Wiek wielkich odkryć

Wydawało by się, że w czasach satelitów, dronów I Google Street View, odkrywcy nie bardzo mają już czego szukać. Nic bardziej mylnego.

Kiedyś podróże miały sens. Kiedyś podróże naprawdę oznaczały wyprawę w nie znane. W miejsca nie oznaczone na mapie. Jak wielkie musiało być podniecenie marynarzy, żeglujących na azymut, w kierunku krawędzi dysku jakim przed wiekami jawiła się ziemia. Jak ekscytujące musiało być przemierzać dżunglę, pustynię i sawannę nie mogąc wcześniej przeczytać w Wikipedii co czeka w krzakach i zerknąć na mapie, którędy wiedzie najkrótsza droga.

A dziś? Dziś przecież nie wychodząc z domu można spacerować po wszystkich miastach świata, dziś GPS jak za rękę przeprowadzi nas przez największe chaszcze. Dziś nie bardzo można się nawet pochwalić, że objechało się świat dookoła na rowerze albo wspięło na Everest bo zaraz okazuje się, że zrobił to już ktoś inny – na hulajnodze a inny ktoś wszedł na Everest tyłem i bez trzymanki. Poprzeczka niesamowitości wisi coraz wyżej.

Skoro więc cały świat jest już odkryty a bicie kolejnych rekordów zaczyna się ocierać o granicę niemożliwości i absurdu – po co podróżować? Czy jest w ogóle sens wychodzić z domu? Jest! Dziś rano przekonali mnie o tym…australijscy naukowcy. Oto ekipa badaczy z Uniwersytetu w Sydney wybrała się do kambodżańskiej dżungli. Uzbrojeni w lasery i inne gadżety przeczesywali gęsty las, ledwie 40 km od miejsca gdzie każdego dnia chordy turystów zadeptują okolice Siam Reap.

Przeczesywali, przeczesywali i…znaleźli! Skryta wśród zieleni czekała na nich Mahendraparvata – starożytne miasto 350 lat starsze niż słynne świątynie Angkor!  Co ważne, czekało na nich nie tknięte ludzką ręką od setek lat, nie zadeptane przez turystów, nie ograbione przez kolonialnych grabieżców. Czekało tak niczym uosobienie zasady„najciemniej pod latarnią” – rzut kamieniem od jednej z najpopularniejszych miejscówek w Azji. Badacze już odnaleźli moc nowych (znaczy się – bardzo startych) świątyń, ślady kanałów-dróg, bogato zdobioną jaskinię. A to przecież dopiero początek badań tego znaleziska. Myślę, że gdyby taka historia dotarła do moich uszu gdy przed laty zastanawiałem się na wyborem kierunku studiów, na listę potencjalnych kandydatów trafiłaby archeologia (dla motywacji po raz n-ty obejrzałbym trylogię Indiany Jonesa i dziś biegałbym wśród ruin w kapeluszu i z i biczem przypiętym do pasa.)

Wygląda więc na to, że na świecie jest to i owo do wykopania, wydarcia dżungli, wyrwania z otchłani oceanu. Zamiast wykopywać linki na Wykopie aż chce się wyjść z domu i zacząć szukać skarbów i śladów pradawnych cywilizacji. Ale, ale, nawet jeśli nie masz funduszy na nowoczesny sprzęt geolokalizcyjny, brakuje ci kwalifikacji by przyłączyć się do wyprawy naukowej pod patronatem ministerstw i akademii nauk – wciąż możesz odkrywać!

Bo z tym odkrywaniem to jest tak, że najlepiej odkrywa się…dla siebie. Na swoje własne potrzeby. Jasne, możesz oglądać się na innych, porównywać swoje osiągnięcia z cudzymi, ścigać się po złote runo – droga wolna. Uważaj tyko, żebyś chodząc coraz bardziej nieubitym szlakiem nie ominął tych wszystkich wspaniałości, które, o zgrozo, opisały już przewodniki. Nieubity szlak ma sens, gdy jego celem jest dotarcie w nowe, ciekawe miejsca. Jeżeli jednak podróż nieubitym szlakiem zaczyna być wymówką by gdzieś NIE POJECHAĆ („nie jadę do Taj Mahal, to za bardzo turystyczne”) – traci ono moim zdaniem jakikolwiek sens. Zresztą – jak dla mnie nawet najbardziej ubity, wybetonowany i wyposażony w ruchomy chodnik szlak pozostaje nieubity, dopóki nie ubiją go moje własne stopy. Dzięki temu równie nieodkryte jak skryte w kambodżańskiej dżungli miasto, jest dla mnie zachodnie wybrzeże Phuket, którego jeszcze nie miałem okazji objechać. Równie tajemnicza jak preangkoriańska cywilizacja jest kultura Nepalsko-Birmańskich imigrantów w Tajlandii, od których codziennie kupuję naleśniki z Bananami a o których (imigrantach, nie naleśnikach) wciąż wiem dużo za mało. Równie kuszące jak płaskorzeźby w jaskini Mahendrapravata są streetartowe malunki na ścianach domów w Penang, którego jeszcze nie odwiedziłem.

Tym sposobem tylko w zeszłym tygodniu odkryłem nową piękną plażę 3 km na północ stąd, poznałem smak Tom Kha Gai u sprzedawcy, u którego wcześniej się nie stołowałem oraz przekonałem się na własnej skórze (wszak ciężko się przekonywać na cudzej!) że w czasie monsunowego deszczu woda w basenie wydaje się znacznie cieplejsza. Tak, jestem wielkim odkrywcą (196 cm wzrostu).

A Ty co ostatnio odkryłeś?

Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. Od 2011 roku mieszkam w Bangkoku, jeszcze dłużej - podróżuję po Azji. Moje materiały publikował między innymi magazyn Men's Health, CNN, Gazeta Prawna, liczne portale podróżnicze i lifestylowe. Masz pytania? Propozycje? Pisz! kontakt@skokwbokblog.com ENGLISH: I'm a freelance journalist, travel writer and photographer. I live in Bangkok, Thailand. I've published in Men's Health, CNN and numerous travel and lifestyle media. Feel free to contact me - kontakt@skokwbokblog.com

7 komentarzy
  1. świetnie napisane – aż chce się ruszyć w podróż (co z pewnością niedługo znów zrobię). dzięki, Maćku, za motywację! czasem potrzeba takich słów, żeby sobie przypomnieć, że zbyt długo zasiedziałam się w bezpiecznym Wrocławiu

  2. Bardzo fajny tekst, Maćku. MariOkowe duo w ostatnim czasie można rzec, że tylko odkrywa i póki co planuje roczną działalność “odkrywkową” trochę przedłużyć:) Uczucie poznawania to rzecz nieoceniona – czy to przewodnikowego np. Machu Picchu, czy “zwykłej” dżungli na Phi Phi (aby na własną rękę przebić się tam, gdzie można snurkować), czy, tak jak napisałeś, zachodnich plaż na Phuket (które, nota bene, są przepiękne – fota z Nai Harn Beach).

    Dla MariOlki równie fantastyczne jest odkrywanie kulinarne – smakowe poznawanie np. co może znajdować się w zupie, którą akurat spożywa. Czy z innej beczki osiodłanie motoru i wjeżdżanie w każdą możliwą szutrową drogę, która wydaje się być przejezdna w poszukiwaniu bezludnych miejsc.

    Grunt to się nie porównywać, bo każdy poznaje świat na swój sposób, tak jak lubi i jak jemu odpowiada.

    Pozdrawiamy gorąco z Singapuru

  3. Jutro mam nadzieję że odkryję możliwości moich nóg. 🙂
    Plan jest ambitny, ale na razie cicho-szaaa… 🙂

  4. “…szlak pozo­staje nie­ubity, dopóki nie ubiją go moje wła­sne stopy”- nic dodać, nic ująć:)

    Moim ostatnim odkryciem jest to, że nie należy mówić “ble”, póki nie zobaczysz. Nie miałam ochoty “odkrywać” Chicago i gdybym uległa temu “niechceniu”, to nie odkryłabym, że to naprawdę interesujące miasto. Mam nadzieję, że w listopadzie znów “poodkrywam” dla siebie kilka nowych zakątków i smaków Tajlandii:)

    Pozdrawiam.

  5. Moje odkrycie z weekendu jest niemal za płotem- to wrocławskie Nadodrze , które po latach zapomnienia, totalnego zapyzialstwa i beznadziei nabiera nowego- artystycznego – charakteru. Co ważne mieszkańcy zaczynaja to dostrzegać i cieszą się ze zmian.
    Tak na moje zachwyty zareagowała Pani w szalecie miejskim:
    – Tu teraz tak będzie prosze pani, nawet szalet bedzie u nas światowo czysty.

    Miłe odkrycie. Pozdrawiam i dziękuję za dobry tekst.

Leave a Reply

Your email address will not be published.


Notice: Undefined variable: comment_form in /home/skokwbok/domains/skokwbokblog.com/public_html/wp-content/plugins/wordpress-gdpr/public/class-wordpress-gdpr-integrations.php on line 79

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

x

Używamy plików cookie, aby zapewnić najlepszą jakość korzystania z Internetu. Zgadzając się, zgadzasz się na użycie plików cookie zgodnie z naszą polityką plików cookie.

Zgadzam się Nie zgadzam się