Inspiracje, Phuket

Co u mnie słychać – wydanie drugie i pół, poprawione i uzupełnione

Od kiedy napisałem pierwsze „co u mnie słychać” minęły raptem 3 miesiące. Mało? Wystarczająco, żeby zmieniło się niemal wszystko.

Pisałem kiedyś, że zmiany są zawsze na lepsze. Wciąż w to wierzę, mimo że zmiany, które nastąpiły w moim życiu w ciągu ostatnich trzech miesięcy, do przyjemnych nie należały. Ale w tych zmianach na lepsze, bardziej od tego co zmienia się w co, chodzi o to jak tę zmianę przyjmujemy, jak sobie z nią radzimy. A ja staram sobie radzić jak najlepiej i  z podniesioną przyłbicą podejmować wyzwania rzucane przez los. Los zaś rzucił mi ostatnio dwa wyzwania.

Magazyn

Magazyn lajfstajlowy , który założyłem i od jakichś dwóch lat  prowadziłem z dwiema koleżankami na Phuket, niestety pada. Długo by wyjaśniać dlaczego, ważne że koniec końców zaczęło brakować pieniędzy – reklamodawcy się nie zmaterializowali w dostatecznych ilościach, inwestor się wycofał i kaplica. Było miło, nawet bardzo – ekskluzywne restauracje, luksusowe hotele, podróże, imprezki…no i to co lubię – pisanie. Niestety, było miło, ale się skończyło. Zostałem bez pracy.

A zostać bez pracy w Tajlandii to nie lada kłopot, bo bez pracy znaczy też bez wizy. W chwili gdy utraci się pozwolenie na pracę, traci się też pozwolenie na pobyt i w ciągu 24 godzin (!) należy opuścić kraj. Nie ważne czy w Tajlandii mieszkasz miesiąc, pięć lat czy lat 50, czy masz tu dom i rodzinę, masz się pakować i wyjeżdżać.

Tak też chciałem zrobić, wsiałem więc w samochód i pojechałem 5 godzin na północ od Phuket, do Ranong, by tam łódką wyskoczyć do Birmy i od razu wrócić do Tajlandii ze stemplem na pobyt 30-o dniowy, co dałoby mi czas by wszystko tu ogarnąć. Niestety, jakieś formalności nie zostały dopełnione i zatrzymano mnie na granicy. 5 godzin jazdy z powrotem na Phuket i wizyta w urzędzie imigracyjnym, gdzie okazało się, że fakt, że chciałem opuścić kraj się nie liczy, liczy się, że go nie opuściłem więc muszę zapłacić karę za overstay – na szczęście nie wysoką, 1000 thb za dwa dni. Do tego 2000 thb za siedmiodniowe przedłużenie pobytu, kasa wydana na paliwo do Ranong, kasa na bilet lotniczy do Kuala Lumpur gdzie poleciałem kilka dni później by wrócić z owym upragnionym 30-o dniowym stemplem…krótko mówiąc, dużo kasy za marne rezultaty. A płacić dużo kasy kiedy się nie ma pracy to bardzo nieprzyjemne. Koniec końców wydałem na to wszystko jakieś 10 tyś THB i na chwilę obecną jestem w Tajlandii na 30-o dniowym zwolnieniu wizowym z lotniska.

Szkoda magazynu, szkoda. Był piękny i co ważne był własny. Tyle w tym wszystkim dobrego, że dałem z siebie wszystko jeśli chodzi o pisanie, a tych dwóch lat doświadczenia jako redaktor naczelny nikt mi nie odbierze.

No i jeszcze jeden plus – na braku magazynu zyskał też….Skok w Bok! Stali czytelnicy na pewno zauważyli, że po wielu miesiącach ciszy nagle posypały się tu teksty. Do niedawna całą swoją pisarską wenę zużywałem na magazyn, a teraz, skoro magazynu już nie ma, przelewam myśli na Skok.

Szkoła

Jakby mało było padającego magazynu, pada też szkoła. A konkretnie nie tyle pada z powodów biznesowych, co wkrótce pewnie zostanie zamknięta z powodów proceduralnych. Okazuje się, że kupując akcje spółki stojącej za szkołą, wpakowaliśmy się w niezły bajzel. Już kilka tygodni po podpisaniu kontraktu zaczęły wychodzić na wierzch różne biurokratyczne kłopoty w jakie zawiedli szkołę jej poprzedni właściciele – niezapłacony VAT, niepoprawnie zarejestrowana spółka, skonfliktowany ze spółką dyrektor itd. Ludzie, z którymi weszliśmy w spółkę po 4 miesiącach zabrali swoją kasę i wycofali się z biznesu – my walczyliśmy dalej, do teraz. Mimo wielu prób i starań, nie udało nam się naprawić tego, co było w strukturze firmy zepsute, od oryginalnych właścicieli nie dostaliśmy należytego wsparcia, i koniec końców pewnie spotkamy się w sądzie. Rozkosznie.

Ale znowu, tego doświadczenia w prowadzeniu własnej szkoły oraz użeraniu się w biurokracją nikt nam nie odbierze, i może uda nam się je spożytkować w przyszłości. Na to liczymy i w tym kierunku robimy nieśmiałe plany.

Co dalej?

Jeszcze nie wiemy, na razie rozmyślamy, wymyślamy, marzymy. Ja szukam nowej pracy na wyspie, Jasmine musi dociągnąć semestr do końca a potem zdecydować co chce robić dalej, stoimy przed wielką niewiadomą.

Na szczęście życia nauczyło nas nie bać się tych niewiadomych – wręcz przeciwnie, nawet się nimi cieszymy! Takie momenty to dla nas zawsze chwile ogromnej inspiracji, motywacji by zrobić coś nowego, coś świetnego. Bardziej od tego co będzie, uwiera nas to co było – niezamknięte sprawy, które ciążą nam jak balast. To z nimi musimy się szybko uporać by pofrunąć na nowe wyżyny.

Czy będzie to na Phuket, w Tajlandii czy gdzieś zupełnie indziej – to się okaże. Wszystko jest możliwe – czy to nie brzmi wspaniale?!

Update

Są nowiny! Za mało, na nowy wpis ale dość na update. Jakie nowiny? Jest praca!

Rozsyłanie CV do potencjalnych pracodawców na Phuket zacząłem jakieś 2 tygodnie przed publikacją tego wpisu. Początkową szukałem tyko na Phuket z opcją na poszerzenie rewiru o Bangkok i inne gdyby na wyspie się nie udało.

Próbowałem głównie, ale nie tylko, w działach marketingu hoteli – bez skutku, wygląda na to, że tam potrzebne jest doświadczenie w branży, którego mam niewiele – inna sprawa, że aplikowałem na stanowiska managerskie, z pensjami grubo ponad 100 tyś baht miesięcznie.

Koniec końców trafiłem kilka fuch freelancerskich, odnowiłem kilka kontaktów ale pracy jak nie było tak nie było. Aż wreszcie pewnego pięknego popołudnia znajomy dziennikarz wysłał mi maila – w magazynie takim i owakim szukają redaktora.

Na rozmowie kwalifikacyjnej okazało się, że nie zwykłego redaktora, a naczelnego, czyli takiego jakim byłem w poprzednim magazynie. 10 minut później miałem pracę.

I oto jestem redaktorem magazynu RL Phuket. Magazynu po angielsku rosyjsku (odpowiadam za cześć angielskojęzyczną), cenionego, bo z 10-o letnią historią na wyspie. Pensja jest ok, wiza też będzie, pracować mogę gdzie chcę, bez potrzeby zjawiania się w biurze, no i mam dostęp do tego wszystkiego za co lubię pracę w mediach – ludzi, eventów i kolacji w dobrej knajpie od czasu do czasu. No i najważniejsze, dalej zarabiam tym co robić lubię i umiem – pisaniem.

Magazyn jest jaki jest, sporo trzeba tam poprawić, co traktuję jako sporą szasnę zrobienia z nim czegoś nowego i wywindowania go na nowy poziom. Dawno tak ochoczo nie wstawałem rano do pracy!

Standard

22 thoughts on “Co u mnie słychać – wydanie drugie i pół, poprawione i uzupełnione

  1. Stefan says:

    Trza orać – ino się nie poddawać :).
    Pod górkę/problemy do rozwiazania sa niedłacznymi fragmentami życia.
    Tego mam zamiar nauczyć córkę, radzenia sobie z przeciwnościami – a nie obrażania się na nie, czy udawania ze ich nie ma. Bo to że będa nie podlega dyskusji.

    Trzymam kciuki! 🙂

  2. Maciek, co Ci mogę powiedzieć… trzymaj się tam mocno! Przez ostatnie 2 lata, kiedy to podróżowaliśmy po świecie z moją żoną, dyskretnie podglądałem Twojego bloga i sam zastanawiałem się, czy nie warto byłoby na jakiś czas zostać np. w Tajlandii. Jak widać na Twoim przykładzie – nawet tam nie jest tak różowo, jakby się mogło wydawać. Teraz „na świeżo” znów jesteśmy w PL i także zastanawiamy się, co dalej…

    Wierzę jednak w to, że i u nas i u Was wszystko się dobrze ułoży i za jakiś czas z tych „problemów” będziemy śmiali. Innej opcji nie ma. Powodzenia!

    • No jasne, że Tajlandia to nie kraina mlekiem i miodem płynąca, gdzie wystarczy usiąść po palmą i czekać aż kokosy nam zaczną spadać na głowę 😉 Normalne życie tu jest, tylko trochę może cieplejsze, barwniejsze, ciekawsze i często – lżejsze. Raczej nigdzie się stąd nie ruszamy, przynajmniej tak kombinujemy, żeby się nie ruszać. Dzięki za dobre myśli, pozdrawiam!

  3. Diana says:

    Macie fajna filozofię życiową i ogromny potencjał energetyczny. Na bank wykorzystacie te trudne doświadczenia w bardzo kreatywny sposób. Powodzenia!

  4. Xxx says:

    Czyli po kilku latach spędzonych w Tajlandii, wychodzi na to, ze zaczynasz od zera. Oczywiście zawodowo, bo faktem jest,ze znalzles tam swoją połówkę, z która masz dziecko.
    Pa,witaj, Polska to piękny kraj, nie taki dziki, mimo opisywanych nie raz tragedii.
    Życzę powodzenia.

  5. rafraf says:

    Planuje iść podobną drogą, mimo przeciwności które naptykam. Piona za wpisy i możliwość uczenia sie na Twoich doświadczeniach. Szacun za otwarte pisanie o oczekiwaniach finansowych, niebawem też stane przed pytaniem: „ile chcesz zarabiać” 😀

  6. „No i najważniejsze, dalej zarabiam tym co robić lubię i umiem – pisaniem.” – i to jest chyba najważniejsze, robić to, co się lubi i mieć z tego pieniądze. Fantastycznie, że po takich przebojach znowu masz pracę, no i wizę. Trzymam kciuki na rozwój sprawy i czekam na kolejny wpis 🙂

  7. No to fajne wieści 🙂 coś podobnego u mnie, tyle że jestem na etapie szukania pracy 🙂 Najważniejsze, że żonkę mam przy sobie i jesteśmy razem !!! reszta to reszta, która zawsze razem jest piękna. Powodzenia w redagowaniu 🙂 marzy mi się podobne zajęcie, miałem propozycję redagowania we Francji, ale jakoś Europa nie może mnie przekonać. Jak widać na wielu przykładach życiowych – trzeba być wytrwałym i dążyć do celu !!! Brawo Ty

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *