Nepal

W domu Dona

Z 4 godzin zrobiło się 6. Do Dumre dotarliśmy o 23:00 . To nie najlepsza pora na wizytę na takim odludziu. Wiatr rozrzucał śmieci po jedynej tamtejszej ulicy, gdzieś za rogiem przy ognisku grzało się kilku tubylców. Z latarkami w dłoniach zaczęliśmy szukać noclegu. Po chwili towarzyszyła nam już całą grupka tutejszych. Niestety, w żadnym z trzech guesthouseów nie było miejsc. Nie pomogły prośby, walenie pięścią w blaszane ściany – zostaliśmy bez dachu nad głową. Ale nie na długo – po chwili jeden z towarzyszących nam Nepalczyków zaproponował nam nocleg w swoim jak to ujął “małym domku”. Na imię miał Don.

Po krótkim spacerze dotarliśmy do małego domku Dona, który okazał się skleconą z byle czego szopą. W środku, w maleńkiej izbie na prowizorycznym łóżku spała żona Dona z niemowlakiem, a na ziemi dwójka jego dzieci. Obrazu dopełniało stadko kóz hasające gdzie popadnie. Dla nas też znalazł się kawałek podłogi, na którym legliśmy wdzięczni Donowi, że w ogóle mamy gdzie spać. Zasnęliśmy wsłuchując się w piszczącą w kątach biedę.

O 6-tej rano obudziło nas pianie koguta. Pożegnaliśmy Dona wkładając mu do kieszeni 500 rupii i zaczęliśmy rozglądać się za autobusem. Zasięgneliśmy tu i ówdzie języka i po chwili, żując gumę bananową mknęliśmy do Besisaharu.

Standard