Zostaliśmy we dwoje. Kropek kończy wakacje i wczoraj o 17:00 wsiadł w autobus do Indii. Stamtąd przez Londyn wraca do domu. Przed chwilą pisał, że autobus miał kilkugodzinne opóźnienie a on sam wsiadł następnie w nie ten pociąg co trzeba i teraz zamiast cieszyć się miejscem na kuszetce, siedzi na swojej torbie podróżnej gdzieś w okolicach wagonowej toalety.
My żegnamy się z Kathmandu. Pół godziny temu zapadł zmrok, za pół godziny pewnie wyłączą prąd i ciemność stanie się nieprzenikniona. Tymczasem dzień zleciał nam na szwędaniu się po mieście i zakupach. Śniadanie w piekarni Pumpernikiel (świetne croissanty i pyszne latte), potem poszukiwanie trampek dla Ewy (znalazły się, klasyczne, granatowe) i bluzy dla mnie (z żalem pożegnałem się ze swoją kilkunastoletnią, sfatygowaną Terranovą i powitałem uszytą w Japonii bluzę z pokaźną małpą na piersi), zakupy bieliźniane (dla mnie dwie pary za ciasnych bokserek, dla Ewy para skarpet ze sztucznych włókien, zachwalanych przez sprzedawcę jako 100% cotton – łącznie 300 rupii w błoto), wyprawa wypchanym po brzegi minibusem na dworzec autobusowy po bilety na jutro, obiad w ulubionej Chińskiej knajpie (Dzięki za adres Piter, jak żeś znalazł to miejsce!? MoMo Star się chowa!) – dwie ogromne misy nudli z kurczakiem i wieprzowiną za 120 rupii sztuka. Z hostelu wyszliśmy wczesnym rankiem, wróciliśmy po zmroku. Nie było chwili nudy i chwili wytchnienia. Właśnie dlatego stolica Nepalu podoba nam się znacznie bardziej niż przez wielu zachwalana Pokhara (przeliczyłem się z tym pół godziny, światło zgasło w tej właśnie chwili). Miasto jest zatłoczone i hałaśliwe. Wszędzie trwa handel, wszędzie pełno ludzi. Na ulicach sprzedaje się owoce i warzywa, ubrania i garnki, suszone ryby, przyprawy, mięso, mydło i powidło. Ulice dziurawe i wąskie, są wiecznie zakorkowane a tych w korkach stoją też piesi. A przecież tak naprawdę dopiero dziś wyrwaliśmy się z turystycznych rejonów i zgubiliśmy w gąszczu uliczek by poczuć tętniące wokół życie.
W Nepalu byliśmy miesiąc, wspomnień nazbieraliśmy na lata.
Update: Z hotelowego pokoju wygnał nas nie tyle głód co łakomstwo. Dospacerowaliśmy do piekarni, w której po 20:00 wszystkie wypieki tanieją o połowę. Z siatką pełną rogalików i bułek z jabłkami i cynamonem powędrowaliśmy z powrotem tylko po to, żeby po drodze wstąpić do jednej z lepszych knajp w Kathmandu – Everst Steak House – i pożegnać się z miastem porządnym kawałem mięsa. Rozpływając się w zachwytach nad każdym kęsem wspaniałego gulaszu węgierskiego i wgryzając się z pasją w soczystego burgera snuliśmy plany na następną wizytę w Nepalu. Zostało tu jeszcze wiele do zrobienia.
Ale to następnym razem. Jutro wczesnym rankiem wsiadamy w autobus i jedziemy ku Indiom a tam, w Kalkucie wsiadamy do samolotu i robimy skok to Tajlandii.

























