Nad wielką rzeką

Dotarliśmy nad Ganges. W Varanasi jesteśmy od wczoraj – wypoczęci, najedzeni, szczęśliwi. Rzeka snuje się powoli swoim szerokim nurtem tuż za naszym oknem. Nad brzegiem trwa wielkie pranie, kąpiele ludzi i zwierząt, pławienie kwiatów, modły i palenie ciał. Ale sama rzeka nie śmierdzi w przeciwieństwie do wielu innych, które wąchaliśmy w Indiach.

Nad brzegiem rozciąga się labirynt małych uliczek. Ilekroć się w niego zapuszczamy, tracimy orientację i krążymy przez kilkadziesiąt minut bez celu. Sklepiki, stragany, ludzie, krowy, psy. Przez ciasne zaułki co chwila przeciska się kolejny orszak ludzi niosących na noszach owinie w kolorowe płótna i przykryte kwiatami ciało bliskiego. Ciało, które za chwilę spłonie nad jednym ze stosów nad rzeką. W miejscach palenia zwłok nie wolno fotografować. Gdy wczoraj, zostałem przyłapany na robieniu zdjęć, dwóch hindusów oznajmiło, że nie szanuję ich kultury, że za coś takiego grozi pół roku więzienia. Potem kazali “Say sorry to the great mama”. Do hotelu wróciliśmy tylnymi uliczkami.

Dalej od rzeki, gdy uda się już wyrwać z tego gąszczu, ulice robią się szersze, pojawia się ruch uliczny, riksze, tuk tuki, tumany kurzu. Tu można wypić szklankę soku z granatu za 20 rupii, kupić kilka używanych książek, odwiedzić bankomat.

Nad samą rzeką ruch samochodów jest niedozwolony. Dlatego jest cicho, wreszcie można odpocząć od klaksonów. Rankiem obudziły nas świątynne dzwonki i śpiew z minaretu. Śniadanie zjedliśmy u japonki, która serwuje pyszną kawę i tosty z miodem. Potem długi spacer po mieście, za chwilę obiad, a w nocy w dalszą drogę, pociągiem do Gorakhpur.

Coraz bliżej Nepalu.

update:  Godzinę popływaliśmy łodzią po Gangesie a teraz już pakujemy tobołki i jazda na nocny pociąg.

Dziś kończy się nam internet. Od teraz skazani będziemy na kafejki więc wpisy pewnie staną się mniej codzienne a bardziej od święta.

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Zobaczyć Taj Mahal

Taj Mahal

Gdyby do Indii przyjechać na jeden dzień to należałoby udać się właśnie tutaj, do Agry, zobaczyć Taj Mahal. My już widzieliśmy, najpierw wieczorem z dachu hotelu – z daleka i po ciemku a i tak zrobiło wrażenie. Wokół jak zwykle – brud, syf, kurz. A w oddali coś tak nieskazitelnego.

A potem wstaliśmy o 5-tej rano, żeby obejrzeć Taj o świcie. Naturalnie nie starcza mi wiedzy i umiejętności, żeby mówić o nim tak jak Herbert mówił o europejskich katedrach. Mogę tylko napisać, że budowla jst piękna i robi wielkie wrażenie. Tak nie-indyjska w sercu Indii. Rozmiar, barwa, symetria. Wszystko perfekcyjne.

A jeszcze niedawno czytałem w “Masali” Cegielskiego jak to omija on to miejsce z daleka, bo to hipermarket, bo wszyscy tu ciągną a on odmawiał w czasie swojej podróży ciągnięcia tam, gdzie ciągnie tłum. I pewnie wielu myśli podobnie. Co za bzdura! Odmawiać osobie czegoś pięknego bo inni sobie nie odmawiają. Nie zobaczę wieży Eiffla, bo wszyscy oglądają, nie pójdę na ten film do kina bo widziało go za dużo osób.

Bez względu na wszystko Taj Mahal warto zobaczyć, chociaż raz.

A teraz trzeba zejść na ziemię, czas na fakty: niestety, waiting list na nasz pociąg Agra-Varanasi poruszała się bardzo powoli. Dlatego właśnie siedzimy w jedynym autobusie łączącym oba miasta. Czeka nas 16 h podróży w koszmarnych warunkach. Na tyle koszmarnych, że gdy dojedziemy będziemy chcieli rzucić się w fale Gangesu.

Na obiad zjadłem najgorszy makaron w historii makaronu. Ewa miała więcej szczęścia i jej kurczak był na poziomie.

Próbowano nas dzisiaj kolejno oszukać: w rikszy, w zakładzie fotograficznym, w toalecie dworcowej, przy wydawaniu reszty w kiosku.

Ale to wciąż był świetny dzień, widzieliśmy Taj Mahal.

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Słaby wielbłąd?

Właśnie siedzimy w rozklekotanym autobusie mknącym indyjską autostradą ku Agrze. Jutro czeka nas zwiedzanie Taj Mahal i fortu, za które indyjski rząd liczy sobie bardzo słono (wejśćie do Taj – 800 rupii, czyli 13 euro, cena jak na Indie absolutnie powalająca)…

Ale to będzie jutro, za Nami został Jaipur i Pushkar, który udało nam się odwiedzić w czasie największego targu wielbłądów w tej części świata. Zerwaliśy się o świcie i już o 7 rano siedzieliśmy w autobusie do Ajmeru, stamtąd lokalnym busem przedostaliśmy się przez górę węży (Snake Mountain) i wysiedliśmy w Pushkarze. Atmosfera, nie dość że jarmarczna to i tak różniąca się od tego co do tej pory widzieliśmy. Pushkar to półpustynne miasto i sucho-gorące powietrze daje się we znaki o wiele bardziej niż w innych częściach Indii.

Już na pierwszych 50 metrach pseudo-kapłani zdołali wcisnąć nam dwie garście kwiatów, które wrzucone do jeziora na pewno przyniosą nam szczęście. Maciek został namówiony do skorzystania z usług lokalnego golibrody i zaciągnięty do małęgo saloniku po drugiej stronie ulicy. Przeżycie to pewnie ciekawe, zwłaszcza, że po ścięciu włosów, fryzjer zabrał się za masaż skroni, głowy, barków oraz rąk (nadmienię od razu, że Maciek nie cierpi masażu i w ogóle dotyku osób obcych, więć doświadczenie to musiało go kosztować dużo cierpliwości…) Fryzjer za “ayurvedic massage” kazał dopłacić 50 rupii, coś o czym wcześniej zapomniał nam powiedzieć. Z nową fryzurą Maćka (mnie też chcieli ostrzyc!) ruszyliśmy w kierunku Laxmi market. Miejsce urokliwe, sporo turystów i co się z tym wiąże – naganiaczy. Zwłaszcza bardzo namolnych pseudo-kapłanów, którzy nie ustępują nawet po kilkuktornych tłumaczeniach, że ich błogosławieństwo nie jest nam do szczęścia potrzebne.
Słynne jeziorko jakby trochę nędzne, zapewno z powodu suszy, która poważnie je skurczyła. Sam targ wielbłądów bardziej wyglądał na jarmark – było wesołe miasteczko i liczne stragany z ryczącymi hitami indyjskimi. WIelbłądy – cudowne! Przystrojone, dostojne. Słabych wielbłądów też było kilka, Bartek pewnie wyhaczy na zdjęciach, o które mi chodzi. Upał wręcz osłabiający. Spędziliśmy popołudnie delektując się mrożoną herbatą cytrynową w restauracji na dachu.

W drodze powrotnej zaliczyliśmy chyba największą jak dotąd kłótnię między kontrolerem biletów a gawiedzią wracającą z targu. Policja zablokowała główną drogę, musieliśmy jechać objazdem, za co kontroler (prywatnego autobusu) chciał więcej za bilety. Rumor był niesamowity,prawie doszło do rękoczynów, a wszystko poszło o dodatkowych 5 rupii od osoby….

Dziś w gazecie przeczytaliśmy, że tegoroczny targ był jednym z mniej udanych. Było mniej turystów i wielbłądów niż zazwyczaj, nawet ceny były niższe. My jakoś tak tego nie odczuliśmy i wypad do Pushkaru uważamy za bardzo udany!

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Lądowanie w Rajasthanie

Najpierw wykopaliśmy się ze szpitala, potem rikszą pojechaliśmy na Main Bazaar w Delhi gdzie znaleźliśmy pokoik, potem zaczęliśmy wracać do siebie. Delhi bez gorączki zrobiło zupełnie inne wrażenie – lepsze wrażenie. Sam bazar fantastyczny, kolorowy, pełen ludzi…i turystów. Chyba jeszcze tylu białych w jednym miejscu w Indiach nie widzieliśmy, samych polaków słyszałem chyba z 7 razy.

Do Indyjskich zwyczajów nie wróciliśmy ot tak, natychmiast. Najciężej było z jedzeniem. Jeszcze przedwczoraj kolację jedliśmy w Pizza Hut. Od dwóch dni śniadaniujemy w McDonaldzie. Niekoniecznie z wyboru – zjedzenie śniadania w Indiach to wyzwanie, no chyba, że ktoś lubi smażone na głębokim oleju przysmaki pełne ostrych przypraw. Dla nas przed południem nie do przełknięcia.

Dopiero dzisiaj, właściwie przed chwilą zjedliśmy razem nasz pierwszy od dłuższego czasu hinduski posiłek. Knajpa mroczna, brzydka i beznadziejna ale jedzenie niczego sobie. Chicken Tikka, Seekh Kebab i Rajta. W drodze do domu kupiliśmy jeszcze wielkiego ananasa (50 rupii), żeby zjeść go na śniadanie. Pomarańczę (zieloną, tylko takie tu mają) dostaliśmy gratis.

A tak swoją drogą to nie jesteśmy już w Delhi. Wczoraj po kilkugodzinnej jeździe autobusem dotarliśmy do Jaipur – różowego miasta. Różowa jest tylko jego jedna część, którą zwiedzaliśmy dzisiaj, reszta jest zwyczajnie szaroburokolorowa,  pełna riksz, kurzu i hałasu.

Jutro wstajemy o świcie, żeby pojechać do Pushkaru na słynny targ wielbłądów.

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Back on track!

Mijający powoli dzień sponsoruje słówko – negatywny. Oto wynik mojego badania na obecność wirusa H1N1.

{Wybuch radości}

A to oznacza, że nie musimy siedzieć w szpitalu, możemy ruszać dalej. Wypuszczą nas stąd o czwartej, musimy jeszcze poczekać na wyniki badania krwi, ściągnięcie wenflonu i w drogę. Dziś zostajemy w Delhi, jutro prawdopodobnie do Jaipur.

Czuję się świetnie, temperatura spadła, kaszel nie minął ale męczy jakby mniej a przed chwilą udało mi się nawet bez kręcenia nosem zjeść jakieś indyjskie szpitalne przysmaki. W przypływie dobrego humoru zadeklarowałem, że dziś stawiam kolację w knajpie ;)

2 dni w plecy ale przynajmniej nikt nam już nie powie, że nie leżeliśmy w szpitalu w Delhi ;)

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Kwarantanna

Do Delhi zajechaliśmy o 6-tej rano. Poł godziny później byliśmy już w szpitalu. I się zaczęło – inhalacje, badania, analizy. Wszystko słono płatne. Bo szpital uparcie twierdził, że nie ma umowy z naszym ubezpieczycielem i że kasę odzyskamy sobie w Polsce. Łącznie badania (a w większości bezproduktywne czekanie) zajęły nam 8 h i kosztowały…16,000 rupii. A wszystko by dowiedzieć się, że muszę zostać objęty kwarantanną ze względu na podejrzenie świńskiej grypy. Koszt kwarantanny na jedną noc – 7500. Odmówiliśmy, ruszamy ku wyjściu a tu drogę zastępuje nam strażnik.

Resztę napisze Ewa, właśnie założyli mi kroplówkę i jestem bez ręki.

Po moim pytaniu o co chodzi, Pan powiedział coś na kształt ‘no allowed’ i się zaczęło szpitalne piekiełko – kłótnie, awantury, brak jakichkolwiek sensownych informacji, tylko mamrotanie “you sit madam, we are trying to help you”. W końcu zadzwoniłam do ambasady i z pomocą pana wice-konsula wylądowaliśmy w innym szpitalu. Szpital jest brudny, wstrętny i mroczny, ale przynajmniej jest za darmo.

Trudno się dziwić, że z Delhi jak na razie nie dostarcza nam pozytywnych wrażeń. To co widzieliśmy dotychczas z pociągu, rikszy i karetki jest odrażające, brudne i śmierdzi nie do wytrzymania. Ludzie też są mniej mili, albo może to już nasze postrzeganie się zmieniło, ale od kliku dni wdajemy się z nimi w kłótnie za byle co. Za to, że się gapią, za to że nie potrafią powiedzieć o co im chodzi i że zdzierają z nas kasę na każdym kroku.

No nic, jutro o 12 przyjdą wyniki badań i okaże się czy tydzień przebiegnie pod znakiem H1N1…trzymajcie kciuki!

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Meals on wheels

Właśnie mija nam 19 godzina podróży pociągiem. Wczoraj o 20.20 wyruszyliśmy z Bangalore, jutro o 6 rano będziemy w Delhi. Tym razem zdecydowaliśmy się na klasę wyżej od sleepers i z całą pewnością mogę stwierdzić, że był to dobry wybór. Wszystko jest lepsze – poczynając od leżanek, które są odrobinę bardziej wygodne, po brak krat w oknach, sympatyczniejszych ludzi (tym razem nikt nawet nie śmiał tknąć mojego plecaka…) klimatyzację i posiłki w cenie biletu. I to nie byle jakie posiłki!

Zaczyna się od herbatki – ale nie podawanej jak klasyczny czaj – słodki gotowiec do łapy, tylko elegancko jak w samolocie – dostaje się termosik i cały zestaw do zrobienia herbatki samemu. Później panowie w mundurkach zbierają zamówienia na śniadanie, są opcje veg i non-veg (a jakżeby mogło być inaczej), więc znowu mogliśmy delektować się omletem. Na obiad – zaraz po zupie, dostaliśmy kurczaka z ryżem, a na deser lody waniliowe, do tego woda w butelkach, ciasteczka i inne przekąski.

I wszystko byłoby cudownie, gdyby nie fakt, że Maćkowi indyjskie jedzenie przestało smakować i całą podróż przesypia na górnej leżance… Kiedy już dotrzemy do Delhi, pierwszym przystankiem będzie szpital. Maciek nie może pozbyć się gorączki pomimo połykania podwójnych dawek paracetamolu. Nasza hinduska towarzyszka podróży stwierdziła, że Mysore to dziura (tylko 1mln mieszkańców!) i że lekarzy nie ma tam dobrych. W Delhi są ponoć lepsi fachowcy i na pewno nam pomogą…oby!

A swoją drogą, zbyt wielu pozytywnych rzeczy o Mysore nie da się powiedzieć, wrażenie robi pałac Maharadży, byliśmy też z Maćkiem bratem w pałacu królowej, gdzie teraz mieści się 5-cio gwiazdkowy hotel i gdzie jeździ druga najstarsza winda w Indiach… poza tym nic ciekawego, nawet mleka nie ma gdzie kupić…oby Delhi odmieniło złą passę!

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Kryzys

Siedzimy w pociągu Bangalore – Delhi. Będziemy jechać 35 godzin. Nieważne. Ważne, że jedziemy dalej. Dwa dni w Mysore dały mi się we znaki. Przeleżałem je w łóżku walcząc z gorączką. Jeszcze nie wygrałem ale już jest lepiej.

Wszystko wskazuje na to, że to właśnie przez gorączkę Indie zaczynają mnie irytować. Denerwują zapachy, denerwują ludzie. I jedzenie. Obecnie nie jestem wstanie tknąć nic mocno przyprawionego. A tutaj wszystko jest przyprawione do granic wytrzymałości. Dzisiaj w ramach przywracania równowagi organizmu wybraliśmy się na kolację do KFC. Smakowało po prostu fantastycznie.

Może dobre słowo na temat Mysore znajdzie Ewa. Dla mnie to jak dotąd najgorsze indyjskie doświadczenie. Wielkie prowincjonalne miasto. Brudne, hałaśliwe, śmierdzące, bez nawet jednej zjadliwej knajpy.

A to północ miała być ciężka…

 

dd9c1f783b903e0bc7d3ef1ecc5acbdd

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Bliżej domu

Dziwne to Ooty. Jak dotąd chyba najmniej egzotyczne. Z kilku powodów. Mniej tu tłoku i mniej hałasu. Mniej bezpańskich psów na ulicach. Wokół zupełnie inna zieleń. Nie tak jaskrawa, palmiasta jak dotąd, raczej ciemniejsza, bardziej swojska. Byliśmy nawet w sosnowym lesie żywcem wziętym z Podkarpacia (nie licząc bujających się na gałęziach małp). W tutejszych zieleniakach zamiast papai i kokosów królują ziemniaki, marchew i jabłka. Jak w domu.

W Ooty zaliczyliśmy jeden treking (a raczej długi spacer) i jedną wycieczkę autokarową. Na spacer wybraliśmy się z poznanym na Goa Izraelczykiem. Za cel obraliśmy sobie jeden z pobliskich wodospadów. Niestety okazało się, że szlak niemal w całości wiedzie publiczną drogą, z której co chwila musieliśmy uciekać, kryjąc się przed pędzącymi z dołu i z góry autobusami. Co gorsza sam wodospad okazał się ściekiem. Naprawdę rajski krajobraz był doszczętnie zasypany śmieciami i śmierdział niemiłosiernie. Ale wyprawa nie była całkiem nieudana – mijane po drodze pola herbaty były fantastyczne a filiżanka czaju zaraz obok plantacji smakowała wyśmienicie.

Na drugi dzień zapłaciliśmy 200 rupii za autokarową objazdówkę po okolicach. Ogólnie – bez rewelacji. Wspomniany już wcześniej las sosnowy (widać dla hindusów jest to atrakcja taka jak dla nas palmy) kilka lokacji, gdzie kręcono sceny z wielu południowo indyjskich filmów, całkiem przyjemny wodospad, nudnawa wycieczka motorówką po jeziorze i na deser półgodzinne safari w pobliskim parku narodowym. I mimo, że oglądając pawie i sarny z za szybki busa czuliśmy się jak najgorszy sort turystów to jednak widok słonia w naturalnym środowisku poprawił nam humory. Na dokładkę odwiedziliśmy jeszcze elephant camp by wreszcie po 1,5 h szalonej jazdy autokarem po nieoświetlonych, górskich drogach trafić z powrotem do naszego brzydkiego pokoiku bez prysznica.

A teraz znowu w autobusie. Jedziemy  do Mysore. Tam spotykamy się z Maćkiem B. i razem jedziemy zwiedzać pobliskie wsie.

Update: Już w Mysore. Pokoik za 300 rupii. Maciek B. rzut kamieniem od nas walczy z kłopotami żołądkowymi. Wieczór spędziliśmy na szukaniu lekarza dla mnie. Znaleźliśmy. Za 100 rupii pani doktor zmierzyła mi temperaturę i przypisała leki. Zaraz je biorę (tylko skończę jeść sałatkę owocową) i żegnam się z chorobą.

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj

Ucieczka z miasta

Znowu ruszamy. Siedzimy właśnie w autobusie z Mysore do Ooty. Ostatnie dwa dni spędziliśmy w tym pierwszym. Niezbyt pasjonujące dni, głównie ze względu na choróbsko, które mnie dopadło. Coś między przeziębieniem a grypą. Teraz czuję się już lepiej więc jedziemy.

W Mysore nie zwiedzaliśmy zbyt intensywnie. Imponujący pałac królewski widzieliśmy tylko z daleka. Zaliczyliśmy autobusową wycieczkę na wzgórze Chamundi do kolejnej świątyni. Wpadliśmy na lokalny targ i do producenta olejków eterycznych i kadzidełek. To była zdecydowanie najbardziej ciekawa część pobytu w Mysore, które zresztą słynie z produkcji i eksportu powyższych.

Może więc zamiast faktów kilka obserwacji:

Hałas – Nieznośny, wszechobecny. Tutejsi kierowcy używają klaksonu znacznie częściej niż hamulca. A nie są to zwykłe, stonowane klaksony jakie znam z Polski. W Indiach klaksony się tuninguje. I to tak, że ich dźwięk przeszywa każdą komórkę ciała. Piszczą, grają melodyjki, pulsują. Dotąd wydawało mi się, że jest w tam jakaś logika. Że trąbi się by ostrzec innych uczestników ruchu o swoich zamiarach. Ale nie w Mysore. Tu wszyscy trąbią bez powodu i co gorsza bez przerwy. Tak i w dzień jak i w środku nocy.

Bezinteresowność – prawdopodobnie nie odkryto tu jeszcze tego pojęcia. Za niemal każdym uśmiechem, miłym gestem, powitaniem kryje się oferta handlowa. Gdy pytamy kogoś o kierunki, ten ktoś nie tyle wskazuje nam gdzie mamy iść, co rzuca wszystko i prowadzi nas w to miejsce. Tyle, że gdy tak sobie beztrosko spacerujemy zaraz pada pytanie – czy chcemy zobaczyć fabrykę olejków, zakład tkacki, czy potrzebujemy rikszę, taksówkę. Taką przygodę mieliśmy wczoraj. Spacerowaliśmy po Mysore szukając przystanku autobusowego. W pewnej chwili zagadaliśmy do jakiegoś hindusa z pytaniem o wskazówki (to my zagadaliśmy do niego a nie on do nas). Owszem, pokazał. Ale zaproponował też, że zaprowadzi nas na targ. Poszliśmy. I zanim się zorientowaliśmy, z targu trafiliśmy na zaplecze małej manufaktury olejków eterycznych. Po chwili piliśmy już gorący czaj i poznawaliśmy tajemnice drzewa sandałowego, jaśminu i lilii wodnej. Było serdecznie i gościnnie. Tyle, że do hotelu wróciliśmy ubożsi o 300 rupii i bogatsi o dwie buteleczki olejków oraz ze świadomością, że daliśmy się trochę wrobić (właściwie na własne życzenie). Zresztą później, tego samego dnia, jeszcze 2 razy ktoś próbował pokazać nam targ i manufakturę olejków.

Monety – Zbieranie monet to chyba najpopularniejsze hobby w Indiach. Niemal wszyscy hindusi proszą nas o “coin from your country” zarzekając się, że są zbieraczami.  Tyle, że taki  “kolekcjoner” uzbierawszy odpowiednią kwotę biegnie do kantoru i wymienia eksponaty na pospolite rupie.

Uliczny handel – na ulicy, można tu kupić niemal wszystko. Owoce i warzywa, ładowarki do komórek, gąbki, mydelniczki, pluszowe małpy, biżuterię, kserokopie książek, bollywoodzkie filmy, ubrania. Trzeba jednak uważać, żeby się nie naciąć. U jednego sprzedawcy za 10 rupii dostać można piękną kiść bananów, 5 m dalej za 10 rupii próują nam wciskać dwa zgniłki. W Anjunie kupiłem za 200 rupii czarne” fishermans pants”, które podarły się na drugi dzień. W Hampi kolorowe fishermans pants znacznie lepszej jakości dostałem za 100 rupii (+10 za doszycie kieszeni).

Za  3 h będziemy w Ooty.

Update: Już w Ooty. Dotarliśmy tu autobusem, przez pola herbaty. Jesteśmy w miejscu gdzie nie wynaleziono jeszcze prysznica i gdzie jadłodajnie nazywają się “hotel”. W miejscu gdzie powietrze jest czyste, nie ma hałasu a w pokoju nie potrzeba wiatraka bo jest chłodno. Byliśmy na wstrętnej kolacji (od wyjazdu z Banglore trafiamy raczej na mierne jedzenie), kupiliśmy trochę lokalnej czekolady i oglądamy bollywoodzkie filmy i reklamy kremów wybielających skórę w tv. Relaks.

Podaj dalej!
  • Facebook
  • Twitter
  • Wykop
  • RSS
  • email
  • Drukuj