Najpierw wykopaliśmy się ze szpitala, potem rikszą pojechaliśmy na Main Bazaar w Delhi gdzie znaleźliśmy pokoik, potem zaczęliśmy wracać do siebie. Delhi bez gorączki zrobiło zupełnie inne wrażenie – lepsze wrażenie. Sam bazar fantastyczny, kolorowy, pełen ludzi…i turystów. Chyba jeszcze tylu białych w jednym miejscu w Indiach nie widzieliśmy, samych polaków słyszałem chyba z 7 razy.
Do Indyjskich zwyczajów nie wróciliśmy ot tak, natychmiast. Najciężej było z jedzeniem. Jeszcze przedwczoraj kolację jedliśmy w Pizza Hut. Od dwóch dni śniadaniujemy w McDonaldzie. Niekoniecznie z wyboru – zjedzenie śniadania w Indiach to wyzwanie, no chyba, że ktoś lubi smażone na głębokim oleju przysmaki pełne ostrych przypraw. Dla nas przed południem nie do przełknięcia.
Dopiero dzisiaj, właściwie przed chwilą zjedliśmy razem nasz pierwszy od dłuższego czasu hinduski posiłek. Knajpa mroczna, brzydka i beznadziejna ale jedzenie niczego sobie. Chicken Tikka, Seekh Kebab i Rajta. W drodze do domu kupiliśmy jeszcze wielkiego ananasa (50 rupii), żeby zjeść go na śniadanie. Pomarańczę (zieloną, tylko takie tu mają) dostaliśmy gratis.
A tak swoją drogą to nie jesteśmy już w Delhi. Wczoraj po kilkugodzinnej jeździe autobusem dotarliśmy do Jaipur – różowego miasta. Różowa jest tylko jego jedna część, którą zwiedzaliśmy dzisiaj, reszta jest zwyczajnie szaroburokolorowa, pełna riksz, kurzu i hałasu.
Jutro wstajemy o świcie, żeby pojechać do Pushkaru na słynny targ wielbłądów.

























