Pod krawatem w Tokio
Japonia

Obcy w Tokio

Drzwi mojego pięciogwiazdkowego hotelu  centrum Tokio rozsuwają się przede mną z sykiem. Z przyzwyczajenia szeroko uśmiecham się do sterczącego przy drzwiach strażnika a ten, zamiast odpowiedzieć mi uśmiechem, kłania mi się w pół w wyuczonym, służalczym geście. Lekko zdezorientowany wkraczam w szybko zapadający nad stolicą Japonii zmrok.

Niepewnym krokiem ruszam przed siebie po chodniku tak czystym, że nie bałbym się z niego jeść ale nie bardzo komfortowo czuję się po nim idąc. Wokół mnie połyskujące czystością witryny, refleksje neonów, logotypy znanych marek. Choć samochodów na ulicach nie brak otacza mnie niespodziewana pół-cisza – może w plotkach o gumie dodawanej do asfaltu w Japońskich miast jest okruszek prawdy? W tym przytłumionym miejskim harmidrze z przysklepowych głośników do moich uszu raz po raz dobiegają miękkie, damskie głosy  reklamujące zapewne jakieś towary i usługi – jakie, nie wiem. Wiem zaś , że nachodzą mnie skojarzenia z filmów science fiction, jestem w Blade Runnerze, jestem w Raporcie Mniejszości.

Nagle drogę zagradza mi nieskazitelna biel pasów zebry, po drugiej stronie ulicy łypie na mnie czerwone światło. Rzut oka w lewo i w prawo i nawet nie zwalniam, bez ceregieli przekraczam przejście dla pieszych. Sam. Japończycy, w swoich czarnych, zapewne skrojonych na miarę garniturach, ze swoimi pełnymi tajnych dokumentów, planów atomowych elektrowni i schematów gadżetów, o których zachód jeszcze długo nie usłyszy neseserami. W  tych swoich chroniących przed ujawnieniem tożsamości , nieobecnym tu smogiem i obecnymi w związku z rozkwitającą właśnie wiosną pyłkami chirurgicznych maseczkach na twarzach, czekają. Czekają na zielone, posłusznie czekają na swoją kolej, rzucając pewnie w moją stronę pokątne spojrzenia swym pozornie łagodnym choć zdradzającym skłonność do okrucieństwa wzrokiem.

Kolejne przejście – pasy znów białe jak prześcieradła i ręczniki w moim pokoju hotelowym, za to świateł po drugiej stronie – brak. Kątem oka dostrzegam zmierzający ku przejściu samochód, odruchowo – przystaję a samochód…zwalnia i zatrzymuje się przed pasami. „…???”, Podnoszę głowę i patrzę na niego pytającym wzorkiem, kompletnie nie rozumiejąc o co mu chodzi. Czeka, czekam i ja, w nerwowym bezruchu, niczym rewolwerowcy. I czekalibyśmy pewnie dalej gdyby nie grupka pijaczków, która mija mnie chwiejnym krokiem i bez wahania przekracza jezdnię, tuż przed maską samochodu. Ułamek chwili później idę w ich ślady ze świadomością, że właśnie pierwszy raz od 2 lat ktoś przepuścił mnie na przejściu dla pieszych.

Grupa pijaczków nie uszła daleko. Jeden się wykopyrtnął i leży, drugi przewieszony przez barierkę próbuje zwymiotować (albo nie zwymiotować – ciężko powiedzieć) w od cyrkla i linijki przycięty krzak forsycji. Ale mniejsza z tym leżeniem i wymiotowaniem – w tym nie różnią się niczym o pijaczków z innych szerokości geograficznych. Za to strojem wybiegają daleko przed szereg. Tak świetnie ubranych, uczesanych, wypacykowanych moczymordów ostatnio widziałem, a było to lata temu, w londyńskim City. Choć nie – bywalcy tamtejszych pubów pozwalali sobie chociaż na poluzowanie krawata, rozpięcie duszącego guzika u koszuli. Ale nie tu – tu wszystko jest tak, jak było z rana przy wyjściu do biura. Nawet skład zapewne ten sam – podwładni, pracownicy średniego szczebla, szefowie, szefowie szefów itd. Kufel po kuflu, szklanka po szklance demontują piramidę biurowej hierarchii sprowadzając ją do poziomu chodnika…tylko po to, żeby jutro, bladym świtem postawić ją na nowo w całej swej sztywnej, nienaruszalnej okazałości.

Czując nadciągającą jak tsunami falę pragnienia zaczynam rozglądać się za miejscem, gdzie powstrzymam ją kuflem piwa lub, a niech tam – lampką wina. Nic jednak nie wygląda zachęcająco. Wszędzie albo Ci zapijaczeni krawaciarze albo progi za wysokie o czym świadczą liczby zer po jedynkach dwójkach i trójkach w wystawionych przed drzwiami pubów cennikach.  Wreszcie widzę wytaczającą się z jednego z takich przybytków grupę również nienagannie odzianych, ale jednak ludzi zachodu. Podchodzę i pytam „Panowie, gdzie tu może w spokoju napić się piwa?”. „Na Ginzie?” Odpowiadają? „Zapomnij! Bez Japończyka w towarzystwie nikt Cię nawet nie obsłuży. Musisz jechać do innej dzielnicy miasta, tu jesteś obcy”.

Tak właśnie czuję się w Tokio, obco.

Galerię zdjęć z ulic stolicy Japonii znajdziesz TUTAJ

 

Standard

42 thoughts on “Obcy w Tokio

  1. BaldheadJapan says:

    Nie chce wyjsc na krytykanta, ale jezeli dla Polaka – skadinad obytego w swiecie – najwiekszym problemem jest niemoznosc napicia sie piwa, to po prostu rece opadaja… Abstrahujac juz od banialuk na temat tego, iz rzekomo obsluga restauracji, izakayi, baru odmowi wysluchania I zrealizowania zamowienia. WiekszeJ bzdury od dawna nie slyszalem.
    Dziwie sie Autorowi, ze tak ochoczo powiela stereotypy zamiast postarac sie organoleptycznie sprawdzic jak to dziala. Zapewniam, ze nawet w Ginzie nie byloby zadnego problemu, no moze poza jezykowym.
    I gwoli wyjasnienia-mieszkam w Tokio od roku, tak wiec wypowiadam sie na podstawie wlasnych doswiadczen.
    Pozdrawiam.

    • Spodziewałem się takich komentarzy. Gwoli wyjaśnienia. Ta są moje, osobiste, subiektywne wrażenia i obserwacje po kilku dniach spędzonych w Tokio i po zaledwie jednym czy dwóch po nim spacerach. To nie prawda objawiona o mieście a jedynie prywatne odczucia, szok kulturowy, zaskoczenie i poczucie inności i wyobcowania. Jak sam pisałem w poprzednim tekście – jako taką prawdę o dany miejscu poznać można dopiero zostają tam na dłużej.

      • Za tydzień lecimy do Japonii, w związku z czym czytamy sporo na różnych blogach i powiem tak: komentarze pod tym wpisem są jak na razie dosyć łagodne. Możesz się spodziewać jeszcze większych ‚hejtów’, szczególnie od osób, które nigdy tam nie były, a żyją marzeniami o mandze, pokemonach i samurajach. ;))

        • Ja też byłem nakręccony. I na miejscu widziałem wiele pięknych rzeczy, spróbowałem rewelacyjnej kuchni, miałem okazję otrzeć się o tamtejszą kulturę i tradycję…ale nic nie poradzę na to, że na miescu czułem się nie najlepiej. Za czysto, za równo, za porządnie jak na mój gust.

          Zaś to o czym wspominasz to niestaty prawda – przekonuję się o tym ilekrość „śmiem” ponarzekać tu nieco na Tajlandię.

        • Marian says:

          „Hejty”? Dlaczego „hejty”? Czyli Maciek pisze prawde, a jak ktos sie nie zgadza to klamie? Tak sie sklada, ze niedawno wrocilem z Tokio i uwazam, ze jest to swietne miasto. W momencie kiedy poznamy zasady miasto staje sie proste i otwarte, a wszystkie reguly – zasadne. I dziwie sie, ze Maciek, ktory podrozuje slucha sie jakis „typkow”, ze tutaj piwa nie dostanie bo nie jest „lokalem”.

          • Jasne, nie każda krytyka to hejt a poza tym prawdziwa cnota krytyki się nie boi..więc krytykujcie 🙂 Tylko błagam, nie skupiajmy się tylko na tym piwie, bo to zaledwie ułamek całego tekstu.

  2. BaldheadJapan says:

    Doskonale zdaje sobie sprawe z tego, iz kazda opinia – zwlaszcza przedstawiana na blogu – jest subiektywna. Bede jednak uparcie trzymal sie twierdzenia, iz od osob cos soba reprezentujacych, a za taka Pana uwazam, nalezy wymagac pewnego poziomu. Tymczasem stwierdzenie o „zdradzajacych sklonnosc do okrucienstwa” oczach Japonczykow podchodzi na upartego pod przejaw rasizmu. Zapewne wywiodl Pan ta uwage z ksiazek/tekstow/filmow opowiadajacych o wojnie amerykansko-japonskiej w latach 1941-1944, bo raczej nie sadze zeby w trakcie pobytu ktos Pana torturowal w hotelowym pokoju.

    Blog ten stanowi dla czesci osob planujacych wyjazd do Azji swoisty przewodnik, a niestety ostatni wpis przyczynia sie do tworzenia w polskim internecie zupelnie mylnego obrazu Japonii I Japonczykow jako nieomal kosmitow. Tymczasem w gruncie rzeczy sa to tacy sami ludzie jak Polacy, Ormianie, Meksykanie…

  3. Ciekawy wpis. Szczerze mówiąc właśnie tak wyobrażam sobie Japonię. Z krajów dalekowschodnich byłem w Wietnamie,Kambodży i Twojej Tajlandii i ten rozgardiasz, który tam panuje całkiem mi odpowiadał;) Czekam na kolejne wrażenia z Kraju Kwitnącej Wiśni i pozdrawiam autora;)

  4. Marta Kuroszczyk says:

    Witaj Maćku. Świetny wpis i gratuluję oceny sytuacji. Problemy, które poruszasz są ostatnio szeroko opisywane w prasie i ukazują inną część prawdy o Japonii. Prawdy może niewygodnej, bo o ileż piękniej jest mówić o tajemniczych gejszach i słodkim zapachu kwitnącej wiśni, niż o ludziach uwięzionych w systemach korporacyjnych, które zbyt łatwo wpisały się w ich kulturę społeczną. Cieszę się, że poruszasz takie „niewygodne” tematy na swoim blogu a także, że potrafisz wprost mówić o swoich odczuciach, co dziś uznaję za niezwykle rzadką cechę.
    Pozdrowienia dla Ciebie i rodziny.

    • Dziękuję! Mam po prostu tak, że lubię pisać to co myślę i czuję a nie to czego oczekują ode mnie ci czy owi. Czy to prawda? Owszem, moja część prawdy. Parę osób sobie ją ceni z czego bardzo się cieszę. A o słodkim zapachu wiśni też jeszcze będzie…bo to też prawda! 🙂 Pozdrawiam!

  5. Paweł Łuszkiewicz says:

    Troszkę trąca stereotypami, spodziewałbym się bardziej obiektywnego i przemyślanego komentarza, na skądinąd całkiem profesjonalnym blogu. Być może Tobie bardziej odpowiada kultura Tajlandii, ale żeby od razu pisać o wielomilionowym mieście przez pryzmat grupki pijanych pracowników i ludzi o okrutnym spojrzeniu…
    To trochę tak jak reportaże Cejrowskiego, który gloryfikuje południową Amerykę i kulturę Indian, ale po przyjeździe do Azji to już nic mu się nie podoba. Wystarczy spojrzeć na jego program właśnie z Tajlandii.
    Mam nadzieję, że blog nie pójdzie w tą stronę, bo przyjemnie się go czyta 🙂 Za parę dni podróż do Japonii, więc będzie okazja się przekonać na własnej skórze jak to wygląda i skontrastować z poprzednimi wrażeniami z bardziej „chaotycznych” azjatyckich kierunków 🙂

    • Dla mnie stereotypowa japonia to ta pełna Mangi i Anime, samurajów i sushi. O tym, co opisałem powyżej przed wyjazdem wiedziałem niewiele.

      Porównanie do Cejrowskiego sobie wypraszam. Ja nie próļuję nikom do głowy upychać swojej jedynej słusznej prawdy. Piszę jedynie to co widziałem i jak czułem się w Tokio.

      • Marian says:

        „…pelna Mangi i Anime” – a byles w Akihabarze? To jest jeden wielki land mangi, anime, dziwnych automatow do gier i na koniec dziwnie ubranych „dziewczynek”. Ktos kto mysli, ze w Japonii sa samuraje pewnie uwaza, ze w Egipcie wciaz u wladzy jest faraon. Macku, piszesz fajne teksty, ale ten jest tak plytki jak stwierdzenie: „Londyn to miasto pijanych kurrr…”.

        • .W tekśćie powyżej nigdzie nie stoi „Tokio jest takie i takie” . Stoi za to – „w czasie mojego pobytu w Tokio widzałem to i tamto i wywołało to we mnie takie a nie inne odczucia.” Gdybym napisał, że widziałem coś innego i wywołało to inne wrażenia, skłamałbym. Pozatym z faktu że w Tokio są mega manga store i sushi bary i nawet wiśnia kwitnie nie wynika że napisałem nieprawde. Bo obok tego wszystkiego są też zalani w trupa biznesmani i porządek jak w mtematycznym równaniu. To widziałem i ten klimat, który mi osobiście nie odpowiada.

      • Paweł Łuszkiewicz says:

        Nie śmiałbym porównywać do Cejrowskiego – tego pana wyjątkowo nie trawię, właśnie ze względu na wciskanie wszystkim na siłę swojego światopoglądu, jakkolwiek ma dar do opowiadania i dopóki nie schodzi z tematu, to przyjemnie się go słucha. Chodziło mi bardziej o sposób pisania o trochę odmiennym kraju niż ten, który tak Cię zafascynował. Twój blog jest w pewien sposób opiniotwórczy – pewnie, że możesz opisywać co chcesz i jak chcesz jak najbardziej subiektywnie, ale mam wrażenie, że w tym wypadku trochę przesadziłeś. W sumie widać to po komentarzach ludzi 🙂
        Przypuszczam, że w opisie Bangkoku nie skupiłbyś się na rikszarzu, który chciał Cię oszukać na kasę i po drodze zawiózł do hinduskiego krawca, albo na masie pijanych expatów i prostytutek prezentujących swoje wdzięki, okraszając to rozprawką na temat brudu na ulicy, zapachu z targu rybnego oraz przestrzegania przepisów drogowych 🙂 Obraz wyszedłby przekłamany. Przecież trzeba też mówić o pozytywnych aspektach, uśmiechniętych ludziach, żarciu ulicznym, wspaniałych zabytkach, ulicach pełnych życia itd.
        Tak przynajmniej mi się wydaję, jak gdzieś jadę, to jestem gościem w tamtym miejscu, staram się wchłonąć zarówno pozytywne i negatywne strony, żeby poznać całość. Tak czy inaczej pozdrawiam 🙂

  6. no bo co racja to racja, instynkt podrozniczy ci powinien podpowiedziec zeby w Ginzie piwa nie szukac ;-). Moje doswiadczenia z Tokio sa zdecydowanie „wygodniejsze i nieuwierajace”, Ginza jest wysublimowana, co najmniej kilka rzeczy moglabym ci tam polecic ;-), dni kiedy czesc ulic jest zamknieta dla ruchu i wychodza na nie gejsze, mikro-miejsce gdzie sprzedaja tradycyjne ciastka- sztuka pakowania to caly ceromonial i zajmuje jakies 15min, a obok sklepy najlepszych designerow mody- same budynki to designerska gratka dla ogladajacego itd….tak dla nas to troche surrealizm ;-0

    • Chyba w pierwszej relacji z Tokio powiedziało mi się…że muszę tam po prostu wróćić, bo tak naprawdę niewiele udało mi się zobaczyć. Zresztą wiele dobrego słyszałem od Japonii od ludzi, którzy blyli tam dłużej. Chociażby Jasmine, która w Tokio mieszkała przez pół roku.

      Dzięki za kometarz!

  7. Konrad says:

    Trafiles po prostu do swiata gdzie nie pasujesz, swiata snobizmu, garniturów i ciaglej pogoni za władzą :). Mam nadzieje, ze pojawi sie jeszcze jakis wpis na temat Japonii, rownie subiektywny ale zdradzający więcej o Tokio bo opisując tylko Ginzę byłoby grzechem 🙂

    • Święta prawda – czułem się tam momentami jak w za ciasnym garniturze. Ale traifłem też w miejsca bliżesze moim klimatom i o nich też tu wkrótce będzie.

      Sama wycieczka niestaty była krótka i zorganizowana tak, że wiekszość czasu spędziłem nie odkrywając miasto a pijąc szampana i jedząc rybę w sosie z jeża mroskiego 😉

  8. SJ says:

    Bardzo ciekawe obserwacje, ktore musze przyznac brzmialy podobnie do opowiesci moich znajomych Japonczykow, z ktorymi mam przyjemnosc pracowac w UK. Zainspirowany zorganizowana akcja obrony honoru Japoni przez naszych rodakow postanowilem skonfrontowac z moimi przyjaciolmi Twoje opinie. W wiekszosci sie zgadzali, bardzo rozbawil ich komentarz o obsludze, chociaz przyznaja troszke ze wstydem, ze potrafia sobie wyobrazic taka sytuacje spowodowana jednak strachem i nieznajomoscia jezykow obcych (prosili zeby podkreslic, ze na pewno nie niechecia do obcych). Nie zgodzili sie z jednym – z nienagannie zawiazanymi krawatami po zbyt dlugiej wizycie w barze… Oni bardziej wspominaja zawiazywanie po pijaku krawatow w okol glowy 🙂 bardzo zle wspominaja japonska ‚kulture’ pracy i zarzekaja sie ze nigdy w zyciu nie podjeli by sie na nowo pracy w korporacji w japoni. Tyle z komentarza od Japonczykow na temat Twojego wpisu 😉

    Dziekuje i pozdrawiam

  9. Wera says:

    Miałam przyjemność być w Japonii, w Tokio również nie byłam długo i uważam, że po Tokio można uzyskać takie wrażenia, tłok, pijani biznesmeni (np. w poniedziałek o 20) to normalny widok, ale zachęcam Cię, jeśli miałbyś kiedyś możliwości i okazje do zajrzenie w głąb Japonii to do skorzystanie w niej. I może w Tokio nikt nie odmówił mi podania zamówienia, ale za to jadąc przez wsie zdarzało się, że widząc grupkę białych restauracja (lub bardziej wiejska knajpa) nagle się zamykała. Mimo to ja zakochałam się w Japonii i Tokio też ma jakieś dobre strony 🙂 ps Polecam japońskie łaźnie! obowiązkowo!

    • Dzięki za komentarz! Absolutnie nie skreślam Japonii,wręcz przeciwnie – nie mogę się doczekać aż tam wrócę – na własną rękę i na dłużej. Tu w Tajlandii, Japonia toważyszy nam na co dzień – w kuchni, w kinie itd. I kusi. Pozdrawiam i lecę gotować miso 😉

  10. AnnaI says:

    Ja narzekam na Tokio na okraglo, nie cierpie tego miasta. Tez czuje sie tam obco, ale z innych powodow – przywyklam do prowincjonalnej rzeczywistosci.
    Wiele z tego (jesli nie wszystko) mozna miedzy bajki wlozyc, troche za bardzo subiektywny ten opis Ci wyszedl. A ten jeden gosc, ktory dla Ciebie samochod zatrzymal, to raczej nie Tokijczyk 😉 Albo po prostu mial znak stopu wypisany w kanji na asfalcie duzymi bialymi literami, ktorego nie zauwazyles, albo nie mogles odczytac. Ale nawet i Ginza nie do konca jest taka jak tu opisales. A to co powiedzieli Ci owi „ludzie zachodu” to bzdura do entej potegi.

    • Wszystko włożyć między bajki? Znaczy się, że nie jest tam czysto i względnie cicho, że piesi nie czekają na pasach i nie noszą maseczek hirurgicznych? Że nie kłaniają się w pół? Ludzie pracy nie chodzą w gajerach od świtu do nocy? I nie oddają się pracy z pasją równą tej z jaką oddają się wieczornemu imprezowaniu? Jeśl nie, to musiałem trafić na jakiś dzieś specjalny, masowy flashmob pod tytułem „jakie nie jest Tokio”

      • AnnaI says:

        czysto? na glownych ulicach tak, ale przejdz sie uliczkami bardziej w bok, a zobaczysz troche inny widok. Ale moze w porownaniu z Tajlandia, stare klimatyzatory, rozwalone rowery, potluczone doniczki, puszki po napojach walajace sie po ulicach to nadal czystosc. Oddaja sie pracy z pasja? hahahah! Niewiele wiec wiesz co przecietny Japonczyk robi w pracy, pozory myla. I uwierz mi, nie robi tego z pasja, ale czesto gesto z niechecia i obojetnoscia.

        Ale widze, ze stereotypy Cie kreca, wiec jesli naprawde myslisz, ze Tokio jest takie jakie widziales przez kilka godzin, to spoko, masz swieta racje. Oddaje honor i zgadzam sie w 100%.

        To tak jak dla przelotnego turysty w Tajlandii, kazdy Taj bedzie staral zrobic cie w bambuko dla kasy i kazda Tajka daje tylka. Tyle, ze wiekszosc przelotnych turystow ma na tyle zdrowego rozsadku, ze po kilku godzinach w Tajlandii nie leci z takimi glupotami na bloga. 😉

        • I nie widzisz różnicy między zdaniem „Japońscy kierowcy przepiszczają pieszych na przejściach” a „Japoński kierowca przepuścił mnie na przejściu dla pieszych”? Dla mnie to jest kwestia czytania ze zrozumieniem.

  11. Czarek says:

    Już chyba po raz dziesiąty wspominasz swój 5 gwiazdkowy hotel i że była to wycieczka organizowana…i ogólnie mam wrażenie że się bardzo powtarzasz ostatnio. W Japonii byłeś już dość dawno temu i tylko kilka dni, więc nie ma co 5 razy odgrzewać starego kotleta. Mam nadzieję, że będziesz pisał jak przed wyjazdem do Japonii 😉 Taki mały feedback.

    • No widzisz, jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Z jednej strony słyszę „Za mało Japoni! Więcej Tokio!”, z drugiejh głos taki jak Twój. I bądź tu mądry. Zauważ jednak, że to powyżej to tak naprawdę pierwszy tekst z Japonii jaki się tu pojawił – dotąd były dwa vlogi i tyle. A za Japonii wróciłem zaledwie 2 tygodnie temu więc aż tak dawno to to znowu nie było.

      • Czarek says:

        Hmm…myślę, że 2 tygodnie to jak na blog bardzo długo. Blog się lepiej czyta jeżeli jest prowadzony na bieżąco. Poza tym od więc dwóch tygodni jesteś na pięknym Phuket i już coś mógłbyś o tym napisać 🙂
        Japonia też mnie bardzo interesuje, ale po prostu nie lubię powtórek 😉

        • Na Phuket spędziłem na razie łącznie jakieś 7 dni. Po drodze był jeszcze dwa razy Bangkok i dobrych parę dni w Indiach. Wiem, wiem, mi też ciężko nadążyć.Ale porządek musi być – rozprawię się z Japonią i ruszamy dalej z tematem.

      • Wera says:

        Tutaj wstawię się za Maćkiem, ponieważ ja byłam w Japonii 2 tygodnie a mogłabym o tym napisać książkę na 500 stron 🙂 A myślę, że dodanie tego odniesienia która cześć Tokio to była (ta z hotelami 5 gwiazdkowymi) tutaj była dość ważna 🙂

  12. Katarzyna says:

    Pod wpisami o Japonii komentarze powinny być wyłączone. 😉 Niektórym specjalistom trudno się powstrzymać…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *