Burmese sunset
Birma

Między Atrakcjami

O Bagan napoisano już tyle tekstów, ile można znaleźć tam świątyń. O Inle lake też przelano rzekę słów. Dlatego odpuszczam i skupiam się na tym co po drodze, co między atrakcjami.

Nie jest łatwo dojechać z Bagan nad Inle. Zwłaszcza u krańca birmańskiego nowego roku, gdy zamarły na czas święta transport publiczny dopiero budzi się do życia. Ale znowu pędzeni jakąś wewnętrza potrzebą przemieszczania się na wschód – ruszyliśmy. Z Bagan wystartowaliśmy o 9 rano w piątek, do hotelu w położonej nad jeziorem Inle miejscowości Nyaung Shwe dotarliśmy o 17:00 w sobotę. Jakieś 350 kilometrów dzielące te dwa obowiązkowe punkty na mapie Myanmaru pokonaliśmy przy pomocy pięciu środków transportu.

Burmese pickup

 

Zaczęliśmy od pickupa. Pickup to jak się okazuje pojazd niezwykle pojemny. Ten Birmański, podobny do Tajskiego „song taew” mieści nawet około 30 osób, łącznie z nami. Ludzie siedzą wszędzie, stłoczeni pod brezentowym dachem i na brezentowym dachu, na umocowanych na pace ławkach, na podłodze, oraz rzecz jasna na sobie. No i na nas.  Podróż w tych warunkach trwała może godzinę ale i tak przesiadkę na inny, chodź łudząco podobny do pierwszego pojazd w jakiejś nieoznaczonej na mapie wsi, witaliśmy z ulgą.

Nie długo jednak ta ulga trwała. Nie ujechaliśmy bowiem kilkunastu kilometrów, gdy znów przyszło się zatrzymać – znów w miejscu niepozornym, nie wyróżniającym się niczym poza czekającymi  w cieniu trzema sporymi wozami pełnymi kiści bananów. Czekającymi jak się okazało – na nas.

loading the bananas

 

Załadunek trwał jakieś 40 minut. W tym czasie każdy wolny kawałek przestrzeni w pickupie zajęty został przez zielone jeszcze banany. Większość wylądowała na dachu furgonetki, kilka kiści musieliśmy wieźć na kolanach. Dalsza podróż znaczona była nagłymi przystankami, kiedy to kierowca wyskakiwał z kabiny by zbierać z drogi kiści, które zsunęły się z dachu. Momentami czuliśmy się wręcz zaniedbani widząc jaką troską otaczane są owoce.

 

Banana pickup

 

Gdy docieraliśmy do leżącej mniej więcej w połowie drogi miejscowości Meiktila, słońce mieliśmy już za plecami. Postanowiliśmy jednak podjąć ostatni tego dnia wysiłek i przemieścić się jeszcze kawałek dalej. A że bananowy pickup wysadził nas na torach kolejowych – padło na pociąg.

burma from a train

 

Okazuje się jednak, że kupno biletu na pociąg na dworcu kolejowym w Meiktili nie jest tak proste jak mogło by się wydawać. Mało tego, jest wręcz niemożliwe! To jednak nie znaczy, że pociągiem wyjechać się stąd nie da. Da się, tyle że bez biletu. Station master tutejszego dworca sam zaprowadził nas do wagonu upper class i kazał wsiadać, drzwi zamykać i jechać gdzie nas tory poniosą. „Za bilet zapłacicie u celu”.

passanger in burma

 

Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Po godzinie jazdy przez mrok birmańskiej nocy uiściliśmy opłatę w kasie na stacji kolejowej w Thazi a 20 minut później jedliśmy curry popijane piwem Myanmar w towarzystwie 6 rudych kotów w Moonlight Guesthouse.

Kontynuować podróż przyszło nam bladym świtem. Zachęceni doświadczeniami minionej nocy zamiast 3 $na bilety klasy podstawowej wydaliśmy 7 $ na klasę upper i popłynęliśmy dalej.

Tak, popłynęliśmy. Dziesięciogodzinną podróż pociągiem przez wzgórza stanu Shan najłatwiej przyrównać do rejsu po wzburzonym morzu. Tory są tu nie tylko kręte ale i krzywe, toczącym się może 15 km na godzinę wagonem buja na wszystkie strony a wraz z nim buja się stoczona w środku ludzka masa. Nie myślcie bowiem, że podróż upper class oznacza jakieś niezwykłe luksusy czy nie daj boże – izolację od lokalnej ludność. Nic z tych rzeczy. Ludzie są wszędzie. Na siedzeniach, na oparciach, na podłodze. Wsiadają drzwiami i oknami i tą samą drogą wysiadają. Gdy skład zatrzyma się w jakiejś górskiej miejscowości momentalnie opada go chmara kupców, od których kupić można wszystko – żółte jeżyny i kluski na ostro, plamiące palce morwy i kubek źródlanej wody.

Forest fruits in Burma

 

Od towarzystwa odpocząć można gapiąc się przez okno. Na pola, na lasy, na górskie wioski (Jasmine kilka razy krzyknęła w radośnie „Zupełnie jak w domu!”) Momentami pociąg ociera się o otaczającą tory zieleń, chaszcze pakują się do wagonów zostawiając po sobie strzępy liści. A przecież mamy apogeum pory suchej, po drodze mijamy jedynie kompletnie suche koryta rzek. Nie umiem sobie wyobrazić jak ta trasa wygląda  gdy Birmę nawiedza monsun a las nasiąka wodą i puchnie.

burmese train window

 

Celem tej jednej z najpiękniejszych kolejowych przepraw jakie przebyłem w życiu jest skrzyżowanie dróg w miejscowości Shwenyaung. Tylko z niego, ostatnim już na tej trasie pojazdem, dotrzeć można nad jezioro. Pojazdem tym jest birmańska motoriksza przypominająca skrzyżowanie choppera z konnym wózkiem. Jeszcze parę kilometrów z workiem ryżu pod stopami i docieramy. Hotel, łóżko, sen. Jezioro zostawiamy na jutro – i tak będzie musiało się mocno postarać, by przebić wrażenia z minionych dwóch dni.

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “Share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog. 

Standard

One thought on “Między Atrakcjami

  1. Pingback: Wielki bazar kolejowy, na koniec świata i z powrotem | Grzeszki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *