Tag Archives: Delhi

Lądowanie w Rajasthanie

Najpierw wykopaliśmy się ze szpitala, potem rikszą pojechaliśmy na Main Bazaar w Delhi gdzie znaleźliśmy pokoik, potem zaczęliśmy wracać do siebie. Delhi bez gorączki zrobiło zupełnie inne wrażenie – lepsze wrażenie. Sam bazar fantastyczny, kolorowy, pełen ludzi…i turystów. Chyba jeszcze tylu białych w jednym miejscu w Indiach nie widzieliśmy, samych polaków słyszałem chyba z 7 razy.

Do Indyjskich zwyczajów nie wróciliśmy ot tak, natychmiast. Najciężej było z jedzeniem. Jeszcze przedwczoraj kolację jedliśmy w Pizza Hut. Od dwóch dni śniadaniujemy w McDonaldzie. Niekoniecznie z wyboru – zjedzenie śniadania w Indiach to wyzwanie, no chyba, że ktoś lubi smażone na głębokim oleju przysmaki pełne ostrych przypraw. Dla nas przed południem nie do przełknięcia.

Dopiero dzisiaj, właściwie przed chwilą zjedliśmy razem nasz pierwszy od dłuższego czasu hinduski posiłek. Knajpa mroczna, brzydka i beznadziejna ale jedzenie niczego sobie. Chicken Tikka, Seekh Kebab i Rajta. W drodze do domu kupiliśmy jeszcze wielkiego ananasa (50 rupii), żeby zjeść go na śniadanie. Pomarańczę (zieloną, tylko takie tu mają) dostaliśmy gratis.

A tak swoją drogą to nie jesteśmy już w Delhi. Wczoraj po kilkugodzinnej jeździe autobusem dotarliśmy do Jaipur – różowego miasta. Różowa jest tylko jego jedna część, którą zwiedzaliśmy dzisiaj, reszta jest zwyczajnie szaroburokolorowa,  pełna riksz, kurzu i hałasu.

Jutro wstajemy o świcie, żeby pojechać do Pushkaru na słynny targ wielbłądów.

Kwarantanna

Do Delhi zajechaliśmy o 6-tej rano. Poł godziny później byliśmy już w szpitalu. I się zaczęło – inhalacje, badania, analizy. Wszystko słono płatne. Bo szpital uparcie twierdził, że nie ma umowy z naszym ubezpieczycielem i że kasę odzyskamy sobie w Polsce. Łącznie badania (a w większości bezproduktywne czekanie) zajęły nam 8 h i kosztowały…16,000 rupii. A wszystko by dowiedzieć się, że muszę zostać objęty kwarantanną ze względu na podejrzenie świńskiej grypy. Koszt kwarantanny na jedną noc – 7500. Odmówiliśmy, ruszamy ku wyjściu a tu drogę zastępuje nam strażnik.

Resztę napisze Ewa, właśnie założyli mi kroplówkę i jestem bez ręki.

Po moim pytaniu o co chodzi, Pan powiedział coś na kształt ‘no allowed’ i się zaczęło szpitalne piekiełko – kłótnie, awantury, brak jakichkolwiek sensownych informacji, tylko mamrotanie “you sit madam, we are trying to help you”. W końcu zadzwoniłam do ambasady i z pomocą pana wice-konsula wylądowaliśmy w innym szpitalu. Szpital jest brudny, wstrętny i mroczny, ale przynajmniej jest za darmo.

Trudno się dziwić, że z Delhi jak na razie nie dostarcza nam pozytywnych wrażeń. To co widzieliśmy dotychczas z pociągu, rikszy i karetki jest odrażające, brudne i śmierdzi nie do wytrzymania. Ludzie też są mniej mili, albo może to już nasze postrzeganie się zmieniło, ale od kliku dni wdajemy się z nimi w kłótnie za byle co. Za to, że się gapią, za to że nie potrafią powiedzieć o co im chodzi i że zdzierają z nas kasę na każdym kroku.

No nic, jutro o 12 przyjdą wyniki badań i okaże się czy tydzień przebiegnie pod znakiem H1N1…trzymajcie kciuki!