Street writer in Kolkata
Inspiracje

Klucz do podróży

Jeżeli w podróż mógłbym zabrać jedną i tylko jedną rzecz, zabrałbym…

Film bez napisów

„O co mu chodzi?” – zachodziłem w głowę gapiąc się na drobnego, przepasanego brudną szmatą Hindusa, który bezczelnie usadowił się „w nogach” na mojej leżance w pociągu relacji Bombaj-Goa. Rzuciłem mu pytające spojrzenie bo pytania zadać za bardzo nie umiałem, on zaś odparł mi legendarnym hinduskim kiwnięciem głową, z którego zrozumiałem tyle, ile zrozumiałbym gdyby odparł mi w Hindi czy w innym, jednym z co najmniej kilkuset językó występujących w tym kraju. „Może to taka tradycja” myślałem? „Może w tych stronach to normalne, że pasażer, który nie załapał się na wolne miejsce podróżuje w nogach innego pasażera?”. Zdecydowałem podejść do tematu pokojowo, niczym Gandhi. Uśmiechnąłem się nieśmiało, obróciłem na drugi bok i zasnąłem.

Rano znalazłem w plecaku wyciętą żyletką dziurę. Złodziej nie zabrał nic, bo nie bardzo było czego zabierać, plecak udało się zszyć u ulicznego krawca kosztem kilku rupii ale fakt pozostawał faktem – padłem ofiarą przestępstwa…po części z własnej winy. Gdybym znał choć tych kilka słów w Hindi, gdybym choć pobieżnie orientował się w lokalnym kolorycie być może do całej sytuacji by nie doszło.

Shop front in Darjeeling

Podczas mojej pierwszej, kilkumiesięcznej podróży przez Azję podobnych sytuacji były dziesiątki. Ileż to razy przyglądałem się czemuś lub komuś zachodząc w głowę „o co chodzi?”, ile to razy chciałem spytać „ale jak to, ale dlaczego, ale na co to komu?” lecz nie wiedziałem jak? Jasne, radziłem sobie trochę gestem, trochę po angielsku i podstawowe informacje udawało mi się jakoś zdobywać ale o dotarciu do sedna sprawy mowy być nie mogło. Dziś myślę, że ta pierwsza podróż była trochę jak film po chińsku. Wspaniały film, pełen akcji, niezwykłych ujęć, przygód i niespodzianek…ale bez napisów

Rozmówki zamiast przewodnika

Od kiedy przeniosłem się do Azji, podróżuję nieco bardziej świadomie. W Tajlandii sprawę mam uproszczoną – po przeszło dwóch latach w Królestwie niestety nie mówię biegle po Tajsku ale mój słownik jest na tyle obszerny, że dogadam się w sklepie, na targu i na stacji benzynowej. Wierzcie mi – wiele więcej nie trzeba! Już tych kilka podstawowych zwrotów potrafi kompletnie zmienić podejście tubylca do przyjezdnego. Wystarczy kilka słów w lokalnym języku a w murze dzielącym nas od nich pojawiają się pęknięcia, robi się serdeczniej, ciekawiej i ufniej. Zaczyna rodzić się komunikacja.

Side street in Kolkata

Z tego właśnie powody pierwszą rzeczą jaką robię wybierając się do nowego kraju, jest spisanie listy podstawowych słów i zwrotów – „Cześć” „Dziękuję”, „Ile?”, „Co to?” + kilka liczb na dobry początek w zupełności wystarcza. Przećwiczone jeszcze w taksówce z lotniska do centrum (lub z Poipet do Siam Reap) przez kolejne dni i tygodnie podróży pozwalają więcej z niej wycisnąć, lepiej poznać i zrozumieć odwiedzany kraj i zamieszkujących go ludzi. Parę słów w lokalnym języku pozwoli dojechać dalej i w ciekawsze miejsca, niż najlepszy książkowy przewodnik.

Podróże z tłumaczem

Są jednak wyższe stopnie wtajemniczenia. Moje podróże wstąpiły na kompletnie nowy, dotąd niedostępny dla mnie poziom, gdy poznałem Jasmine. Od kiedy po Azji podróżuję z Azjatką, liczba pytań bez odpowiedzi zmalała stukrotnie. Nie bez znaczenia jest fakt, że Jasmine jest Hinduską a Ci jak wiadomo, są wszędzie. Nie ważne więc, czy w środku nocy psuje nam sięskuter w górach w Birmie czy szukamy Garam Masala na Phuket – zawsze znajdzie się ktoś, z kim uda na się dogadać, kto poda nam pomocną dłoń i napoi czajem. Od kiedy jest ze mną Jasmine, podróże stały się nie tylko prostsze ale i ciekawsze. Nie chodzi tu zresztą tylko o język ale o…azjatyckość. Jasmine lepiej rozumie pewne lokalne zwyczaje, wiele rzeczy, zwyczajów i zachowań potrafi mi wyjaśnić. Zaś lokalsi traktują ją często serdeczniej, jak swoją. Podróże z Jasmine to dla mnie podróże z tłumaczem – nie tylko języka ale i kultury. Podróże z Jasmine to jak film z lektorem a nawet – z komentarzem reżysera.

_1240237

Co jest dalej? Film w oryginalnej wersji językowej rzecz jasna. Życie w Tajlandii byłoby nieporównanie prostsze, gdybym umiał biegle mówić po Tajsku, podróż do kraju, którego język rozumiem jest jak wczytanie się w fascynującą książkę niż ledwie jej przekartkowanie w poszukiwaniu obrazków. Jeżeli w podróż mógłbym zabrać jedną i tylko jedną rzecz, zabrałbym język. Jego nauka wymaga jednak czasu i poświęcenia. Czy warto?  Chyba warto…dla sztuki. Podróżowanie jest łatwe. Ale podróżowanie z sensem to już właśnie sztuka.

Standard

21 thoughts on “Klucz do podróży

  1. święte słowa:)

    w podróż po Ameryce Południowej przygotowaliśmy się m.in.poprzez przyspieszony kurs hiszpańskiego. chyba był zbyt przyspieszony, bo liczebników nie ogarnęliśmy na tip top:) Frycowe oczywiście było – w Cartagenie w Kolumbii pani na plaży proponowała masaje (masaż). Mario chciał być super szarmancki i zamówił masaż dla Oli, ustalając cenę x, a rozumiejąc, że cena wynosi y. na dodatek pojawiłą się druga pani, która zaczęła też masować Mario. wyszły z tego niezłe jaja – cała relacja na naszym blogu:
    http://mariolawpodrozy.pl/co-wie-mariola/jak-nieznajomosc-liczebnikow-doprowadza-do-stresu/
    pozdrawiamy gorąco z Malezji
    MariOla

  2. www.psjaponki.pl says:

    Świetny wpis, popieramy w 100%. Nic tak nie cieszy, jak możliwość dogadania się z tubylcem gdzieś na końcu świata 🙂

  3. Paweł says:

    Zgadzam się w zupełności – wypada a nawet należy nauczyć się paru podstawowych zwrotów z kraju, do którego jedziemy. Nie tylko to ułatwia komunikację, ale też jest oznaką szacunku dla obcej kultury, że zadaliśmy sobie chociaż troszkę trudu i staramy się ją poznać. Zniżki i lepsze traktowanie, a w najgorszym wypadku trochę śmiechu gwarantowane 🙂

  4. Bretonissime says:

    Fajnie, że poruszyłeś ten temat. Również uważam, że znajomość lokalnego języka to klucz do „głębszego” i ciekawszego podróżowania, poznania (i zrozumienia) kultury oraz nawiązania znajomości. Przez lata wyjazdów do Francji przyzwyczaiłam się do możliwości, jakie daje znajomość języka danego kraju. Będąc jakiś czas temu w podróży przez Włochy i Austrię czułam się bardzo niekomfortowo, nie mogąc sklecić więcej niż parę zdań po włosku czy niemiecku, bo angielski już mnie w takich sytuacjach nie zadowala. 😉 Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej nauce tajskiego!
    Kasia

  5. To prawda, że z językiem jest łatwiej podróżować i przełamywać bariery kulturowe. Kiedy zawitałam do Francji dwa miesiące temu, zaskoczyło mnie to, że pozornie nic nie rozumiejąc, rozumiałam wszystko, co mówił do mnie 60-letni Francuz pod Łukiem Triumfalnym. Myślałam, że po 3 latach nauki języka w szkole, nie jestem w stanie zmierzyć się z nim w realnej sytuacji, a jednak mi się udało. Podejrzewam, że tak naprawdę nauka języków nie jest taka trudna, jakby mogło się wydawać. 🙂

    • Paulina Angelika Kulik says:

      Podziwiam. Ja uczyłam się 2 razy od podstaw po 3 lata (niech żyje nasz system edukacji) i mój pierwszy wyjazd po maturze (podstawowej) miał traumatyczne początki. 3 dni nic nie rozumiałam, a potem coś zaskoczyło i zaczęłam rozumieć. A podczas nauki szkolnej najbardziej brakuje tej możliwości przetestowania swoich umiejętności na żywo właśnie.

      • Dokładnie wiem o czym mowa, bo od 10 miesięcy mieszkam i uczę się w UK. I mimo, że angielskiego w szkole uczyłam się ponad 10 lat to nijak to się ma to tego z czym się spotkałam tutaj na miejscu. Być może to wina systemu edukacji, być może po części i nauczycieli, ale moim zdaniem za mało stawia się na prawdziwą komunikację i kontakt z żywym językiem przy nauce w szkole.

  6. Paulina Angelika Kulik says:

    Zgadzam się z Tobą w 100%. Moje podejście zawsze takie było i niestety już mi ciężko zrozumieć jak można jechać bez znajomości chociaż tych kilku zwrotów. A co do layoutu – nie podobają mi się te wycinki po bokach. Może nie tyczy się to wszystkich, ale ja zawsze czytam cały wpis, więc te cytaty nie są mi potrzebne, a zakłócają rytm czytania. Pasek społecznościowy po lewej – wygodny, nie wkurza, prawie ładnie wygląda (różne szerokości guzików). Jak się teraz zastanawiam, to nie mogę sobie przypomnieć jak wyglądał blog wcześniej. Miał prawą kolumnę czy nie? Tak czy siak teraz nie jest potrzebna. Menu bardzo ładne, domyślne jak dla mnie, więc śmiga.

    • Dzięki za opinię! To czy jest kolumna czy jej nie ma zależy od wpisów. Jak chcę eksponować zdjęcia to nie ma, jak nie – to jest. Fajnie, że czytasz od deski do deski 🙂 Znając jednak życie nie wszyscy tak mają więc dla nich te małe wycinki, na zachętę 😉

  7. anitademianowicz.blogspot.com says:

    Od jakiegoś czasu śledzę Twój blog. Staram się uczyć od najlepszych 🙂
    A co do języka.Gdy postanowiłam zwiedzić Amerykę Środkową moim pierwszym krokiem było zapisanie się tam do szkoły języka hiszpańskiego. Byłam przekonana, że z podstawową nawet znajomością znacznie ciekawiej i łatwiej będzie podróżować. Z perspektywy czasu wiem, że nie mogłam zrobić lepiej. Pewnie, że bez znajomości języka da się podróżować, ale tak jak napisałeś podróż ze znajomością danego w kraju języka to podróż z sensem. Możesz rozmawiać z ludźmi i ich poznawać, a o to też chodzi przecież w podróżowaniu. Wiem, że jakoś bym podróżowała po Ameryce Środkowej tylko z angielskim, ale zapewne wówczas więcej czasu spędzałabym z innymi obcokrajowcami. Z językiem hiszpańskim mogłam wyjść do miejscowych, bo niewielu z nich porozumiewało się w innym od ojczystego języku. Mogłam lepiej poznać zwyczaje i kulturę i nawet zaprzyjaźnić się.
    No, ale hiszpański a tajski to duża różnica, jeśli chodzi o naukę. Więc gratuluję zdolności 🙂
    ps A mi te wstawki nawet się podobają. Bardziej przypominają reportaż z magazyny podróżniczego. Ale wiadomo, że to rzecz gustu.
    Pozdrawiam

  8. mamasaidbecool says:

    Zgadzam się, poznanie nawet kilku podstawowych zwrotów z kraju do którego się jedzie jest zawsze dobrze odbierane, sprzyja przełamywaniu barier w kontaktach, jest oznaką szacunku i myślę, że nieważne czy jest się Azjatą czy Polakiem to próby rozmowy obcokrajowca w nieznanym sobie języku wywołują uśmiech. Jest to fajne i nie wymaga aż tak wiele wysiłku a może być przyczyną powstania wielu ciekawych sytuacji 🙂 Pozdrawiamy 🙂

    http://mamasaidbecool.blogspot.com/

  9. Pingback: Dlaczego przeprowadziłem się do Tajlandii? - Skok w Bok Blog

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *