Sailing down the river in Burma
Birma

Spływ

 

Patrzę w lewo, patrzę w prawo – nuda, nic się nie dzieje.”  czyli rejs z Mandalay ku świątyniom Bagan.

Dookoła zmrok, pod stopami kilka desek robiących za trap, w spoconej dłoni bilet za 15 dolarów. Jest 5 rano, pakujemy się na statek.

Stewart nawet nie musi pokazywać nam gdzie mamy usiąść – podział jest oczywisty. Miejsce turystów jest z przodu, na plastikowych krzesełkach. Nie widzieliśmy jeszcze w Birmie tylu białych w jednym miejscu. Objuczeni ciężkimi plecakami, z iPadami na kolanach, smartfonami w kieszeniach, pstrykają cyfrówkami zdjęcia szybko wschodzącemu na horyzoncie słońca.

Irrawddy sunrise

 

Resztę pokładu zajmują Birmańczycy – porozkładani grupkami na słomianych matach. Objuczeni niemowlakami, koszami z dobrami wszelkiej maści, metalowymi pojemnikami z ryżem i dodatkami. Kobiety bujają niemowlęta w hamakach, upinają długie włosy w koki, nakładają kolejne warstwy pasty z drzewa sandałowego na twarze. Mężczyźni palą tłuste skręty, gapią się w umykającą wzdłuż burty wodę. Wygląda na to, że wszyscy dobrze się znają – rozmowy, jak to w Birmie, się kleją, usta rzadko się zamykają. A gdy komuś znudzi się gadanie, chwyta za książkę i czyta. Przez rok życia w Tajlandii odwykliśmy od widoku zaczytanych ludzi.

sleeping on a deck in Burma

 

Rzeka jest szeroka, momentami wręcz rozłożysta.  Woda bura, ponura, w kolorze khaki. Krajobraz przeważnie monotonny  – piaszczyste brzegi, kępki przykurzonej zieleni. I tak po horyzont, nie ma na czym oka zawiesić. W trakcie całej, kilkunastogodzinnej podnóży mijamy 2 mosty i ani jednej przystani w pełnym tego słowa znaczeniu.

shores of Irrawaddy

 

Łódź płynie powoli, szerokim zygzakiem, szukając bezpiecznej drogi miedzy mieliznami, niczym rzucona do wody kłoda obijająca się raz  po raz od brzegów. Najdziwniejsze są jednak przystanki – pozornie kompletnie przypadkowe, wybrane losowo. Wystarczy daszek z czerech patyków i liści bananowca (a często nie ma i tego) i już jest przystań. Z burty wysuwa się sprężysta tekowa deska a po tym trapie do abordażu przystępują przekupy niosące na głowach kosze z gotowaną kukurydzą, owocami, słodyczami. Handel trwa kilka minut, towary rozchodzą się w mig, ceny lecą na łeb na szyję. Jedna kukurydza za trzy dolary zmienia się w trzy kukurydze za dolara. Targowanie przerywa głośny gwizdek, to sygnał że ruszamy dalej. Przekupy w popłochu ewakuują się na suchy ląd, niektóre lądują po pas, po szyję w wodzie a łódź wraz z zajadającymi się świeżym arbuzem pasażerami, płynie dalej.

passangers boarding the boat in Irrawaddy

 

Na jednej z takich przystani widzę beznogą babuleńkę. Ktoś zarzuca ją sobie na plecy i wnosi na pokład. Godzinę, może półtora później, widzę jak inny ktoś znosi ją na brzeg po drugiej stronie rzeki i zostawia na pasku.

Skąd przybywa, dokąd zmierza owa starsza pani? – nie wiem i nigdy się nie dowiem. Jednak wilce prawdopodobne, że dotrze do swojego celu szybciej niż my do naszego. Płyniemy dalej, rozglądamy się dokoła. Patrzę w lewo, patrzę w prawo, nuda. Ale wysiadać się nie chce.

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “Share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog. Z góry dziękuję!

 

 

Standard

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *


Notice: Undefined variable: comment_form in /home/skokwbok/domains/skokwbokblog.com/public_html/wp-content/plugins/wordpress-gdpr/public/class-wordpress-gdpr-integrations.php on line 79

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.