Bangkok India Town
Bangkok, Do Buzi, Indie, Tajlandia

Mikrokosmos

Do Azji nie przeniosłem się, żeby osiąść ale by podróżować. Bangkok nadaje się do tego doskonale – położony centralnie jest świetną bazą wypadową a tutejsze lotnisko obsługuje dziesiątki tanich połączeń do wszystkich krajów Azji południowo-wschodniej.

Niestety nie zawsze da się wygospodarować kilka dni by gdzieś wyskoczyć. W końcu na te wszystkie podróże trzeba jednak zarobić a praca w szkole odbywa się według tradycyjnego układu pięć dni roboczych / dwa dni weekendu. I choć dni wolnych w Tajlandii nie brakuje (do końca roku zostało jeszcze 12 wszelkiej maści świąt) wakacji mam sporo (łącznie 2 miesiące + 10 dni urlopu zdrowotnego) to przeważnie i tak siedzę w Bangkoku.

Daleki jestem jednak od znudzenia codziennością, od zasiedzenia. Bangkok na to nie pozwala. Nie trzeba tu bowiem biletów lotniczych, wiz i plecaka by zwiedzać inne dalekie kraje, wystarczy ruszyć na miasto. Metropolie takie jak ta mają to do siebie, że ściągają ludzi z całego świata. Ci, którzy decydują się zostać tu na dłużej z czasem zaczynają tęsknić za domem i próbują tu, na miejscu odtworzyć jakiś jego element. Tym sposobem powstają enklawy, całe dzielnice spod znaku danego godła i flagi. I tak przy głównej arterii miasta, Sukhumvit Road mamy Little Tokio gdzie pełno przesiadujących w barach sushi Japończyków. Kilka kilometrów na wschód i trafiamy do Little Arabia gdzie zza straganów przekrzykują się handlarze jedwabiu. Nad rzeką, nieopodal głównej stacji kolejowej rozpościera się kompletnie oszalałe China Town, tuż obok ukryte w cieniu świątyni Sikhów tętni życiem Little India. Właśnie tam wybrałem się w niedzielenie popołudnie.

W 2009 spędziłem miesiąc w Indiach. Od tego czasu nie przestałem za nimi tęsknić i wciąż planuję powrót. Na szczęście teraz wystarczy mi wsiąść w autobus nr 508 i po godzinie w korkach mogę zanurzyć się w miksturę barw i dźwięków, kaszmirskich tkanin i aromatu smażących się na klarowanym maśle Ghee dań. Chodniki zdobią tu pomarańczowe plamy betelu, który hindusi namiętnie żują a następnie wypluwają gdzie popadnie, w barach gorący czaj popijają odziani w turbany sikhowie, na targowiskach warzywami handlują przekupy z himalajskich prowincji subkontynentu. Samosa kupiona u ulicznego sprzedawcy kosztuje 10 bahtów czyli złotówkę – ( to 2 razy drożej niż w Indiach) poparzony gorącym ziemniaczanym pierogiem język można schłodzić kubkiem słodkiego lassi w pobliskiej knajpie, gdzie goście próbują przekrzyczeć ścieżkę dialogową bollywoodzkiego filmu wyświetlanego na podwieszonym pod sufitem telewizorze. Można tu kupić najlepszy materiał na garnitur, całą paletę przypraw, słodycze oprószone opiłkami srebra, dzieje setki hinduskich bogów wydrukowane na papierze z odzysku. Można tu zapomnieć, że jest się w Tajlandii.

A potem, z pełnym brzuchem, żując pełen miodu i kardamonu liść betelu można wrócić do domu, ochłonąć pod prysznicem, podkręcić klimatyzację i zapatrzeć się w Bangkok schnący za oknem po kolejnej letniej nawałnicy.

 

*Ciekawe? Dobrze napisane? Pomocne? Kliknięcie w jeden z przycisków “share” pod artykułem to najprostszy i najlepszy sposób by docenić wysiłek jaki wkładam w tworzenie tej strony i pomóc w rozwoju Skok W Bok Blog. Czekam też na wasze komentarze oraz maile z pytaniami i sugestiami. Z góry dziękuję!

Standard

2 thoughts on “Mikrokosmos

  1. Pingback: The Best of Bangkok | Skok w bok

  2. Pingback: Historia Podwodna | Skok W Bok Blog – życie, praca i podróże po Azji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *