Welcome back
Nad głową warczy wiatrak, na parapecie w puszka coli w zatrważającym tempie zmienia się z lodowatej w ledwie letnią, za oknem powietrze tak gorące, że niemal płynne. Dotarłem na miejsce.
Podróż zacząłem w pociągu z Wrocławia do Poznania, potem, opędziwszy się od dworcowych meneli łasych na moje 50gr dotarłem taksówką na lotnisko Ławica a stamtąd poleciałem do Frankfurtu. Jeszcze kilka godzin przechadzania się po frankfurckim porcie lotniczym i już siedziałem w wypchanym po brzegi niemieckimi emerytami samolocie linii Condor. Miejsce dostałem niezłe, ze sporą ilością przestrzeni na moje długie i jeszcze blade nogi. To prezent od obsługującej mnie przy odprawie Polki, która już po kontroli bagażu wezwała mnie do siebie przez lotniskowy megafon i wręczyła nowy, bilet z lepszą miejscówką. Miły gest na pożegnanie.
Pamiętam, że gdy wylatywałem do Indii przy checkinie również gadałem po polsku. Tym razem na odprawie się nie skończyło – kilkanaście godzin spędzonych w samolocie umilałem sobie rozmową z Aśką z Hajnówki, która podobnie jak ja podróżowała z biletem w jedną stronę w kieszeni i w przeciwieństwie do mnie - z obłędną ilością bagażu. Dziewczyna na statkach rejsowych opłynęła pół świata a w samej Tajlandii mieszkała niemal pół roku, więc było o czym gadać popijając cienkie jak barszcz czerwone wino i absurdalnie drogi gin z tonikiem.
Rozmowa może toczyłaby się dalej już na ziemi gdyby nie brutalna interwencja tajskich służb granicznych, które nie do końca umiały poradzić sobie z faktem, że w ciągu dwóch lat drugi raz jestem w Tajlandii na zupełni innym paszporcie. Ileż było biegania, sprawdzania, przeczesywania baz danych! Celnicy pokazali mi nawet zdjęcie, które zrobili mi w grudniu 2009 roku n lotnisku w Bangkoku – to naprawdę dziwne uczucie zobaczyć, że jest się już gdzieś skatalogowanym, opisanym i dostępnym w odległości jednego kliknięcia myszą. Najważniejsze jednak, że po kilkudziesięciu minutach nerwów usłyszałem przeprosiny za całe zamieszanie i przekroczyłem granicę. Z za pleców dotarło do mnie jeszcze roześmiane „Welcome back sir”
Potem jeszcze krótka wizyta przy Bankomacie, kilka uprzejmych ale stanowczych „No Thank You” w kierunku roju taksówkarzy, który dopadł mnie przy wyjściu z lotniska i już siedziałem w Autobusie do Pukhet Town. Na miejscu, po krótkim spacerze w dowolnie wybranym kierunku zarezerwowałem miejsce w dormitorium pierwszego napotkanego Hostelu.
Zatem jestem, skołowany, wymęczony zmianą czasu, najedzony tajską zupą i rozluźniony zimnym Changiem. Po niepełna półtorarocznej przerwie wróciłem do Tajlandii.
*Ciekawe? Dobrze napisane? Pomocne? Kliknięcie w jeden z przycisków “share” pod artykułem to najprostszy i najlepszy sposób by docenić wysiłek jaki wkładam w tworzenie tej strony i pomóc w rozwoju Skok W Bok Blog. Czekam też na wasze komentarze oraz maile z pytaniami i sugestiami. Z góry dziękuję!


























Pingback: Rok w Bangkoku czyli diabeł tkwi w szczegółach