Po śniadaniu (tosty, jajka, kawa – niezawodny zestaw) przedpołudnie spędziliśmy na – A) Kropek: taplaniu się w basenie zasilanym przez gorące źródła, B) Ewa i ja: jedzeniu pysznej szarlotki i popijaniu herbaty. Kilkanaście godzin w Totopani tak nas rozleniwiło , że pomysł, by wyprawę kontynuować na piechotę wydawał się zupełnie niedorzeczny. Padło więc na autobus.
Podróż byłaby całkiem standardowa gdyby nie towarzystwo. Przed siedzeniem moim i Ewy usadowił się bowiem Nepalczyk w nieokreślonym wieku i w czapeczce z daszkiem – pijany jak bela. Jego znajomość angielszczyzny ograniczała się do następujących słów: good man, Dalajlama, Tibet. Ale to czego nie wypowiedziały usta dopowiadały ręce i jakoś szło się dogadać. Jegomość odpalał papierosa od papierosa, błogosławił nam w imieniu Dalajlamy (good man! Tibet!), podarował Ewie talizman na zdrowie i ochronę i dwucyfrową ilość razy serdecznie ściskał nam dłonie. Gdy autobus zatrzymał się by napoić pasażerów (taki tu zwyczaj, na dłuższych trasach autobusy zatrzymują się w szczerych polach, przy zbitych z desek budach, w których serwowana jest herbata i przekąski) nasz sąsiad uparł się, by postawić nam po jajku na twardo bo jak się okazało, jest szychą z regionu Mustang, gdzie prowadzi dostatnie życie otoczony stadem, bagatela, 60 jaków. Jako, że sami nie posiadamy ani jednego jaka przyjęliśmy dwa nagie jajka (choć właściwie nie tak znowu nagie, bo odziane w pikantną marynatę) jako dowód nepalskiej gościnności – smakowały wyśmienicie.
Do Pokahary dotarliśmy kilkadziesiąt minut później i kilkadziesiąt minut po zmroku. Pierwsze wrażenie – ni to Karpacz ni to Mikołajki. Zdecydowanie najbardziej turystyczne miejsce jakie widzieliśmy przez ostatniej dwa miesiące. Stęsknionym za cywilizacją Ewie i Kropkowi się podoba. Ja ciągle jestem zdziczały po górskich przestrzeniach więc na razie czuję się tu nie na miejscu a z oceną poczekam do poranka kiedy to naszym oczom ukaże się odbicie Himalajów w gładkiej tafli jeziora. Jedno jest pewne – pizza na kolację była rewelacyjna a piwo, którym opijaliśmy zakończenie trekkingu – należycie zmrożone. W przeciwieństwie do nas – nareszcie zagrzanych, bez śpiworów, śpiących snem sprawiedliwych.

























