Inna plaża

Hua Hin Beach

Jeszcze w piątek potrafiłem wymienić tylko jeden powód by wybrać się na weekend do Hua Hin – leży ono niedaleko od Bangkoku. W niedzielę wieczorem miałem tych powodów o kilka więcej.

Nadmorska miejscowość Hua Hin leży zaledwie 2 godziny jazdy autobusem od stolicy Tajlandii. Ta lokalizacja sprawia, że chętnie odwiedzają je stołeczni weekendowicze…i nie tylko. To tam przed wielką wodą kryła się spora część bangkockich powodzian. I to tam postanowiłem spędzić minione 2 dni.

Pierwszą myślą jaka dopadła mnie gdy wędrowałem ulicami Hua Hin w poszukiwaniu noclegu było – zawrócić i jak najprędzej się stąd ewakuować. Otoczenie wyjątkowo nieciekawe – dziesiątki barów i sklepików z badziewiem,szyldy po niemiecku i rosyjsku, kiełbasa z rusztu, wata cukrowa i przechadzające się wśród tego mrowie pomarszczonych od słońca turystów. Krótko mówiąc – nadmorski klasyk. To właśnie ten klimat sprawia, że rzadko wybieram plażowe kurorty jako cel wakacyjnych podróży.

Ale zawrócić nie mogłem, nie byłem w Hua Hin sam. Towarzyszyła mi Jasmine, jej Mama oraz małoletni siostrzeniec. Tęskniąc trochę za swobodą samotnego podróżowania ruszyłem więc dalej przed siebie. I dobrze, że ruszyłem. Dwa, może trzy zakręty dalej zaszedłem z głównej ulicy i trafiłem na tajskie osiedle.

old friends in Hua Hin

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

cats in Hua Hin

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

Uliczki tak wąskie, że nie przejezdne dla samochodów, niska zabudowa, tajska codzienność na wyciągnięcie ręki. W takich miejscach ludzie nie kryją się za antywłamaniowymi roletami, parkanami, strażniczymi budkami. Tu życie toczy się na widoku i bardzo, bardzo powoli. Pranie schnie na sznurach, koty drzemią w południowym słońcu,  ukryci w cieniu swoich drewnianych chat staruszkowie oglądają telewizję na wysłużonych  odbiornikach, dzieciaki ganiają za piłką.

Hua Hin side street

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

Jednocześnie trwa praca – grupa przykucniętych w cieniu blaszanej wiaty Tajów oprawia ryby dopiero co przywiezione z kutra, z miniaturowych zakładów krawieckich dobiega rytmiczny warkot maszyn do szycia, pralnia roztacza wokół zapach krochmalu i kłęby pary. Łatwo tu zapomnieć, że dwie przecznice dalej panuje turystyczny rozgardiasz, w Starbucksie leje lurowata kawa, w menu na gości czekają hamburgery i hot dogi. Ten świat choć tak bliski, jest tu kompletnie nieobecny.

Seamstress in Hua Hin

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

sorting fish in Hua Hin

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

To taka Tajlandia w miniaturze. Wielu narzeka, że to kraj skomercjalizowany, zadeptany przez turystów, nie wart uwagi prawdziwego podróżnika. Wystarczy jednak o kilka kroków oddalić się od głównego turystycznego szlaku by znaleźć to co niektórzy nazywają „prawdziwą Azją

No dobrze, ale jesteśmy nad morzem, czas więc wybrać się na plażę. Szkoda tylko, że za plażą nie przepadam. Irytuje mnie włażący gdzie nie trzeba piach, żar, przed którym nie ma się gdzie skryć i nuda nicnierobienia. Innego zdania był Atu, wspomniany wcześniej sześcioletni siostrzeniec Jasmine. Atu całe dotychczasowe życie spędził w cieniu Himalajów, w północno indyjskim Sikkim. To miało być zaś jego pierwsze spotkanie z plaża i z morzem.Tego dnia jednak nie tylko Atu zobaczył coś po raz pierwszy. Również i moje plażowanie obfitowało w nowości. Pierwsza niespodzianka czekała już przy samym wejściu na plażę – tam gdzie zazwyczaj można znaleźć prysznic, pod którym można opłukać się z piachu i słonej wody stał kamienny pojemnik, przy nim stos plastikowych miseczek i pani zbierająca od wychodzących z plaży turystów 5 Baht opłaty za możliwość obmycia stóp. Dalej było tylko ciekawiej. Najbardziej rzucającym się w oczy elementem plażowego krajobrazu w Hua Hin są…konie. Przejażdżki konne po plaży to lokalna specjalność. Zapomnijcie jednak o cwale w świetle księżyca, wodzie tryskające spod tętniących w galopie kopyt rumaka. Bardziej przypomina to przejażdżkę na kucyku na jaką wybrałem się jakieś 25 lat temu w Międzyzdrojach.

Horseback riding in Hua Hina

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

fruit vendors

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

fish for tom you

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

Niezainteresowany takimi atrakcjami poszedłem dalej by zgubić się w tłumie plażowych sprzedawców owoców, poszukiwaczy skarbów skanujących piach wykrywaczami metalu w poszukiwani monet i zgubionej przez turystów biżuterii, uzbrojonych w swoje smartophoney i ipady tajów pstrykających pamiątkowe fotografie.  Moją uwagę stojący po kolana w wodzie facet zarzucający w fale niewielką sieć. Zapytany  o cel swoich połowów odparł, że łapie małe rybki z których następnie przyrządzi Tom Yum w jednej z pobliskich knajp. Więcej dowodów na to, że owoce morza są w Hua Hin świeże nie potrzebowałem.

O tym, że są nie tylko świeże ale i tanie przekonałem się 2 godziny później podczas wizyty na jednym z największych nocnych marketów jakie widziałem w Tajlandii. Obok dziesiątków stoisk z t-shirami, tanią biżuterią, DVD z filmami, których nawet jeszcze nie ma w kinach (eat this ACTA!) w lodzie chłodzą się kraby i homary, na grillach dochodzą kałamarnice i tłuste ryby. Na naszym stole wylądował koktajl z krewetek, kałamarnica z bazylią, grillowane przegrzebki, Pad Thai z owocami morza i kurczak z nerkowcami (to ostatnie danie na wszelki wypadek, gdyby morskie jadło nie smakowało wychowanemu na pierożkach momo i placuszkach roti Atu – Nie potrzebnie – smakowało mu wszystko). Rachunek wyniósł 650 Baht. Z piwkiem.

fish on a market

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

market fish

fot. Maciej Klimowicz. Click to enlarge.

W Hua Hin kuszą mnie jeszcze majaczące  na horyzoncie wzgórza, położona w pobliżu miasteczka winnica. Wygląda na to, nawet miejsca na pozór odstręczające mogą ukazać swoje inne, ciekawsze oblicze.  Dlatego  zamiast odhaczyć Hua Hin na liście miejsc do zaliczenia, dopisuję je do listy miejsc do odkrycia.

Kilka zdjęć z Hua Hin znajdziecie w galerii Instagram klikając w miniaturowy slideshow „Live form BKK” po prawej stronie. Galeria wysokiej jakości już wkrótce w dziale Fotografia. Aby jej nie przegapić polub Skok W Bok na Facebooku i zapisz się na skokowy newsletter!

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog. Cze­kam też na wasze komen­ta­rze oraz maile z pyta­niami i suge­stiami. Z góry dziękuję!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...
  • valdi

    Bardzo fajny wpis – widać też z niego, że pewnie się wesele Twoje niedługo szykuje skoro wspólna wycieczka z przyszłą „teściową”.

    • http://www.skokwbokblog.com/ Maciej Klimowicz

      Na razie skupmy się na tym co czarno na białym a nie tym co między wierszami ;)

      • Kacper Tylenda

         omg :)

  • Konzi

    W Hua-Hin jest jeszcze coś: najlepsze Kathoey Show jakie kiedykolwiek widziałem.

    • http://www.skokwbokblog.com/ Maciej Klimowicz

      A dużo ich już widziałeś. Ja jeszcze żadnego. Trochę z generalnego braku zainteresowania szeroko pojętym „Show”. Dlaczego warto? 

  • Anna K Maj

    Mam zupełnie inne doświadczenie, jeśli chodzi o konną przejażdżkę w Hua Hin. Bez problemu dogadaliśmy się (ja i mój mąż) z właścicielami koni i uzgodniliśmy, że chcemy sami jechać (a nie być prowadzeni) – oboje jeździmy konno, więc innej opcji nie braliśmy pod uwagę. Dostaliśmy dwa sympatyczne małe koniki i jak najbardziej doświadczyliśmy samodzielnych galopów przy świetle zachodzącego słońca. Nie skończyło się też na wodzie lekko tryskającej spod końskich kopyt. Okazało się, że panowie nie uprzedzili nas, że o tej porze jest przypływ i plaża po prostu w którymś momencie znikła. Woda sięgała zabudowań, murów okalających plażę. Nie zrażeni jechaliśmy dalej. Trochę zaczęłam się bać, gdy woda sięgała koniowi do kolan, a koń zaczął się bać, gdy woda sięgnęła moich kolan. Udało mi się jednak przekonać go do dalszej jazdy i przejechaliśmy plażę do końca – czyli do świątyni i posągu Buddy, który się tam znajduje. Takiej przygody z koniem nie przeżyłam nigdzie indziej. Polecam osobom, które jeżdżą.

    • http://www.skokwbokblog.com/ Maciej Klimowicz

      Brzmi genialnie. Kolejny powód by się tam jeszcze wybrać. Możesz napisać ile was ta przyjemność kosztowała?

      pozdrawiam,

      • Anna K Maj

        O ile dobrze pamiętam, 700 bahtów od osoby. Jazda trwała ok. godzinę, może trochę więcej.

        • http://www.skokwbokblog.com/ Maciej Klimowicz

          Dzięki za info. Brzmi całkiem rozsądnie bo taka przejażdżka to musi być coś. Wiem jak to jest pomykać konno w świetle księżyca ale nie próbowałem jeszcze na plaży. Może nadarzy się okazja.

          Pozdr!