>01.03 Na tapczanie siedzi leń…

>Chyba jednak nie leń. To, że od kilku miesięcy nie pracujemy nie znaczy, że leniuchujemy. Bądź co bądź takie podróżowanie wymaga czasami sporo wysiłku, zdolności organizacyjnych, determinacji. A zresztą nie o tym miała być mowa. W tytule od lenia bardziej istotny jest tapczan. Dlaczego? Bo oto nadszedł etap naszej wyprawy, w którym łóżka w hostach zamieniamy na kanapy, tapczany, ciepłe kąty. Gdzie? W mieszkaniach obcych ludzi. Jak? A no tak, że od kilku dni uprawiamy couch surfing.

Nie będę się rozpisywał na temat zalet i zasad działanie couch surfingu – każdy może to wklepać w google i wypróbować na własnej skórze. Ważne, że w Xian, gdzie jesteśmy od trzech dni, zamiast w hostelu nocujemy u Adama – Anglika, który mieszka tu od kilku miesięcy, uczy innych angielskiego a siebie chińskiego. W jego wielkim (i lekko mówiąc co nieco brudnym, ale darowanemu się nie zagląda…) mieszkaniu znalazł się dla nas osobny pokój, z aż nadto wygodnym łóżkiem. Jednak Adam nie tylko gości nas u siebie w domu ale oprowadza po mieście, poznaje ze swoimi znajomymi i ogólne dba o to, żebyśmy w Xian wywieźli dobre wspomnienia. I wygląda na to, że odnosi sukces.

Już Xian samo w sobie jest nie lada atrakcją. Otoczone masywnym murem miasto ściąga do siebie miliony turystów głównie za sprawą słynnej terakotowej armii, którą odwiedziliśmy wczoraj. Ale nie tylko liczące sobie ponad 2000 lat naturalnych rozmiarów figury robią tu wrażenie. Równie emocjonujące są nocne spacery po hałaśliwej, zasnutej dymem z dziesiątków ulicznych kuchni muzułmańskiej dzielnicy, obiady w obskurnych i absurdalnie tanich chińskich knajpach serwujących najlepszą chińszczyznę na świecie, zajadane na ulicy szczodrze przyprawione szaszłyki i boskie karmelizowane truskawki na patyku. A wszystko to wygląda i smakuje jeszcze lepiej, ze względu na towarzystwo, z którym spędzamy czas. Gromadka nauczycieli z tutejszych szkół językowych, z którą poznał nas Adam prowadza nas do swoich ulubionych barów z nudlami, pomaga rozszyfrować hieroglify w knajpianym menu, opowiada o życiu w Xian i wznosi kolejne toasty lekkim chińskim piwem i mocną chińską wódką.

A pora roku sprzyja tu stadnemu świętowaniu. Wczoraj bowiem przeżyliśmy czwartego w ciągu ostatnich miesięcy sylwestra. Najpierw było indyjskie Diwali, potem spędzona na jednej z wysp Tajlandii noc z 31 grudnia na 1 stycznia 2010, dwa tygodnie temu TET – chiński nowy rok obchodzony w Hanoi i wreszcie wczoraj – koniec festiwalowych obchodów sezonu wiosennego w Xian. Jeszcze nigdy nie oglądaliśmy z tak bliska takiej ilości fajerwerków. Z każdego rogu, z każdego zaułka startowały race i rakiety. Świsty, huki, wystrzały odbijały się echem między wieżowcami. Pod nogami zrobiło się czerwono od wypalonych petard a nad głowami tęczowo od rozkwitających co parę sekund na niebie sztucznych ogni. Z dymem musiały pójść tysiące Yuanów ale tu, w Chinach liczy się efekt. Ma być imponująco, ma robić wrażenie, bez względu na koszty.

My niestety z kosztami liczyć się musimy. Dlatego powoli zbliżamy się do końca trasy. Ale nie uprzedzajmy faktów, na razie cięgle podróżujemy na wschód. Dziś wieczorem wsiadamy w pociąg. Następny przystanek – Pingyao.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.