Indie, Nepal

Nepalskie wesele w indyjskiej wiosce – vlog

W Darjeeling i Sikkim, himalajskich prowincjach Indii północno-wschodnich, króluje nepalska kultura, język i kuchnia. To właśnie stamtąd podchodzi moja dziewczyna – Jasmine. I to tam wybraliśmy się niedawno na ślub.  Continue reading

Standard
Nepal

4.12 Sami w Kathmandu

Zostaliśmy we dwoje. Kropek kończy wakacje i wczoraj o 17:00 wsiadł w autobus do Indii. Stamtąd przez Londyn wraca do domu. Przed chwilą pisał, że autobus miał kilkugodzinne opóźnienie a on sam wsiadł następnie w nie ten pociąg co trzeba i teraz zamiast cieszyć się miejscem na kuszetce, siedzi na swojej torbie podróżnej gdzieś w okolicach wagonowej toalety.

My żegnamy się z Kathmandu. Pół godziny temu zapadł zmrok, za pół godziny pewnie wyłączą prąd i ciemność stanie się nieprzenikniona. Tymczasem dzień zleciał nam na szwędaniu się po mieście i zakupach. Śniadanie w piekarni Pumpernikiel (świetne croissanty i pyszne latte), potem poszukiwanie trampek dla Ewy (znalazły się, klasyczne, granatowe) i bluzy dla mnie (z żalem pożegnałem się ze swoją kilkunastoletnią, sfatygowaną Terranovą i powitałem uszytą w Japonii bluzę z pokaźną małpą na piersi), zakupy bieliźniane (dla mnie dwie pary za ciasnych bokserek, dla Ewy para skarpet ze sztucznych włókien, zachwalanych przez sprzedawcę jako 100% cotton – łącznie 300 rupii w błoto), wyprawa wypchanym po brzegi minibusem na dworzec autobusowy po bilety na jutro, obiad w ulubionej Chińskiej knajpie (Dzięki za adres Piter, jak żeś znalazł to miejsce!? MoMo Star się chowa!) – dwie ogromne misy nudli z kurczakiem i wieprzowiną za 120 rupii sztuka. Z hostelu wyszliśmy wczesnym rankiem, wróciliśmy po zmroku. Nie było chwili nudy i chwili wytchnienia. Właśnie dlatego stolica Nepalu podoba nam się znacznie bardziej niż przez wielu zachwalana Pokhara (przeliczyłem się z tym pół godziny, światło zgasło w tej właśnie chwili). Miasto jest zatłoczone i hałaśliwe. Wszędzie trwa handel, wszędzie pełno ludzi. Na ulicach sprzedaje się owoce i warzywa, ubrania i garnki, suszone ryby, przyprawy, mięso, mydło i powidło. Ulice dziurawe i wąskie, są wiecznie zakorkowane a tych w korkach stoją też piesi. A przecież tak naprawdę dopiero dziś wyrwaliśmy się z turystycznych rejonów i zgubiliśmy w gąszczu uliczek by poczuć tętniące wokół życie.

W Nepalu byliśmy miesiąc, wspomnień nazbieraliśmy na lata.

Update: Z hotelowego pokoju wygnał nas nie tyle głód co łakomstwo. Dospacerowaliśmy do piekarni, w której po 20:00 wszystkie wypieki tanieją o połowę. Z siatką pełną rogalików i bułek z jabłkami i cynamonem powędrowaliśmy z powrotem tylko po to, żeby po drodze wstąpić do jednej z lepszych knajp w Kathmandu – Everst Steak House – i pożegnać się z miastem porządnym kawałem mięsa. Rozpływając się w zachwytach nad każdym kęsem wspaniałego gulaszu węgierskiego i wgryzając się z pasją w soczystego burgera snuliśmy plany na następną wizytę w Nepalu. Zostało tu jeszcze wiele do zrobienia.

Ale to następnym razem. Jutro wczesnym rankiem wsiadamy w autobus i jedziemy ku Indiom a tam, w Kalkucie wsiadamy do samolotu i robimy skok to Tajlandii.

Standard
Nepal

Wokół Annapurny – Dzień 15 – 66 jaków i dwa jajka (na ostro)

Po śniadaniu (tosty, jajka, kawa – niezawodny zestaw) przedpołudnie spędziliśmy na – A) Kropek: taplaniu się w basenie zasilanym przez gorące źródła, B) Ewa i ja: jedzeniu pysznej szarlotki i popijaniu herbaty. Kilkanaście godzin w Totopani tak nas rozleniwiło , że pomysł, by wyprawę kontynuować na piechotę wydawał się zupełnie niedorzeczny. Padło więc na autobus. Continue reading

Standard
Nepal

Wokół Annapurny 24.11 Dzień 14 “Kto nie ma w nogach”

Noc spędziliśmy po środku brzydkiej doliny w schronisku żywcem wziętym z Karkonoszy. W barze zabrakło cydru i brandy a w spaghetti bolognese była kapusta i grzyby co nie zmienia faktu, że smakowało dobrze.

A po nocy przyszły urodziny Ewy. Był tort w łóżku (w postaci naleśnika z jabłkami i miodem), prezenty przy śniadaniu (targane jeszcze z Kathmandu). A potem ruszyliśmy, w najkrótszą jak dotąd trasę – paręset metrów za wioskę, na przystanek autobusowy. Sama wioska, Lajrung, nie wyróżnia się niczym specjalnym poza tym, że ulubioną rośliną ogrodową jej mieszkańców jest marihuana. Natomiast pomysł, by trekking zamienić nad bus ride rodził się w bólach wywoływanych przez zakwasy na przestrzeni minionych kilku dni.

Na autobus nie trzeba było długo czekać. Po krótkich negocjacjach (cena błyskawicznie spadła z 1000 za osobę do 1000 za 3 osoby) siedzieliśmy na pozornie wygodnych, ostatnich fotelach. Pozornie, bo gdy tylko ruszyliśmy nasze ciała oparły się, by za wszelką cenę pokazać grawitacji, że mają ją za nic, przy czym każde ponowne spotkanie z fotelem oznaczało dla nas kolejną dawkę bólu i postękiwań. Nic zresztą dziwnego – droga wyglądała tak, że nie jeden samochód terenowy miałby problemy z przeprawą. A tu proszę, autobus pełen ludzi. A czasem nawet dwa, każdy o szerokości 3 m mijające się na drodze o szerokości 5,5 m, nad przepaścią. Najważniejsze jednak, że ze śpiewem na ustach i Jezusem w sercach dojechaliśmy do celu czyli do wioski Totopani.

Kilka godzin wcześniej były połacie kamieni i okazjonalny krzaczek a tu – drzewka pomarańczowe, bananowce, kwitnące krzewy i pokrzykiwania małp. Totopani okazało się jednym z przyjemniejszych miejsc na trasie – pyszne jedzenie, pyszne widoki i pyszna pogoda. Aż chciałoby się zostać dłużej.

Standard
Nepal

Wokół Annapurny 23.11 Dzień 13 “Krok w bok”

Wygląda na to, że Marpha to jabłkowa stolica Nepalu. Jej mieszkańcy trudnią się tłoczeniem soku z jabłek (przy pomocy maszyn, które dostali w prezencie od Niemców) a następnie przerabianiem go na cydr i brandy. Przy okazji powstają też szarlotki, jabłkowe chipsy, jabłkowe zupy, herbaty, a nawet momo z jabłkami. Same jabłka są tu słodkie, twarde i po prostu pyszne – a piszę to ja, uczulony na jabłka i za nimi nie przepadający.

Jeśli zaś idzie o treking to ruszając w trasę dziś rano (uprzednio posiliwszy się świeżym sokiem, oczywiście jabłkowym) postanowiliśmy nie słuchać przewodnika i wybrać swoją drogę. Pomysł ten wpadł nam do głów dzień wcześniej, gdy zobaczyliśmy, że trasa “oficjalna” biegnie wzdłuż drogi publicznej. Dlatego zamiast iść trasę sprawdzoną, przy pierwszej okazji przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki, wzdłuż której wędrujemy od paru dni i ruszyliśmy w nieznane. Warto było wykonać ten krok w bok. Zamiast zakurzonej drogi, po której co chwila przemykają samochody terenowe i autobusy mieliśmy iglaste lasy, szumiące strumienie, łączki, wierzby i inne cuda. To co miało być jednym z brzydszych etapów wędrówki okazało się jednym z ładniejszych. Ukoronowaniem dnia była wizyta w ukrytej na szczycie góry wioseczce. Ani pół guesthouse’u, nawet śladu restauracji, tylko kamienne domki, sady pełne jabłoni i oszałamiające widoki.

Z czasem niestety musieliśmy wrócić na główną trasę a ta zupełnie nie zachęca do dalszej wędrówki. Usłana kamieniami zakurzona droga i nudny już widok na niemal wyschnięte koryto rzeki. Możliwe, że aby nie tracić czasu, jutro poszukamy jakiegoś szybszego sposobu dotarcia na dół, zwłaszcza po tym jak nasłuchaliśmy się ile atrakcji czeka na nas w Pokharze. Każdy dzień tutaj jest cenny.

Standard
Nepal

Wokół Annapurny 22.11 Dzień 12 “Szarlotkowy szlak”

Nie spieszno nam było wyruszać z Kagbeni. Po śniadaniu w postaci wegetariańskich burgerów z jajkiem wybraliśmy się na kawę do miejsca, w którym dzień wcześniej jedliśmy świetną zupę cebulową. Niestety latte i cappuccino okazały się ledwie pijalne, croissant zrobiony był z ciasta drożdżowego a w bułce z cynamonem ciężko było znaleźć cynamon. Zawiedzeni w końcu ruszyliśmy w drogę, przy czym już po kilku minutach straciliśmy orientację w terenie. Po chwili błądzenia trafiliśmy do niemal wyschniętego o tej porze roku koryta rzeki a nim z powrotem na właściwą trasę.

I był to chyba najmniej ciekawy etap trekkingu. Trasa usłana kamieniami, widoki z początku piękne z czasem stały się monotonne (niemal cały czas szliśmy wzdłuż rzecznego koryta) a do tego hulający lodowaty wicher. Do urokliwej wioski Marpha dotarliśmy mocno zmęczeni.

Ale nie pozwólmy minusom przysłonić plusów. Do tych drugich zaczyna zaliczać się jedzenie. Jeszcze niedawno pisałem, że jesteśmy nim rozczarowani, i rzeczywiście po drugiej stronie przełęczy posiłki był często ledwie jadalne. Tutaj to zupełnie inna historia. Właście wróciliśmy ze świetnej szarlotki z polewą budyniową, na obiad było wyborne spaghetti z boczkiem, na temat zupy cebulowej i vegburgerów nie będę się powtarzał. Wspinając się na przełęcz zrzuciliśmy po dobrych parę kilo. wygląda na to, że szybko je odrobimy.

Update: I to szybciej niż myślałem. Właśnie wróciliśmy z kolacji. Fantastyczny stek z jaka z frytkami, ciasto marchewkowe, pudding czekoladowy, cydr jabłkowy, bimber morelowy. Pod stołem wiadro z rozżarzonym węglem, na stole karty. Absolutna perfekcja.

Standard