Chateau d’O

Gdy miesiąc temu przyjechaliśmy do Tajlandii, w oko wpadła mi tutejsza angielskojęzyczna gazeta codzienna a w niej kolumna poświęcona winu. Zaczytałem się i przypomniało mi się, jak smakuje wino i jak za tym smakiem tęsknię. Tekst podpisany był – Chateau d’O, obok autor podał swój adres e-mail. Na adres ten wysłałem krótki list – że kocham wino i że mi go brak i że chcę go w życiu więcej. I o dziwo dostałem odpowiedź.

Autorem winiarskiej kolumny, kryjącym się pod pseudonimem Chateau d’O okazał się zamieszkały od 30 lat w Tajlandii Belg – Jacques Beckaert – ceniony dziennikarz, kompozytor awangardowej muzyki, pisarz, obecnie dyplomata. Nie tylko odpisał na mojego maila, ale przekazał go dalej, do znajomych tajskich winiarzy, dzięki czemu jestem na najlepszej drodze do napisania artykułu o winach Tajlandii. Pan Beckaert nie skończył jednak na pisaniu listów, ale zaproponował, żebyśmy spotkali się tak, jak robiło się to dawniej – oko w oko, przy butelce wina.

Spotkanie odbyło się dzisiaj, w małej, klimatycznej tajskiej restauracyjce w centrum Bangkoku. Jedliśmy kolejne dania z czterech stron Tajlandii (Ewa niemal udławiła się zakamuflowaną papryczką chili), sączyliśmy tajskie wino i rozmawialiśmy – o winie, o Tajlandii, o Bangkoku, o wszystkim, co nas ostatnio interesuje. Rozmowa się kleiła więc kontynuowaliśmy ją w mieszkaniu pana Beckaerta – przy kawie, belgijskich czekoladkach i kolejnym, tym razem deserowym, tajskim winie. Słuchaliśmy o marnych butelkach podawanych w czasie spotkań na szczycie i świetnych serwowanych przez serdecznych przyjaciół. O tym jak smakuje Romanee-Conti a jak lampka szampana wychylana w dniu zakończeniu II Wojny Światowej. Choć znaliśmy się ledwie z wymiany kilku maili, zostaliśmy ugoszczeni jak ważne persony i potraktowani jak przyjaciele. Kolejny raz sprawdziło się twierdzenie, że ludzie wina, to ludzie dobrzy.

I tak z klasą kończymy przeszło miesięczny pobyt w Tajlandii. W paszporty mamy już wbite wizy Wietnamu, w kieszeniach mamy wydruki e-wiz kambodżańskich, w portfelach garść dolarów. Na pożegnalną kolację spróbowaliśmy tajemniczego Morning Glory (które okazało się ni mniej, ni więcej tylko smażonymi łodygami jakiegoś zielska). Za chwilę pożegnamy się z naszymi ukochanymi naleśnikami bananowymi, aby jutro, wczesnym rankiem wsiąść w autobus i pomknąć ku granicy. Nareszcie w drogę!

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Przez ponad 8 lat mieszkałem w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.