To się musiało tak skończyć. Trzy tygodnie w Indonezji zleciały jak z bicza strzelił. Za 24 godziny będę już w Bangkoku.
To się musiało tak skończyć. Trzy tygodnie w Indonezji zleciały jak z bicza strzelił. Za 24 godziny będę już w Bangkoku.
Nabluźniłem wczoraj nieco na swój skuter, dziś muszę to choć w części odszczekać. Może nie jest to potężna, stylowa maszyna przyspieszająca bicie mojego serca ale jedno jest pewne – Yamaha zawiozła mnie wszędzie gdzie tylko chciałem i dzięki niej zobaczyłem miejsca, które znowu sprawiły, że musiałem zbierać szczękę z podłogi.
Niby ma to dwa koła i silnik, niby wiezie mnie gdzie sobie zażyczę, ale błagam, gdzież temu do motocykla! Mimowolnie przesiadłem się z Hondy na Yamahę, z motoru na skuter, i jestem niepocieszony.
Zamieniłem podróż na zorganizowaną wycieczkę. Nie mając czasu i ochoty na powtórkę 25-o godzinnej podróży z Lombok na Flores w drogę powrotną postanowiłem wybrać się łodzią. Padło na rejs z oferty największego tutejszego przewoźnika – Perama. Głównie ze względu na dogodny termin i krótszy niż u konkurencji czas podróży.
Siedzę w autobusie relacji Mataram – Sape, który ku mojemu zaskoczeniu wyjechał z dworca zgodnie z rozkładem – o 14:30…tylko po to, żeby zatrzymać się 35 metrów dalej i stać tak tej chwili, to jest do 15:06. Kiedy odjedziemy, nie wiem. Wiem za to, że nie będę się do tego czasu nudził.
Nie planowałem tego trekkingu. Marzyła mi się nieco poważniejsza eskapada, 3 dniowa wspinaczka na wulkan Rinjani na wyspie Lombok. W porównaniu z jego 3726 mnpm jedyne 1717 mnpm wulkanu Batur wygląda mizernie. Jedną rzeczą jest jednak porównywać cyfry i statystyki w przewodniku a drugą ujrzeć Batur na żywo – monumentalnie piękny, wyrastający w samym centrum zielonej doliny, ze srebrzystym jeziorem płaszczącym się u jego stóp. Zobaczyłem i zapragnąłem stanąć na jego szczycie.
To miała być historia o wodzie. Tej, w której rankiem podziwiałem rafę koralową, tej, która w postaci ulewnego deszczu „umilała” mi dzisiejszą podróż po Bali, wreszcie tej, którą słyszę za oknem, rozbryzgującą się u stóp najwyższego wodospadu na wyspie. Ale historia, jak to z historiami bywa puściła się samopas, poszła swoją drogą. I zmieniła się w historię o ludziach.
Pobudka o 8-mej, śniadanie na werandzie z widokiem na jezioro, w którym odbija się tym razem nie pochmurne a błękitne jak onzetowki hełm niebo. Zamawiałem kawę, dostaję lurowatą herbatę. Za to na recepcji portier wręcza mi 10tyś rupii zwrotu – człowiek, który powitał mnie w hotelu poprzedniego wieczora, próbował mnie oskubać. Jego towarzysz z nocnej zmiany w szwindlu się połapał i wymusił na koledze zwrot nadpłaty. Zdemaskowany oszust wręcza mi pomięty banknot z szerokim uśmiechem na twarzy.