Tag Archives: Myśli

Z dala od „wielkiej powodzi” – akutalizacja

tuk tuk flood

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Przeczytałem dzisiaj, że praktycznie cała Tajlandia jest pod wodą, że Bangkok to miasto po katastrofie, gdzie ludzie dwa razy dziennie zamierają by wysłuchać hymnu państwowego by chwilę potem wrócić do umacniania wałów przeciwpowodziowych. Dlaczego w takim razie, nie martwię się, że nie będę miał dokąd wracać? Ano dlatego, że przeczytałem nieprawdę.

8.03 Gdzie kończy się Azja?

I po czym poznać, że to już Europa? Może po zmianie temperatur? Choć Pekin robił wszystko co w jego mocy, żeby oszczędzić nam szoku termicznego, ukraiński mróz i tak daje nam się nieco we znaki. A może po tym, że dopiero co zapijaliśmy pożegnalne uliczne szaszłyki najtańszym chińskim winem a dziś w głowie nam barszcze i pierogi? Czy może po tym, że dopiero co nie mogliśmy się opędzić od natrętnych spojrzeń skośnych oczu w Pekinie, a już ignorują nas obojętne spojrzenia spod futrzanych czapek w Kijowie? Ja, jak kilka miesięcy temu Indie tak i teraz Europę najmocniej czuję nosem. W zapachu kminkowego ukraińskiego chleba, w kieliszku koniaku wychylonym z ulicznym sprzedawcą pamiątek, w woni cerkiewnych kadzideł, zupełnie innej niż ta w buddyjskich pagodach.

Jednak tam naprawdę trudno dostrzec granice. Nie ma gwałtownej zmiany klimatu, nie ma szoku kulturowego. Na lotnisku w Moskwie tłum jest jeszcze przemieszany. Chińczycy, Mongołowie, Europejczycy. W samolocie do Kijowa siedzimy obok Hindusa, który z zazdrością zerka na nasz obiad. Gdy wszyscy przeżuwają standardowego kurczaka z ryżem my raczymy się kawiorem, łososiem, owocami. Wszystko dzięki temu, że jeszcze kilka tygodni wcześniej, kupując bilety w internecie wybraliśmy sobie nieco niestandardowe dania, które zjemy na pokładzie. Ewa – posiłek koszerny, ja – muzułmański. Dzięki temu jesteśmy obsługiwani w pierwszej kolejności i dostajemy lepsze jedzenie niż inni. Nie wiemy czemu, tak po prostu jest.

Zatem jesteśmy w Kijowie – mieście, które sprawia koszmarne pierwsze wrażenie. Szarość, błoto, beton. Wszędzie wokół blokowiska i dymiące kominy. Ale nie warto się zniechęcać – nasz gospodarz, Sergii z serwisu couch surfing, pokazał nam piękniejsze oblicze stolicy Ukrainy. Zabytkowe kamienice, kapiące złotem cerkwie, brukowane ulice. Ludzie opatuleni w skóry i kożuchy, kobiety w puszystych futrach, na wysokich obcasach. Tradycyjny postsowiecki kicz i bałagan idzie w parze z dynamicznym rozwojem – w oczach rośnie stadion narodowy, ulicami przemykają błyszczące limuzyny. Nie zabawimy tu jednak długo. Jutro wieczorem wsiadamy w pociąg do Lwowa. To ostatni przystanek przed powrotem do domu.