Nepal

Kurczak a sprawa Nepalska

Elephant bath in Chitwan, Nepal

Tak, jesteśmy w Nepalu, owszem spędziliśmy dwa dni w parku narodowym wśród słoni i nosorożców. Ale to wszytko bez znaczenia. Przez ostatnie kilkadziesiąt godzin najważniejszym zwierzęciem w naszym życiu był…kurczak.

Zaczęło się tak jak pisałem poprzednio – od wykupienia pakietu noclegi + wyżywienie + safari + transport do Katmandu za 50 euro na głowę. Nocleg był naprawdę ok, safari i inne atrakcje się odbyły, do Katmandu zostaliśmy dowiezieni. Kłopotliwe okazało się wyżywienie. Szef ośrodka, w którym zajścia miały miejsce zapewniał, że możemy brać co chcemy z menu z tym wyjątkiem, że mięso, konkretnie kurczak, będzie dostępny tylko jeden raz. Przy czym słowo “kurczak” wymawiał półszeptem i z namaszczeniem godnym piemonckich trufli lub fois gras.

Przy pierwszej kolacji szef zasugerował, żebyśmy zamówili wszyscy to samo by dostać to szybko i gorące. Nie w smak nam takie układy więc każde z nas zamówiło coś innego – jedzenie dotarło na stół względnie szybko (wg azjatyckich standardów) i było nawet zjadliwe z wyjątkiem pierożków MoMo, które sprawiły, że następnego dnia układ pokarmowy Ewy ogłosił strajk generalny.

Kłopoty pojawiły się przy obiedzie, gdy zapragnęliśmy zamówić upragnionego kurczaka. Okazał się nie tylko, że jest on czasowo niedostępny, ale że znów powinniśmy zamówić wszyscy to samo czyli nepalski makaron z jajkiem bo właściwie tylko to jest w tej chwili na kuchni. Kurczak nadlecieć miał wieczorem. Motywowani burczeniem w brzuchu przystaliśmy na ten układ i po jakiejś godzinie oczekiwania dostaliśmy wspomniany makaron tylko, że bez jajka. Prawda jest jednak taka, że nawet gdyby jajko było strusie lub przepiórcze to danie i tak było by co najwyżej pół jadalne. Herbata, którą to ohydztwo chcieliśmy popić, i którą zamawialiśmy 4 razy u 3 kelnerów i szefa nie dotarła do nas nigdy.

Wieczorem, gdy wróciliśmy styrani z czterogodzinnego safari, nauczeni doświadczeniem pobiegliśmy do kuchni by szybko zamówić wymarzonego kurczaka i jakieś przyjemne dodatki. I tu znowu niespodzianka – z dodatków do wyboru przedstawiono nam makaron nepalski. O zgrozo pokornie przystaliśmy i na to i obiecaliśmy stawić się w jadłodajni za 40 minut gdy wszystko będzie gotowe. 40 minut później, o godzinie 19, usłyszeliśmy, że jeść dostaniemy o 21 po tym jak pójdziemy na “cultural event” w pobliskim centrum kultury. Położyliśmy uszy po sobie i poszliśmy nasycić duszę w rytm grających marsza kiszek.

Po powrocie i kolejnych 30 minutach oczekiwania nadeszła wiekopomna chwila – dostaliśmy kurczaka. Nieszczęsne zwierze zostało pokrojone w małe kawałeczki razem z kośćmi i usmażone na czarno w oleju, który prawdopodobnie pamiętał jeszcze poprzednią porę deszczową. Było tego wszystkiego tyle co kot napłakał a o nepalskim makaronie nawet nie chce wspominać.

I tu miarka się przebrała. Maciek B. i Ewa zawinęli talerz ze smażonym kurzym szkieletem i pobiegli do szefa na skargę. Ten najpierw się zdziwił, potem przeżuł kawałek drobiowej kości, następnie zrugał jednego z pracowników obiecując, że jutro go zwolni (jakby to miało sprawić, że nasz kurczak nabrałby smaku) aż wreszcie obiecał poprawę i kurczaka (!) w wałówce, którą mieliśmy dostać na podróż do Katmandu.

Rankiem usłyszeliśmy, że na śniadanie nie możemy zamówić tego co chcemy bo za chwilę odjeżdża nasz autobus. Zjedliśmy więc co było, i bogatsi o dwie foliowe torebki pełne smażonego kurczaka i tybetańskiego chleba pojechaliśmy do stolicy Nepalu.

Tyle minusów. A teraz zupełnie inna bajka – park narodowy Chitwan.

Jest to miejsce wielkie, zielone i malownicze. Wiemy bo cały dzień chodziliśmy po nim piechotą, pływaliśmy czółnem, przemierzaliśmy jeepem. W ciągu dnia panuje tam nieznośny upał ale ochłodę przynosi widok ośnieżonych ośmiotysięczników daleko na horyzoncie.

Do zwierząt na safari nie mieliśmy specjalnie szczęścia. Widzieliśmy półtora nosorożca (jednego tyłem, drugiego głęboko w zaroślach), ślad i skórę po wężu, schowane w krzakach sarny, małpy, kilka pawi i (sic!) …kurę. Lepiej było w czasie spływu czółnem – krokodyle były niemal na wyciągnięcie ręki, a koliber aż do przesady błękitny. Ale na naprawdę bliskie spotkania ze zwierzętami przyszedł czas podczas wizyty w centrum rozrodczym słoni gdzie obchodzono właśnie pierwsze urodziny słoniątek bliźniaków. Był tort i inne przysmaki (marchew, jabłka, banany) a w tłumie słoni małych i całkiem dorosłych można było się momentami pogubić. I jakby tego było mało, Ewa z Maćkiem za cenę 100 rupii nepalskich od głowy (jakieś 3,50 zł) wzięli jeszcze udział w kąpieli ze słoniem. Nawet nie próbuję tego opisać, lepiej spojrzeć na zdjęcia. Krótko opisać można za to przejażdżkę na słoniu po dżungli – trzęsie gorzej niż w Indyjskim autobusie ale widoki wynagradzają niewygody.

A teraz jesteśmy już w Katmandu. Dojechaliśmy tu przez szalenie malownicze góry i doliny. Mamy przyjemny pokoik i łazienkę z gorącą wodę w hoteliku w dzielnicy Thamel. Na obiad zjedliśmy niedrogie i tym razem nietrujące pierożki MoMo i całkiem niezłe hamburgery. Zrobiliśmy część zakupów przed trekingowych (Ewa ma nową kurtkę i spodnie, wszyscy mamy szałowe czapki, ja sam zdecydowałem się na wynajem śpiwora i ubrań w góry) i powoli kładźmy się spać – w tej kwestii mamy ostatnio spore zaległości.

Sam Nepal naprawdę daje odetchnąć po Indiach (mimo afery drobiowej) – jest tu czyściej, spokojniej, nie tak ciasno i co najważniejsze – nikt nie wchodzi nam na głowę. Ludzie są naprawdę zaskakująco mili, uśmiechnięci, uprzejmi, tacy Polacy na wspak.

Jutro dalsze przygotowania a we wtorek ruszamy w Himalaje.

Standard

4 thoughts on “Kurczak a sprawa Nepalska

    • Maciej Klimowicz says:

      No niestety – do wpisów archiwalnych nie ma zdjęć. Moooże kiedyś będą jak znajdzie się czas na uzupełnianie historycznych postów ale na chwilę obecną nie ma takiej możliwości. Pozdr!

  1. eludek says:

    Byłam, widziałam, pokochałam:)) Słoniowe bliźniaki to teraz spore słonie, a kąpiel ze słoniem, to niezapomniane przeżycie.
    Pozdrawiam.

  2. Pingback: Warto czasem gdzieś wyskoczyć! | Skok W Bok Blog – życie, praca i podróże po Azji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *