Nepal

>Wokół Annapurny 14.11 Dzień 4 “Przeszkoda to moja noga”

>Nie, wcale nie jest łatwo. Z załadowanym plecakiem na plecach nic nie jest łatwe. Wszystkie zapewnienia, że Annapurna Circut to banalnie prosty trekking się nie sprawdziły. Nas męczy niemało. Rano pobudka, zazwyczaj o 7-mej. Śniadanie – jajka sadzone z chlebem tybetańskim albo owsianka/musli. Oczyszczanie wody. W drogę. Przez pierwszych kilkadziesiąt metrów jest lekko. Potem pojawia się pot. Ale z każdym krokiem organizm przyzwyczaja się do wysiłku. Lecą godziny a widoki nie pozwalają myśleć o zmęczeniu. Przystajemy raz na jakiś czas, zazwyczaj przed lub po ostrzejszym wzniesieniu, popijamy wodę i pogryzamy batoniki. Po kilku godzinach zmęczenie zaczyna przysłaniać widoki, coraz częściej padają pytania o czas i przestrzeń (Kiedy będziemy? Daleko jeszcze?). Jeszcze dwie wioski, jeszcze jedna, jesteśmy. Trzeba wybrać hotel. Jak dotąd zawsze kończymy w pierwszym do którego zajrzymy. Warunki i tak wszędzie niemal takie same, nawet menu jest z góry narzucane przez jakąś organizację turystyczną. Padamy na łóżka i przez 15 minut rozkoszujemy się samym faktem leżenia. Potem przebieranie, zamawianie wiader ciepłej wody pod prysznic i dzbanków gorącej wody na herbatę i chińskie zupki. Wreszcie kolacja – ziemniaki z jajkiem, makaron z serem, momo. Nie na raz, każdego dnia co innego. Ceny nie pozwalają poszaleć. W porównaniu z Polską wciąż są niskie ale w porównaniu z tym co kilka tysięcy metrów niżej – zaporowe. Z pełnymi brzuchami czas spać. Godzina? Najpóźniej 20:00. Czasem 19, nierzadko 18. Jeszcze kilka stron książki, parę krzyżówek i oczy zamykają się same.

Tak było do wczoraj, kiedy to pojawił się nowy czynnik – moje biodro. Pod koniec przeprawy, na ostatniej prostej, zaczęło pobolewać. Gdy dotarliśmy do celu bolało już srodze. Znam ten ból, przez niego nie zacząłem regularnie biegać. Myślałem, że do rana przejdzie. Nic z tego. A pierwsze podejście czwartego dnia trekkingu naprawdę było strome i staw dał mi się mocno we znaki. Co robić? Wracać? Iść dalej? Na razie idziemy. Ewa i Maciek zabrali część ciężarów z mojego załadowanego plecaka ale tępy ból i tak nie przestaje mi towarzyszyć.

Pocieszenie nadchodzi wieczorem. Poznani po drodze Kanadyjczyk i Chilijczyk, poznani w hostelu Izraelczycy, kilka butelek i whiskey i lokalne specjały. Idziemy spać o 21, według tutejszych standardów to środek nocy.

Standard

One thought on “>Wokół Annapurny 14.11 Dzień 4 “Przeszkoda to moja noga”

  1. Pingback: Warto czasem gdzieś wyskoczyć! | Skok W Bok Blog – życie, praca i podróże po Azji

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *