Poza czasem

bangkok sunset

Czasami mam wrażenie, że czas biegnie tu inaczej, czasami, że w ogóle stoi w miejscu. Nie odczuwam jego upływu, następowania godzin, dni, miesięcy. Świat wokół mnie trwa w dziwnym, chaotycznym stanie, któremu ktoś kiedyś dał na imię Bangkok.

Słońce wstaje tu i zachodzi gwałtownie. Gdy rankiem rozsuwam zasłony na wschodnich oknach swojego mieszkania, wita mnie półmrok, migotanie świateł samolotów nad położonym kilka kilometrów dalej lotniskiem Suvarnabhumi, żółta poświata ulicznych latarni. Kiedy 10 minut później wychodzę z łazienki  a na palniku kuchenki czajnik z kawą przeżywa poranny atak epilepsji, jest już zupełnie jasno, do mieszkania zaczyna lać się żar. Dojazd do pracy nie byłby możliwy bez pary przyciemnianych okularów. Kurs jest kolizyjny –  droga wiedzie wprost na wschód, w stronę w pośpiechu zmierzającego ku zenitowi słońca. Co rano oczy zachodzą mi łzami.

Zachody lubię oglądać z dachu. Musze się jednak spieszyć, by nie przegapić widowiska. Świetlny spektakl trwa zaledwie kilka minut. Najpierw niebo przyjmuje ukochany przez Tajów kolor różowy. Nie na długo jednak – róż szybko zmienia się w przypominający miąższ dojrzałej papai pomarańcz. Następnie wokół mnie zaczynają królować coraz ciemniejsze odcienie fioletu aż wreszcie wszystko spowija czerń. Słońce bez ostrzeżenia znika za ciągnącymi się po horyzont wieżowcami by po chwili utonąć w przecinającej miasto rzece i zgasnąć, niczym wrzucona do wody zapałka.

Ale to wszystko widoki dla zapatrzonych w niebo romantyków. Większość Bangkoku za nic ma wschody i zachody słońca. W końcu mowa o mieście, które nigdy nie śpi, co najwyżej drzemie i to nigdy całe na raz. Jego mieszkańcy niczym załoga wielkiego okrętu, sypiają wachtami. Gdy jedna dzielnica otwiera oczy, kilka ulic dalej ludzie układają się do snu. Malejący ruch na jednym skrzyżowaniu oznacza, że gdzieś zaczyna gęstnieć korek. Gdy o świcie kompletnie zatykają się drogi dojazdowe do centrum (jestem przekonany, że gdyby podobny ścisk zapanował na ulicach miast w Polsce, doszło by do zamieszek), w słynącej z tłoku zakupowej dzielnicy Siam panuje pustka przywodząca na myśl wizję opustoszałego Nowego Jorku z „Vanilla Sky” lub wyludnionego Londynu z „28 dni później”. O czwartej nad ranem przed zamkniętymi na cztery spusty domami handlowymi rozkładają się ogromne targowiska. Gdy kilka godzin później z sykiem rozsuwają się automatyczne drzwi galerii handlowych, uliczni sprzedawcy w pośpiechu składają swoje stragany i szukają sobie nowego miejsca. Ci sami mnisi, którzy o  brzasku wędrują budzącymi się do życia ulicami i zbierają jałmużnę do swoich pękatych, metalowych mis, po zmroku palą papierosy i grają w warcaby pod dworcem kolejowym Hualampong – miejscem, do którego pijaczki i typki spod ciemnej gwiazdy lgną jak ćmy do nieosłoniętej żarówki. Wieczorami zmiana warty następuje w taksówkach. Zmieniają się kierowcy (większość z nich nie jest właścicielami samochodów – jedynie je wynajmują, często na spółkę z kolegą), zmienia się klientela – w miejsce obwieszonych torbami z markową konfekcją damską pań i targających nesesery biznesmenów pojawiają się skołowani nadmiarem wrażeń turyści, którzy nie zdążyli na ostatni kurs BTS-u , coraz bardziej wstawieni bywalcy nocnych klubów, urobione po dekolt prostytutki.

Momentami trochę się w tym wszystkim gubię, nie umiem znaleźć punktu odniesienia. W końcu pory roku  widać tu jedynie na kartach kalendarza. Niby jest pora gorąca i monsunowa, niski i wysoki sezon ale tak naprawdę turystów zawsze jest na pęczki a deszcz pada kiedy chce. Są trzy sylwestry (nasz, Chiński i Tajski) a nie ma Bożego Narodzenia, Wielkiejnocy, ferii zimowych. Nie ma tego wszystkiego co wyznacza rytm życia na zachodzie. Nie trzeba szykować się na zimę bo nigdy nie nadejdzie, nie trzeba nacieszyć się słońcem bo to świeci bez przerwy. Taki czas bez znaczników zmienia się w bezkształtną masę, w budyń. Ciężko zaobserwować jego powolne się przesuwanie, nie trzeba za nim gonić.

Nawet rozsiane Bangkoku zegary wyświetlają różne godziny. Mało tego! również daty mają tu rozdwojenie jaźni przyjmując na zmianę buddyjską i gregoriańską postać.  Który w końcu mamy rok – 2555 czy 2012? Ile tu już jestem, ile zostanę, czy to krótko czy długo i jak to zmierzyć? Cóż, mówią, że szczęśliwi czasu nie liczą a ja mieszkam w mieście, które zupełnie nie liczy się z czasem.

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog. Cze­kam też na wasze komen­ta­rze oraz maile z pyta­niami i suge­stiami. Z góry dziękuję!

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

11 Comments
  1. Świetny tekst, fantastycznie wprowadza w nastrój. We Wrocławiu właśnie zrobiło się chłodniej i _znowu_ zapanowała szarówka.

    Przy okazji dzięki Maciek – jesteś jednym z wielu blogerów, który zmotywował mnie wyjechać – na początek do Hiszpanii, a kilka miesięcy później do Tajlandii.

  2. Dobrze napisany tekst. Well done! 🙂

    PS. Maciek, mógłbyś jakoś ustawić te komentarze z DISQUS, żeby domyślnie wyświetlały nam się chronologicznie, tj. od najstarszego na samej górze? (Tak jak jest np. na http://www.loswiaheros.pl )

  3. Tekst jest bardzo ciekawy!
    Napisałeś o rzeczy, która dręczy mnie od długiego czasu: upływ czasu. Tu w Laosie jeszcze bardziej odczuwa się tę jego “niemierzalność” i relatywność. Wszystko płynie jakoś tak bezwiednie, niekotrolowanie i niezauważalnie jak woda w Mekongu.
    W wielu miejscach nie ma to znaczenia, który mamy dzień, godzinę, czy porę. Czasem tylko udaje mi się temu poddać i pogodzić z takim postrzeganiem świata.
    Jest to dziwne i ciekawe, że w tej części świata ludzie jakby mało martwią się upływem czasu i jego jak najpełniejszym wykorzystaniem. Jakby nie istaniało pojęcie:strata czasu.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.