Tajlandia

Po parku

Jestem mieszczuchem. Dobrze mi wśród szkła i betonu, autobusów i tramwai, w metrze i w taksówce. Przecież nie bez powodu wyniosłem się z jednego ze największych miast w Polsce , Wrocławia (630tyś mieszkańców) do jednego z największych miast na świecie – Bangkoku (w porywach 12 milionów mieszkańców).

Ale w całej tej miłości do miejskich klimatów czasami potrzebuję oddechu. Bangkoku niewiele jest zielonych przestrzeni, miasto niechętnie też wypuszcza swoich mieszkańców na jednodniowe wycieczki, żeby się stąd wyrwać potrzeba kilku dni. Taka okazja nadarzyła się w długi weekend 2 tygodnie temu – za cel podróż obrałem Khao Yai – najstarszy park narodowy Tajlandii.

W grupie było nas czworo – dwoje znajomych z Wrocławia, zapoznana w Bangkoku hinduska imieniem Jasmine i ja. Wrocławianie wsiedli w Autobus a ja z Jasmine na motocykl, 4 godziny jazdy w koszmarnych korkach i już byliśmy w oddalonym o 200km od miasta parku. Na miejscu za grosze wynajęliśmy pokój w hostelu i uszyliśmy do dżungli.

Miła niespodzianka spotkała mnie już przy budce z biletami. Wstęp dla „nie Tajów” kosztuje 400B, Tajowie płacą 40. Zanim jednak sięgnąłem do portfela postanowiłem pokazać kasjerce swoje pozwolenie na pracę co poskutkowało dziesięciokrotną obniżką ceny. Uradowany odkręciłem manetkę gazu i ruszyłem na spotkanie z naturą.

Kaho Yai to przeszło 2000km2 dżungli, kilkanaście wodospadów, kilkaset gatunków zwierząt. Dla mnie to jednak przede wszystkim dziesiątki kilometrów krętych, świetnie utrzymanych dróg – raj dla motocyklisty. Slalomem między małpami, zwalniając by przyjrzeć się buszującym w gęstwinie słoniom, przystając by zajrzeć pod wodospad, w kilka godzin zjechałem ledwie fragment tego oszałamiającego miejsca. Mój motocykl karmiony od czasu do czasu benzyną sprzedawaną tu w butelkach po tajskiej whisky nie tylko ochoczo ignorował obowiązujące na terenie parku ograniczenie prędkości do 60mk na godzinę ale dał radę wspiąć się na najbardziej strome i najwyższe okoliczne wzniesienia. Natura naturą ale nie ma to jak warkot silnika między udami.

Mógłbym tu pisać o wszystkich odcieniach zieleni, które widziałem, o huku wody z wodospadów, o krwiożerczych pijawkach, świni z rusztu, winie degustowanym w położonej w pobliżu parku winnicy. Ale przykuty do biurka czuję się obdarty z kontekstu. Łyknąłem świeżego powietrza, zachłysnąłem się wolnością i nagle szkoła stała się boleśnie ciasna.

*Ciekawe? Dobrze napisane? Pomocne? Kliknięcie w jeden z przycisków “share” pod artykułem to najprostszy i najlepszy sposób by docenić wysiłek jaki wkładam w tworzenie tej strony i pomóc w rozwoju Skok W Bok Blog. Czekam też na wasze komentarze oraz maile z pytaniami i sugestiami. Z góry dziękuję!

ANY_CHARACTER_HERE
Standard

One thought on “Po parku

  1. Pingback: Zamiast drinka z parasolką

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *