Dziwne to Ooty. Jak dotąd chyba najmniej egzotyczne. Z kilku powodów. Mniej tu tłoku i mniej hałasu. Mniej bezpańskich psów na ulicach. Wokół zupełnie inna zieleń. Nie tak jaskrawa, palmiasta jak dotąd, raczej ciemniejsza, bardziej swojska. Byliśmy nawet w sosnowym lesie żywcem wziętym z Podkarpacia (nie licząc bujających się na gałęziach małp). W tutejszych zieleniakach zamiast papai i kokosów królują ziemniaki, marchew i jabłka. Jak w domu.
W Ooty zaliczyliśmy jeden treking (a raczej długi spacer) i jedną wycieczkę autokarową. Na spacer wybraliśmy się z poznanym na Goa Izraelczykiem. Za cel obraliśmy sobie jeden z pobliskich wodospadów. Niestety okazało się, że szlak niemal w całości wiedzie publiczną drogą, z której co chwila musieliśmy uciekać, kryjąc się przed pędzącymi z dołu i z góry autobusami. Co gorsza sam wodospad okazał się ściekiem. Naprawdę rajski krajobraz był doszczętnie zasypany śmieciami i śmierdział niemiłosiernie. Ale wyprawa nie była całkiem nieudana – mijane po drodze pola herbaty były fantastyczne a filiżanka czaju zaraz obok plantacji smakowała wyśmienicie.
Na drugi dzień zapłaciliśmy 200 rupii za autokarową objazdówkę po okolicach. Ogólnie – bez rewelacji. Wspomniany już wcześniej las sosnowy (widać dla hindusów jest to atrakcja taka jak dla nas palmy) kilka lokacji, gdzie kręcono sceny z wielu południowo indyjskich filmów, całkiem przyjemny wodospad, nudnawa wycieczka motorówką po jeziorze i na deser półgodzinne safari w pobliskim parku narodowym. I mimo, że oglądając pawie i sarny z za szybki busa czuliśmy się jak najgorszy sort turystów to jednak widok słonia w naturalnym środowisku poprawił nam humory. Na dokładkę odwiedziliśmy jeszcze elephant camp by wreszcie po 1,5 h szalonej jazdy autokarem po nieoświetlonych, górskich drogach trafić z powrotem do naszego brzydkiego pokoiku bez prysznica.
A teraz znowu w autobusie. Jedziemy do Mysore. Tam spotykamy się z Maćkiem B. i razem jedziemy zwiedzać pobliskie wsie.
Update: Już w Mysore. Pokoik za 300 rupii. Maciek B. rzut kamieniem od nas walczy z kłopotami żołądkowymi. Wieczór spędziliśmy na szukaniu lekarza dla mnie. Znaleźliśmy. Za 100 rupii pani doktor zmierzyła mi temperaturę i przypisała leki. Zaraz je biorę (tylko skończę jeść sałatkę owocową) i żegnam się z chorobą.

























