Znowu ruszamy. Siedzimy właśnie w autobusie z Mysore do Ooty. Ostatnie dwa dni spędziliśmy w tym pierwszym. Niezbyt pasjonujące dni, głównie ze względu na choróbsko, które mnie dopadło. Coś między przeziębieniem a grypą. Teraz czuję się już lepiej więc jedziemy.
W Mysore nie zwiedzaliśmy zbyt intensywnie. Imponujący pałac królewski widzieliśmy tylko z daleka. Zaliczyliśmy autobusową wycieczkę na wzgórze Chamundi do kolejnej świątyni. Wpadliśmy na lokalny targ i do producenta olejków eterycznych i kadzidełek. To była zdecydowanie najbardziej ciekawa część pobytu w Mysore, które zresztą słynie z produkcji i eksportu powyższych.
Może więc zamiast faktów kilka obserwacji:
Hałas – Nieznośny, wszechobecny. Tutejsi kierowcy używają klaksonu znacznie częściej niż hamulca. A nie są to zwykłe, stonowane klaksony jakie znam z Polski. W Indiach klaksony się tuninguje. I to tak, że ich dźwięk przeszywa każdą komórkę ciała. Piszczą, grają melodyjki, pulsują. Dotąd wydawało mi się, że jest w tam jakaś logika. Że trąbi się by ostrzec innych uczestników ruchu o swoich zamiarach. Ale nie w Mysore. Tu wszyscy trąbią bez powodu i co gorsza bez przerwy. Tak i w dzień jak i w środku nocy.
Bezinteresowność – prawdopodobnie nie odkryto tu jeszcze tego pojęcia. Za niemal każdym uśmiechem, miłym gestem, powitaniem kryje się oferta handlowa. Gdy pytamy kogoś o kierunki, ten ktoś nie tyle wskazuje nam gdzie mamy iść, co rzuca wszystko i prowadzi nas w to miejsce. Tyle, że gdy tak sobie beztrosko spacerujemy zaraz pada pytanie – czy chcemy zobaczyć fabrykę olejków, zakład tkacki, czy potrzebujemy rikszę, taksówkę. Taką przygodę mieliśmy wczoraj. Spacerowaliśmy po Mysore szukając przystanku autobusowego. W pewnej chwili zagadaliśmy do jakiegoś hindusa z pytaniem o wskazówki (to my zagadaliśmy do niego a nie on do nas). Owszem, pokazał. Ale zaproponował też, że zaprowadzi nas na targ. Poszliśmy. I zanim się zorientowaliśmy, z targu trafiliśmy na zaplecze małej manufaktury olejków eterycznych. Po chwili piliśmy już gorący czaj i poznawaliśmy tajemnice drzewa sandałowego, jaśminu i lilii wodnej. Było serdecznie i gościnnie. Tyle, że do hotelu wróciliśmy ubożsi o 300 rupii i bogatsi o dwie buteleczki olejków oraz ze świadomością, że daliśmy się trochę wrobić (właściwie na własne życzenie). Zresztą później, tego samego dnia, jeszcze 2 razy ktoś próbował pokazać nam targ i manufakturę olejków.
Monety – Zbieranie monet to chyba najpopularniejsze hobby w Indiach. Niemal wszyscy hindusi proszą nas o “coin from your country” zarzekając się, że są zbieraczami. Tyle, że taki “kolekcjoner” uzbierawszy odpowiednią kwotę biegnie do kantoru i wymienia eksponaty na pospolite rupie.
Uliczny handel – na ulicy, można tu kupić niemal wszystko. Owoce i warzywa, ładowarki do komórek, gąbki, mydelniczki, pluszowe małpy, biżuterię, kserokopie książek, bollywoodzkie filmy, ubrania. Trzeba jednak uważać, żeby się nie naciąć. U jednego sprzedawcy za 10 rupii dostać można piękną kiść bananów, 5 m dalej za 10 rupii próują nam wciskać dwa zgniłki. W Anjunie kupiłem za 200 rupii czarne” fishermans pants”, które podarły się na drugi dzień. W Hampi kolorowe fishermans pants znacznie lepszej jakości dostałem za 100 rupii (+10 za doszycie kieszeni).
Za 3 h będziemy w Ooty.
Update: Już w Ooty. Dotarliśmy tu autobusem, przez pola herbaty. Jesteśmy w miejscu gdzie nie wynaleziono jeszcze prysznica i gdzie jadłodajnie nazywają się “hotel”. W miejscu gdzie powietrze jest czyste, nie ma hałasu a w pokoju nie potrzeba wiatraka bo jest chłodno. Byliśmy na wstrętnej kolacji (od wyjazdu z Banglore trafiamy raczej na mierne jedzenie), kupiliśmy trochę lokalnej czekolady i oglądamy bollywoodzkie filmy i reklamy kremów wybielających skórę w tv. Relaks.