Kurs gotowania okazał się gotowaniem z hinduską rodziną w normalnym hinduskim domu. Wczesnym świtem (7:45) budzik postawił nas na nogi. 15 min później pojawił się nasz gospodarz Shiva i zaprowadził nas do swojego domu. Tam, w ciemnej kuchni połączonej z sypialnią (łóżko służy jednocześnie za stół) czekała na nas jego żona. I się zaczęło. Obieranie, szatkowanie, gotowanie, przyprawianie, mieszanie, ugniatanie. 100 % veg. Kolendra pachiała obłędnie, chili sypało się garściami, mleko kokosowe lało się strumieniami. Roboty co niemiara ale w 4 osoby daliśmy radę i około 10:30 jedliśmy śniadanie. Na menu składało się curry kokosowe, curry z soczewicy, danie z kalafiorem i ziemniakami (Baji) i placki mączne (chapati). Wokół biegały dziaciaki, za oknem biegały świnie i kury, wiatrak szumiał nad głową.
Zapłaciliśmy 450 rupii. Za to mieliśmy pyszne śniadanie, które zabiło głód na prawie cały dzień, trzygodzinny kurs gotowania i spotkanie z fajnymi ludźmi. Nasi gospodarze zyskali pomoc w przygotowaniu posiłków na cały dzień dla rodziny, 450 rupii i konwersacje z angielskiego. Układ doskonały.
Mniej doskonała okazała się Colva – brzydka i zatłoczona. Dlatego po gotowaniu wpakowaliśmy się do autobusu i pojechaliśmy do Palolem. Tu, za 300 rupii dostaliśmy 2 pokoiki. Plaża najpiękniejsza jak na razie, jedzenie fantastyczne choć nico droższe niż dotąd (Danie z mięsem – 120-180 rupii), plażowi sprzedawcy mniej natrętni. Aż chciałoby się zostać. Ale nic z tego. Jutro o 6 rano pociąg do Margao a stamtąd wprost do Hospet, rzut kamieniem od Hampi. Dosyć plażowania. Czas na podróż.

























