>25.02 The masses against the classes

>Chyba nigdy jeszcze nie widzieliśmy na ulicy tłumu tak gęstego jak ten, który przywitał nas przed dworcem kolejowym w Chengdu. Owszem, na koncertach rockowych, na festiwalach ale tak po prostu, na ulicy? Nigdy. Zresztą tłum uliczny różni się od koncertowego. Nie ma wspólnego celu, nie jest zwrócony w jednym kierunku, nie niesie go zsumowana energia. Tu każdy podąża w swoja stronę, przeciska się między innymi. Jak w rozgrzebanym mrowisku.

Chaos próbują kontrolować policjanci i wojskowi. Wszędzie ich pełno, stoją w równych szeregach, maszerują rytmicznym krokiem. Na głowach noszą okrągłe, zielone czapki lub ciężkie hełmy, w dłoniach groźnie wyglądające pałki. Strzegą zakazów wstępu, utrzymują porządek w kolejkach, karcą wzrokiem nadpobudliwych. Ich pojawienie się skutkuje tymczasowym zanikiem ulicznego handlu – prowizoryczne stoiska znikają w ułamku sekundy, chodnikowi przedsiębiorcy chowają się za drzewami a przeczekawszy kryzys wracają do robienia interesów.

Cały ten tłum musi gdzieś mieszkać. Może dlatego na pierwszy rzut oka Chengdu sprawia wrażenie wielkiego blokowiska. Oto miasto w którym spotkały się wrocławski Kozanów i warszawski Ursynów, poznańskie Rataje i krakowska Nowa Huta. Bloki są wszędzie, stoją szarymi szeregami wzdłuż ulic, rzucają cień na chodniki. Dopiero w samym sercu miasta ustępują miejsca swoim młodszym, wyższym braciom – drapaczom chmur. Aż szyja boli od zadzierania głowy. Do dziesiątków już stojących wieżowców wkrótce dołączą kolejne, których szkielety wydają się rosnąc z dnia na dzień. Od takich otoczonych blaszanymi płotami budów ciągnie chłodem i pachnie mokrym betonem. Ich dolne piętra poprzysłaniane są ogromnymi bilbordami zwiastującymi zbliżające się wielkimi krokami otwarcie kolejnego butiku Louis Vuitton, Ermenegildo Zegda, Christian Dior czy Burberry. Z już działających domów towarowych wylewa się rzeka Chinek. Wypudrowane, wciśnięte w garsonki i futra, z maleńkimi pieskami na rękach. Braki we wzroście nadrabiają wysokością obcasów w kozakach. Chodzenie na szpilkach nie zawsze dobrze im wychodzi więc prędko wsiadają do wielkich czarnych samochodów wyprowadzanych przez parkingowych z galeriowych podziemi i giną gdzieś w pełznącej ulicami kawalkadzie samochodów. Kilka przecznic dalej na piedestale trwa Mao. Ramię uniesione w pozdrowieniu, na ustach cień uśmiechu.

Na szczęście przed męczącym tłumem jest gdzie się ukryć. W dzień trafiliśmy do jednego z największych zakonów buddyjskich w Chinach. Powdychaliśmy zapach kadzideł, nasłuchaliśmy się modlitewnych śpiewów, napatrzyliśmy się na złotych buddów. Wieczorem skusiła nas poświata kompleksu świątynnego położonego po drugiej stronie ulicy, przy której stoi nasz hostel. Za murami zamiast mnichów zastaliśmy chińskich turystów. Przyszli świętować festiwal lampionów. Karmią oczy widokiem tysięcy barwnych papierowych latarni rozwieszonych na drzewach, karmią brzuchy smażonymi na głębokim oleju szaszłykami, grubo panierowanymi kurczakami, zapychającymi mięsnymi knedlami. Tutejsze jedzenie również pomyślane jest na potrzeby wielkiej mas. Tłuste i ostre, już po kilku kęsach staje w kołkiem w gardle i zaczyna mdlić. Nie da się go zjeść dużo więc starczy dla wszystkich.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Przez ponad 8 lat mieszkałem w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.