Tag Archives: Goa

Uwielbiam zapach kolendry o poranku

Kurs gotowania okazał się gotowaniem z hinduską rodziną w normalnym hinduskim domu. Wczesnym świtem (7:45) budzik postawił nas na nogi. 15 min później pojawił się nasz gospodarz Shiva i zaprowadził nas do swojego domu. Tam, w ciemnej kuchni połączonej z sypialnią (łóżko służy jednocześnie za stół) czekała na nas jego żona. I się zaczęło. Obieranie, szatkowanie, gotowanie, przyprawianie, mieszanie, ugniatanie. 100 % veg. Kolendra pachiała obłędnie, chili sypało się garściami, mleko kokosowe lało się strumieniami. Roboty co niemiara ale w 4 osoby daliśmy radę i około 10:30 jedliśmy śniadanie. Na menu składało się curry kokosowe, curry z soczewicy, danie z kalafiorem i ziemniakami (Baji) i placki mączne (chapati). Wokół biegały dziaciaki, za oknem biegały świnie i kury, wiatrak szumiał nad głową.

Zapłaciliśmy 450 rupii. Za to mieliśmy pyszne śniadanie, które zabiło głód na prawie cały dzień, trzygodzinny kurs gotowania i spotkanie z fajnymi ludźmi. Nasi gospodarze zyskali pomoc w przygotowaniu posiłków na cały dzień dla rodziny, 450 rupii i konwersacje z angielskiego. Układ doskonały.

Mniej doskonała okazała się Colva – brzydka i zatłoczona. Dlatego po gotowaniu wpakowaliśmy się do autobusu i pojechaliśmy do Palolem. Tu, za 300 rupii dostaliśmy 2 pokoiki. Plaża najpiękniejsza jak na razie, jedzenie fantastyczne choć nico droższe niż dotąd (Danie z mięsem – 120-180 rupii), plażowi sprzedawcy mniej natrętni. Aż chciałoby się zostać. Ale nic z tego. Jutro o 6 rano pociąg do Margao a stamtąd wprost do Hospet, rzut kamieniem od Hampi. Dosyć plażowania. Czas na podróż.

12.10.2009 Anjuna = Ustka

Właśnie mija tydzień od kiedy tu jesteśmy a ja wciąż nie mogę nawąchać się Indii. Co chwila łapię się na tym, że wciągam głęboko powietrze i wącham, wącham wącham. Myślałem, że zapachy, które uderzyły mnie pierwszej nocy w Bombaju wkrótce mi spowszednieją, staną się obojętne. Na razie nic z tego.

Powietrze tutaj pachnie inaczej niż w Polsce. Oczywiście, jest cieplejsze, bardziej wilgotne. Ale to nie wszystko. Nosem można tu wyczuć słodycz. Nie duszącą, raczej delikatnie głaszczącą podniebienie. Nie wiem skąd bierze się ten zapach ale mam wrażenie, że wszystko jest nim przesiąknięte. Mieszanka ziół, przypraw, kwiatów. Czasem przechodzi bardziej w smród zgnilizny ale przeważnie sprawia przyjemność.

Jeszcze bardziej zaskakujący jst zapach autobusów, w środku. Wydawałoby się, że wypchany ludźmi pojazd siłą rzeczy musi cuchnąć. Potem, zmęczeniem. Tak jak to się często dzieje w PKS-ach. A jednak nie. Tutejsze autobusy pachną mydłem, szarym mydłem.

Oczywiście szaleńczo pachnie też jedzenie. Poranne lassi ananasowe, mleczny koktajl z płatkami dzikiej róży, masala omlet. Rankiem brakuje mi tylko zapachu porządnej kawy – wszędzie serwują rozpuszczalną z kożuchem. Na późny obiad rzeczy niby znane z domu – ryż, ziemniaki, drób, warzywa. Ale przyprawione tak, że zapach aż kręci w nosie. Szybko zmieniamy nawyki. Z trzech posiłków robią się dwa i o innych porach, w dzień upał skutecznie zabija głód.

A jeśli o suche fakty chodzi to w końcu ruszyliśmy się z miejsca. Przejechaliśmy dziś raptem około 60 km. Jesteśmy w miejscowości Colva. Brzydkiej jak noc i zapchanej hinduskimi turystami. Gdyby nie palmy, ludzie o ciemnych twarzach i ten oszałamiający zapach momentami czułbym się jak nad polskim morzem.

Trafiliśmy więc w dość zwykłe miejsce ale w niezwykłym momencie. Właśnie trwa tu święto Fama ku czci dzieciątka Jezus. W centrum miasteczka trwa właśnie wielki jarmark. Bliźniaczo podobny do polskich odpustów. Tłum ludzi, dziesiątki straganów, wszechogarniający kicz i tandeta.Wiatraczki na patyku, baloniki, plastikowe zabawki. I smakołyki – sok z trzciny cukrowej, goańskie ostre kiełbaski (przypominając w smaku chorizo ale bardziej miękkie), obłędnie słodkie słodkości.

Jakie miejsce takie zdjęcia – tym razem w galerii kilka obrazków podszytych kiczem. Pojawią się gdy sieć je przepuści.

Jutro rano kurs hinduskiego gotowania. Oby było o czym pisać.

10.10.09 Stara Goa mocno śpi

Wieczór. Leżę pod moskitierą. Obok mnie śpi Ewa, nade mną wiatrak hałasuje jak przemysłowa młockarnia ale nadrabia poruszając zazwyczaj stateczne powietrze. Zazwyczaj niestateczny Maciek pobiegł z parą nowo poznanych polaków do Shore Baru na piekielnie ostre placuszki z jarzynami.

Dzień jak tu co dzień, fantastyczny. Rankiem (o 12) zjadłszy omlety, tosty i popiwszy kawą wsiedliśmy w autobus i z dwiema przesiadkami dojechaliśmy do Old Goa (jeden kurs – 8 rupii/os). Miasto kiedyś bardziej zaludnione niż Lizbona dziś jest ruiną. Po Portugalczykach zostały tylko kościoły. Zwiedziliśmy kilka z nich, cyknęliśmy zdjęcia, zjedliśmy nędzny lunch w speluniastym barze i wsiedliśmy w autobus powrotny. I dziś to właśnie jazda lokalnymi autobusami była największą atrakcją.

Do obsługi autobusu trzeba tu co najmniej 2 osób (a bywa , że 3 i 4-ech) i grupy pokornych pasażerów. Na załogę składa się kierowca i kasjer. Ten drugi nie tyle kasuje bilety co sprzedaje je podróżnym. Nie przy wchodzeniu do autobusu ale w pełnym, bliżej nieokreślonym momencie, już w drodze. Przeciska się przez tłumek, pyta dokąd jedziemy i zbiera pieniądze. Kasjer wyposażony jest w gwizdek. Daje nim znać kierowcy kiedy ma się zatrzymać i czy może już ruszać. To on tu rządzi. Ma władzę absolutną. To on porusza maszynerię do przodu i może ją zatrzymać jednym gwizdem. To on ustawia ludzi, przesuwa ich po autobusie jak pionki. Dopycha kolejnych.

Na dworcach nie ma sensu szukanie rozkładu jazdy. Autobus rusza w jedynym sensownym momencie – gdy jest pełny ludzi. I choć wydaje się, że nikt więcej się nie zmieści to po drodze dosiadają się kolejni podróżni.

Mimo, że dworcowy ruch wydaje się kwintesencją chaosu, wcale nie łatwo się zgubić. Przy każdym pojeździe stoi jego kasjer-gwizdkowy i nawołuje “Anjuna Anjuna, Old Goa, Old Goa”. Wystarczy się wsłuchać by znaleźć drogę.

W jednym z tych autobusów spotkaliśmy dziś hindusa, który najpierw przywitał się z nami po polsku, potem wyrecytował dwie linijki Mazurka Dąbrowskiego a potem zaprosił nas na kurs gotowania organizowany przez jego żonę. 3 osoby, 3 godziny, 550 rupii. Podypytaliśmy znajomych – mówią, że drogo.

Plany na kolejne dni wciąż nie sprecyzowane. Na pewno jeszcze dzień na plaży. Dalej – nie wiadomo. Kusi południe – aż po Fort Cochin. Kusi też północ – zwłaszcza Kaszmir. Jutro spróbujemy zdecydować.

Ranek: Siedzę na werandzie. Właśnie zapłaciliśmy 250 rupii za kolejną noc tutaj. Za chwile idziemy na śniadanie, spacerem po plaży do sąsiedzniej miejscowości.

Kolejny wieczór: Dzisaj dzień bez emocji. Pojawiły się pierwsze oznaki opalenizny. A było tak – Z plaży do wody, z wody na plażę. Z plaży do baru , z baru na plażę. Z plaży na kolację. Z kolacji spacerem do pokoju. Miejscowi nie ustają w staraniach zmierzających ku wynajęciu nam motocykla lub przewiezienia taksówką. Prawdopodobnie jesteśmy tu jedynymi turystami, którzy chodzą piechotą.

Jutro ruszamy dalej. Autobusem.

Ładowanie akumulatorów

Jeśli podróż pociągiem była ciężka (a była) to Goa wynagradza nam nawiązką. Jesteśmy w miejscowości Anjuna, przed sezonem więc tłumów nie ma. No i nie ma co owijać w bawełnę (gdzieżby! W tym upale!?) – jest fantastycznie.

Wczoraj wieczorem  koncert Latino w knajpie, lassi z kardamonem, palak paneer z nieba rodem, czyste szczęście w trzewiach. Dzisiaj jedziemy na wycieczkę do Old Goa. Jedzenie tak dobre, że przy każdym posiłku wykrzykuję “O rzesz! nie pamiętam kiedy ostatnio jadłem coś tak dobrego”. Słońce grzeje ale nie męczy. Widoki zapierają dech (może niektóre zdjęcia oddadzą część tego wrażenia).
Tutejsi  Hindusi to banda natrętów “Hello sir, what’s your name, what is you’r country, you’re very white, you come see my shop, you primise you come tomorrow, indian promice, you dont brake an indian promice.” Takie dialogi odbywamy kilkanaście razy dziennie. Jak podejść do tego na luzie to jest to nawet zabawne.

Nie łatwo będzie ruszyć stąd dalej. Do poniedziałku jesteśmy na wakacjach. Potem atakujemy południe. Doświadczonych prosimy o sugestie – gdzie jechać. Docelowo do Ernakulam. Czy po drodze warto się gdzieś zatrzymać?
Dosyć tego dobrego. Idziemy jeść masala omlet.

Piekło – Niebo

Udało się. Dotarliśmy do Anjuny. Siedzę właśnie na ganku naszego guest-house’u, w zasięgu wzroku mam święte krowy – sztuk 2, palmy – sztuk około 30. Obok w pokoju Ewa i Kropek odsypiają ciężką noc w pociągu.

Niestety, lekko nie było. Sleeper class do ekskluzywnych nie należy. Wąskie prycze, na których trzeba zmieścić się z plecakiem, hałas, zalatująca toaleta. A na domiar złego – przygoda…

Około 3 w nocy obudziłem się, żeby przyjąć jedną z dwóch godnych jogina pozycji w jakich możliwe było spanie w pociągu. Otworzyłem oczy i ujrzałem..Hindusa. Siedział sobie jakby nigdy nic w nogach mojej pryczy. Problem w tym, że prycza ta znajdowała się pod sufitem wagonu a wokół było pełno wolnych miejsc, niżej. Oczom nie uwierzyłem i złożyłem głowę na bluzie służącej za poduszkę. Kiedy znowu ją podniosłem zobaczyłem, że Hindus węszy, rozgląda się, zagląda na inne prycze. “Go away!” powiedziałerm. A on na to, że tylko do nastepnej stacji. Na to obudziła się Ewa i tym swoim obudzeniem spłoszyła intruza. Ale to nie koniec. Godzinę później, ten sam Hindus został przyłapany przez Ewę gdy majstrował przy zabezpieczeniach jej plecaka. Widząc, że nic nie zdziała wskoczył na wolne miejsce i udawał, że śpi, po czym ulotnił się… I to byłby koniec gdyby nie fakt, że rano okazało się, że Ewy plecak jest pocięty żyletką….

Szczęście w nieszczęściu – nic nie zginęło. O przygodzie daliśmy znać policji, plecak się zszyło i poszliśmy dalej.

To największy kłopot. Były jeszcze mniejsze.

Kłopoty : Komputer zaatakował wirus. Uporałem się z nim dopiero przywracając system ale przy okazji pozbyłem się sterowników do modemu. Po wizycie w lokalnej kafejce internetowej (20 rupii za 30 min surfowania) problem zdaje się naprawiony choć net dziala niemiłosiernie powoli. Nie mam też Worda (stąd błędy ortograficzne) i picassy (stąd narazie brak zdjęć)

Kłopot: Goa powitało nas deszczem. Nie, nie deszczem. Ulewą. Goa i ulewa w jednym zdaniu. To mi dotąd przez myśl nie przeszło.

Kłopot: Obiad w Sea Queen był drogi (za 3 osoby 800 rupii) i wcale nie wyjątkowy. Jutro szukamy czegoś innego

Kłopot: Tutjesze sprzedawczynie mydła i powidła są wyjątkowo natrętne. I skuteczne. Udało im się wcisnąć kropkowi luserko (50 rupii) i niemal dał się namówić na hennę.

Ale, ale! Czymże są te kłopoty wobec miejsca w którym jesteśmy. Afryka dzika, jamajca style, go goa! – Pokoik za 250 rupii na 3 osoby u przemiłego hindusa I jego natretnej matki. Palmy, uśmiechnięci ludzie, skutery, zimny king fisher i morze. Plany się zacierają. Ile tu zostaniemy? 3, 4 dni. Może dłużej.

Mumbai-Goa

Dzisiaj zdawkowo. A to dlatego, że nie mogę przyjąć pozycji właściwej do pisania. Wynika to z faktu, że mam prawie dwa metry zrostu a moja prycza w pociągu relacji Mumbai – Goa nie.  Na pryczy obok leży Ewa i czyta „Masalę”. Pode mną Maciek Kropek rozwiązuje krzyżówki.

Drugi dzień w Indiach potwierdził założenia z pierwszego – jest niewiarygodnie dobrze. Więcej szczegółów już z Goa. Będziemy tam za 12h  – o 11 rano.

Teraz wracam do wsłuchiwania się w stukot kół, szum wentylatorów (30 cm od głowy), i pokrzykiwania sprzedawców „Samosa, samosa, chai chai, chicken lollipop!”