Wygląda na to, że Marpha to jabłkowa stolica Nepalu. Jej mieszkańcy trudnią się tłoczeniem soku z jabłek (przy pomocy maszyn, które dostali w prezencie od Niemców) a następnie przerabianiem go na cydr i brandy. Przy okazji powstają też szarlotki, jabłkowe chipsy, jabłkowe zupy, herbaty, a nawet momo z jabłkami. Same jabłka są tu słodkie, twarde i po prostu pyszne – a piszę to ja, uczulony na jabłka i za nimi nie przepadający.
Jeśli zaś idzie o treking to ruszając w trasę dziś rano (uprzednio posiliwszy się świeżym sokiem, oczywiście jabłkowym) postanowiliśmy nie słuchać przewodnika i wybrać swoją drogę. Pomysł ten wpadł nam do głów dzień wcześniej, gdy zobaczyliśmy, że trasa “oficjalna” biegnie wzdłuż drogi publicznej. Dlatego zamiast iść trasę sprawdzoną, przy pierwszej okazji przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki, wzdłuż której wędrujemy od paru dni i ruszyliśmy w nieznane. Warto było wykonać ten krok w bok. Zamiast zakurzonej drogi, po której co chwila przemykają samochody terenowe i autobusy mieliśmy iglaste lasy, szumiące strumienie, łączki, wierzby i inne cuda. To co miało być jednym z brzydszych etapów wędrówki okazało się jednym z ładniejszych. Ukoronowaniem dnia była wizyta w ukrytej na szczycie góry wioseczce. Ani pół guesthouse’u, nawet śladu restauracji, tylko kamienne domki, sady pełne jabłoni i oszałamiające widoki.
Z czasem niestety musieliśmy wrócić na główną trasę a ta zupełnie nie zachęca do dalszej wędrówki. Usłana kamieniami zakurzona droga i nudny już widok na niemal wyschnięte koryto rzeki. Możliwe, że aby nie tracić czasu, jutro poszukamy jakiegoś szybszego sposobu dotarcia na dół, zwłaszcza po tym jak nasłuchaliśmy się ile atrakcji czeka na nas w Pokharze. Każdy dzień tutaj jest cenny.