Tag Archives: Anapurna

Wokół Annapurny 25.11 Dzień 15 – Finał “66 jaków i dwa jajka (na ostro)”

Po śniadaniu (tosty, jajka, kawa – niezawodny zestaw) przedpołudnie spędziliśmy na – A) Kropek: taplaniu się w basenie zasilanym przez gorące źródła, B) Ewa i ja: jedzeniu pysznej szarlotki i popijaniu herbaty. Kilkanaście godzin w Totopani tak nas rozleniwiło , że pomysł, by wyprawę kontynuować na piechotę wydawał się zupełnie niedorzeczny. Padło więc na autobus.

Podróż byłaby całkiem standardowa gdyby nie towarzystwo. Przed siedzeniem moim i Ewy usadowił się bowiem Nepalczyk w nieokreślonym wieku i w czapeczce z daszkiem – pijany jak bela. Jego znajomość angielszczyzny ograniczała się do następujących słów: good man, Dalajlama, Tibet. Ale to czego nie wypowiedziały usta dopowiadały ręce i jakoś szło się dogadać. Jegomość odpalał papierosa od papierosa, błogosławił nam w imieniu Dalajlamy (good man! Tibet!), podarował Ewie talizman na zdrowie i ochronę i dwucyfrową ilość razy serdecznie ściskał nam dłonie. Gdy autobus zatrzymał się by napoić pasażerów (taki tu zwyczaj, na dłuższych trasach autobusy zatrzymują się w szczerych polach, przy zbitych z desek budach, w których serwowana jest herbata i przekąski) nasz sąsiad uparł się, by postawić nam po jajku na twardo bo jak się okazało, jest szychą z regionu Mustang, gdzie prowadzi dostatnie życie otoczony stadem, bagatela, 60 jaków. Jako, że sami nie posiadamy ani jednego jaka przyjęliśmy dwa nagie jajka (choć właściwie nie tak znowu nagie, bo odziane w pikantną marynatę) jako dowód nepalskiej gościnności – smakowały wyśmienicie.

Do Pokahary dotarliśmy kilkadziesiąt minut później i kilkadziesiąt minut po zmroku. Pierwsze wrażenie – ni to Karpacz ni to Mikołajki. Zdecydowanie najbardziej turystyczne miejsce jakie widzieliśmy przez ostatniej dwa miesiące. Stęsknionym za cywilizacją Ewie i Kropkowi się podoba. Ja ciągle jestem zdziczały po górskich przestrzeniach więc na razie czuję się tu nie na miejscu a z oceną poczekam do poranka kiedy to naszym oczom ukaże się odbicie Himalajów w gładkiej tafli jeziora. Jedno jest pewne – pizza na kolację była rewelacyjna a piwo, którym opijaliśmy zakończenie trekkingu – należycie zmrożone. W przeciwieństwie do nas – nareszcie zagrzanych, bez śpiworów, śpiących snem sprawiedliwych.

Wokół Annapurny 24.11 Dzień 14 “Kto nie ma w nogach”

Noc spędziliśmy po środku brzydkiej doliny w schronisku żywcem wziętym z Karkonoszy. W barze zabrakło cydru i brandy a w spaghetti bolognese była kapusta i grzyby co nie zmienia faktu, że smakowało dobrze.

A po nocy przyszły urodziny Ewy. Był tort w łóżku (w postaci naleśnika z jabłkami i miodem), prezenty przy śniadaniu (targane jeszcze z Kathmandu). A potem ruszyliśmy, w najkrótszą jak dotąd trasę – paręset metrów za wioskę, na przystanek autobusowy. Sama wioska, Lajrung, nie wyróżnia się niczym specjalnym poza tym, że ulubioną rośliną ogrodową jej mieszkańców jest marihuana. Natomiast pomysł, by trekking zamienić nad bus ride rodził się w bólach wywoływanych przez zakwasy na przestrzeni minionych kilku dni.

Na autobus nie trzeba było długo czekać. Po krótkich negocjacjach (cena błyskawicznie spadła z 1000 za osobę do 1000 za 3 osoby) siedzieliśmy na pozornie wygodnych, ostatnich fotelach. Pozornie, bo gdy tylko ruszyliśmy nasze ciała oparły się, by za wszelką cenę pokazać grawitacji, że mają ją za nic, przy czym każde ponowne spotkanie z fotelem oznaczało dla nas kolejną dawkę bólu i postękiwań. Nic zresztą dziwnego – droga wyglądała tak, że nie jeden samochód terenowy miałby problemy z przeprawą. A tu proszę, autobus pełen ludzi. A czasem nawet dwa, każdy o szerokości 3 m mijające się na drodze o szerokości 5,5 m, nad przepaścią. Najważniejsze jednak, że ze śpiewem na ustach i Jezusem w sercach dojechaliśmy do celu czyli do wioski Totopani.

Kilka godzin wcześniej były połacie kamieni i okazjonalny krzaczek a tu – drzewka pomarańczowe, bananowce, kwitnące krzewy i pokrzykiwania małp. Totopani okazało się jednym z przyjemniejszych miejsc na trasie – pyszne jedzenie, pyszne widoki i pyszna pogoda. Aż chciałoby się zostać dłużej.

Wokół Annapurny 23.11 Dzień 13 “Krok w bok”

Wygląda na to, że Marpha to jabłkowa stolica Nepalu. Jej mieszkańcy trudnią się tłoczeniem soku z jabłek (przy pomocy maszyn, które dostali w prezencie od Niemców) a następnie przerabianiem go na cydr i brandy. Przy okazji powstają też szarlotki, jabłkowe chipsy, jabłkowe zupy, herbaty, a nawet momo z jabłkami. Same jabłka są tu słodkie, twarde i po prostu pyszne – a piszę to ja, uczulony na jabłka i za nimi nie przepadający.

Jeśli zaś idzie o treking to ruszając w trasę dziś rano (uprzednio posiliwszy się świeżym sokiem, oczywiście jabłkowym) postanowiliśmy nie słuchać przewodnika i wybrać swoją drogę. Pomysł ten wpadł nam do głów dzień wcześniej, gdy zobaczyliśmy, że trasa “oficjalna” biegnie wzdłuż drogi publicznej. Dlatego zamiast iść trasę sprawdzoną, przy pierwszej okazji przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki, wzdłuż której wędrujemy od paru dni i ruszyliśmy w nieznane. Warto było wykonać ten krok w bok. Zamiast zakurzonej drogi, po której co chwila przemykają samochody terenowe i autobusy mieliśmy iglaste lasy, szumiące strumienie, łączki, wierzby i inne cuda. To co miało być jednym z brzydszych etapów wędrówki okazało się jednym z ładniejszych. Ukoronowaniem dnia była wizyta w ukrytej na szczycie góry wioseczce. Ani pół guesthouse’u, nawet śladu restauracji, tylko kamienne domki, sady pełne jabłoni i oszałamiające widoki.

Z czasem niestety musieliśmy wrócić na główną trasę a ta zupełnie nie zachęca do dalszej wędrówki. Usłana kamieniami zakurzona droga i nudny już widok na niemal wyschnięte koryto rzeki. Możliwe, że aby nie tracić czasu, jutro poszukamy jakiegoś szybszego sposobu dotarcia na dół, zwłaszcza po tym jak nasłuchaliśmy się ile atrakcji czeka na nas w Pokharze. Każdy dzień tutaj jest cenny.

Wokół Annapurny 21.11 Dzień 9, 10, 11 “5416 m n.p.m.”

Nie pisałem wczoraj, przedwczoraj, dwa dni temu. Nie miałem siły. Wysokość dała się nam we znaki. W nocy łupanie w głowie, płytki oddech, bezsenność. W dzień lepiej, pod warunkiem, że nie wykonuje się zbędnych ruchów. A przy wspinaniu się na przełęcz Thorung La ruchu jest sporo – startując z Base Camp ma się do pokonania niemal 1000 m w pionie. Nam udało się w niespełna 5 godzin. Pobudka o 4:30, wstrętne śniadanie (o tej porze dobrze smakuje chyba tylko knysza w drodze z imprezy do domu lub jedzenie wyjadane w blasku światła lodówki w czasie nocnego ataku głodu), początek wspinaczki. Pierwsze 300 m jeszcze w półmroku. Herbata w High Camp i dalsza wędrówka. I znowu – bezdech, łupanie w głowie. Ulgę przynosi tylko widok innych górołazów, równie zdyszanych jak my. Zatrzymywać się musimy się dosłownie co 50m. Niestety, oddech wraca do normy tylko na chwilę, po kilku krokach znowu łapczywie łykamy powietrze. Brak tlenu najbardziej daje się we znaki mi, potem dotyka również Ewę, wreszcie przypomina o sobie Krokowi. Na każde wzniesienie patrzymy z nadzieją, że może to już tutaj, może to jeszcze tylko 30, 50m. Rozczarowujemy się dobrych kilka razy. Gdy wreszcie wykończeni docieramy na szczyt, nie mam siły się ciszyć. Ale do pamiątkowego zdjęcia z napisem Thorung La, 5416m udaje się uśmiechnąć a herbata za 150 rupii kubek smakuje wybornie. Z każdym łykiem wracają siły a do głowy dociera myśl – udało się, dotarliśmy na samą górę (!!!)

Problem z górami jest taki, że gdy się na nie wejdzie, trzeba także zejść. A to okazuje się równie, jeśli nie bardziej wymagające niż wspinaczka. Odzywają się zupełnie nowe grupy mięśni, na każdym kroku trzeba uważać żeby nie fiknąć kozła, we znaki dają się odciski. W moim wypadku przez wiele godzin ciąży jeszcze choroba wysokościowa, ból głowy przechodzi dopiero na 4000m, kilka godzin po przeprawie przez przełęcz.

A przy tym wszystkim otaczają nas widoki, z którymi chyba nie może się równać nawet to, co widzieliśmy przed przełęczą. Krystalicznie przejrzyste powietrze, nieskończona widoczność, ciemnobłękitne niebo. I tak przez kolejne dwa dni. Znikają resztki śniegu, pojawiają się kamienne pustynie, góry z szaro-stalowych robią się rdzawe. Gęby nie zamykają nam się z zachwytu. Żadna fotografia nie odda tego co widzimy.

Drugą od przeprawy przez Thorung La noc spędzamy w wioseczce Kagbeni żywcem wyjętej ze średniowiecza. Znajdujemy tani hotel, obiad jemy w przytulnej drewnianej restauracji przypominającej o dalekim Zakopanem. Pyszna francuska zupa cebulowa, lasagne, szklaneczka lokalnego cydru (www.iwines.blogspot.com) – jedzenie o niebo lepsze niż przed przełęczą a z każdym krokiem w dół ceny bardziej przyjazne. Wieczór spędzamy z właścicielką hotelu i jej rodziną. Oglądamy bollywoodzką megaprodukcję o konflikcie z Pakistanem, zajadamy domowe hamburgery wegetariańskie, Dido (coś na kształt pyzy popijanej zupą) i najlepsze jabłka na świecie. W nocy wreszcie śpimy spokojnie.

Wokół Annapurny 17. 11 Dzień 7 “Czas na przerwę”

Dotarliśmy na wysokość 3570 m i musimy przystanąć, żeby przyzwyczaić się do obniżonej zawartości tlenu w powietrzu. To nie tylko książkowe teorie, jego brak odczuliśmy już na własnej skórze, nocą. Przewracaniu się z boku na bok, przyjmowaniu entej wygodnej pozycji i stękaniu nie było końca. Mnie ból głowy obudził już o 5:30 rano.

Kilkadziesiąt minut później na niebie pojawiło się słońce i zostało tam już do wieczora. Z aparatami w dłoniach wybraliśmy się zwiedzać okolice. Przy tej pogodzie i tych widokach niemal wystarczyło nacisnąć spust migawki, żeby zrobić dobre zdjęcie. W fotografowaniu przeszkadzała tylko zadyszka i zimny pot na plecach (znowu z braku tlenu).

Ten odpoczynek był nam potrzebny. Udało się wyprać wołające o pomstę do nieba podkoszulki i skarpety, udało się napełnić brzuchy spaghetti carbonara na bazie puszkowej szynki SPAM!, udało się odciążyć mięśnie i kręgosłupy. Jutro rano pniemy się dalej.