięte na ostatni guzik o tej fatalnej dla mnie zmianie planów dowiedziałbym się prawdę mówiąc nie wiem kiedy. Na lotnisku w Yangonie? Pukając do drzwi biura mojego niedoszłego pracodawcy.  Tak, w Azji zamiast powiedzieć komuś coś nieprzyjemnego, czasami lepiej nie powiedzieć nic.

Czy żałuję? Nie, nie jestem człowiekiem, który tapla się w żalach. Pożałowałem kilka dni, byłem wściekły i rozgoryczony. Kolejne dni w szkole były moimi jak dotąd najgorszymi, moje skrzydła zostały na chwilę kompletnie podcięte. Ale to już przeszłość. Pozbierałem się, realizuję kolejne projekty, nakreślam kolejne cele, działam. i…

…delektuję się Tajlandią. Bo w całym tym pomyśle, na przeprowadzkę do Birmy najbardziej bolał mnie fakt, że mam opuścić kraj, który uwielbiam,  Bangkok w którym po 2 latach wciąż mam tak wiele do odkrycia i w którym żyje mi się lekko. I w tym wszytkim najbardziej cieszy mnie właśnie to, że nie wyprowadzam się z Tajlandii. Bo plany się zmieniają (zwłaszcza w Azji!) , czasami udaje się je zrealizować, czasami coś staje  na przeszkodzie ale jedno pozostaje niezmienne – Bangkok to moje ulubione miasto na świecie.

ps. Na zdjęciu powyżej stanowisko jasnowidza na słynnym moście U Bein w Amarapura, nieopodal birmańskiego Mandalay. Może gdybym skorzystał z jego usług nie wyrzuciłbym w błoto tych kilkuset zł na bilet lotniczy i nie posmakował by gorzkiego rozczarowania? 😉

*Ciekawe? Dobrze napisane? Pomocne? Kliknięcie w jeden z przycisków “share” pod artykułem to najprostszy i najlepszy sposób by docenić wysiłek jaki wkładam w tworzenie tej strony i pomóc w rozwoju Skok W Bok Blog. Czekam też na wasze komentarze oraz maile z pytaniami i sugestiami. Z góry dziękuję!

Standard

17 thoughts on “Jak prawie wyprowadzałem się z Tajlandii

    • DF says:

      Akurat tu się nie zgodzę, świeżo „odpuszczające” przesrany system kraje zwykle są świetną okazją do zarobku, tak samo było zresztą i u nas. W latach 90 można było żyć jak lord jeśli miało się tylko trochę łba na karku. Teraz niestety jest już dużo trudniej. Rynek nasycony to trzeba się bardziej starać, gdy wszystkiego brakuje i wiesz gdzie to tanio kupić to masz biznes podany na tacy.

  1. chudy says:

    dziwnym zbiegiem okolicznosci siostra Marka z zyciewtropikach.com dostala prace w Birmie . Czyżby to nie ta sam pracodawca ? Jeśli ten sam to hmmm?

    • Ta sama ale byłbym daleki od rzucania w kogoś błotem. To nie Marek podejmuje decyzje personalne w firmie. W Azji słowo szefa jest święte a o tym jak ważna jest rodzina przy rekrutacji Marek sam pisał niedawno u siebie. Poza tym bez udziału Marka w ogóle nie pojawiła by się ta oferta. A że skończyło się tak jak się skończyło, cóż Justyna napisała niżej że tak po prostu miało być. I tego będę się trzymał 🙂

    • Zbiegu okoliczności nie było. Moja siostra była pierwsza na liście do zatrudnienia, gdy tylko coś się ruszy w tym temacie. Nagle zrobiło się miejsce na 2-3 obcokrajowców. Każdy jeden musi być zatwierdzony i rekomendowany przez Ministerstwo Turystyki. Moja siostra i jeszcze jeden chłopak dostali list rekomendacyjny od ministerstwa. Maciek niestety nie. A że sprawa została załatwiona po azjatycku i temat zatrudnienia Maćka zniknął tak szybko jak się pojawił to było już we wpisie powyżej.

  2. Pingback: POLECAMY BLOGI O TAJLANDII |

  3. Luc says:

    znam bół nauczania angielskiego, które nie ma sensu i jest stratą tyleż uczniów, co i moją. w Hiszpanii – bo o niej mówię – jest dokładnie tak samo. mówię tylko o dzieciach/nastolatkach. dorośli mają większe mózgi, więcej motywacji, wymierne cele i przede wszystkim sami za kursy płacą. nauczanie nastolatków jednak jest czystą stratą czasu. po 4-5 latach nauki grupy upper-int dalej mówią mi na początku zajęć „I don’t do my homework” mimo że co tydzień przypominam im o przerabianym 16 razy PresentPerfect. Moją szefową głównie obchodzi to, żeby w przyszłym roku też się zapisali do niej na kursy, a że nie mogą przecież robić tego samego poziomu dwa lata pewnie ci co dziś są „up-int” (in fact more like pre-int) za rok już będą w grupach advanced co nie zmienia faktu, że gdybym tu został na kolejny rok (co się nie wydarzy) dalej mówiliby mi „teacher, I do homework” na co ja odpowiadam im po francusku „tres bien!”.

  4. Pingback: Rok Skok w Bok - Kalendarium | Skok w Bok Blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *