3.03 Małe też piękne

Do Pingyao dotarliśmy wczesnym rankiem. Krajobraz zupełnie inny niż ten, do którego przyzwyczaiły nas Chiny – z wielkomiejskiego zmienił się w prowincjonalny. Może liczba mieszkańców nie przekraczająca 500 tyś to według tutejszych standardów zbyt mało by zasługiwało na uwagę? Może stąd dworzec podobny tysiącom zasnutych pajęczynami stacyjek PKP, ulice pełne dziur zupełnie jak u nas gdy stopnieje śnieg, brudne kamienice, kurz i brud.

Prosto z wagonu pobiegliśmy po bilety na pociąg do stolicy. Uzbrojeni w cierpliwość, kuląc się z zimna stanęliśmy w długiej kolejce. Gdy kilkanaście minut później prawie się doczekaliśmy, spotkała nas chińska niespodzianka. Już pukaliśmy w szybkę, już zakreślaliśmy właściwe zdania w “rozmówkach mandaryńskich” gdy kasjerka bez słowa wstała z krzesełka, odwróciła się na pięcie i zasiadała…dwa okienka dalej. Nowa kolejka ustawiła się błyskawicznie a my, zdezorientowani, trafiliśmy na sam jej koniec. Dlaczego? Po co? Jakim prawem? Nie wiemy. Bariera językowa nie pozwoliła nam walczyć o swoje więc pokornie, po raz kolejny czekaliśmy na swoją kolej. Gdy wreszcie nadeszła, spotkał nas kolejny zawód – bilety do Pekinu się skończyły.

Zmęczeni niezbyt wygodną nocą w pociągu odpuściliśmy sobie długi spacer do hostelu i daliśmy się zgarnąć rikszarzowi na przejażdżkę mrożącą nie tyle krew w żyłach co uszy i nosy. Ogrzała nas nieco wiadomość, że przejażdżkę darmową bo w ramach bezpłatnego transportu gwarantowanego przez guesthouse, w którym już kilka dni wcześniej postanowiliśmy się zatrzymać. (Niestety w Pingyao nie znaleźliśmy kanapy do surfowania). Na miejscu, po wizycie w 2 drogich pokojach zdecydowaliśmy się na trzeci, o połowę tańszy i równie urokliwy.

Harmony Guesthouse, w którym nocujemy to odrestaurowany przeszło 300 letni, drewniany dom z pięknym brukowanym podwórkiem i barwnymi szybkami w oknach. Całość idealnie wpasowuje sie w klimat Pingyao – schowanego za wysokimi murami obronnymi gąszczu wąskich uliczek, szarych, ceglanych domków, pięknie zdobionych świątyń. Kilka pobliskich przecznic to typowe turystyczne getto ale wystarczy oddalić się o parę kroków a ulice zapełniają się tutejszymi. Ktoś gotuje obiad na polowej kuchni, ktoś goni osła, który zerwał się ze sznurka, ktoś szykuje wieńce na jakąś, nie wiadomo smutną czy radosną uroczystość. Spacer po mieście przypomina wizytę w muzeum z tą różnicą, że tu wciąż cicho tętni życie.

Niestety nie mamy ani czasu ani funduszy na intensywne zwiedzanie. Pstryknęliśmy więc kilka zdjęć, zjedliśmy słodko kwaśną wieprzowinę i z książkami w dłoniach chronimy się przed zimnem pod pierzyną. Jeszcze nie w domu a już prawie jak w domu.

p.s. Dziś dotarła do nas smutna wiadomość o śmierci Pawła Krotoskiego. Krotona znałem słabo, był raczej kumplem kumpla. Pamiętam jednak, jakie wrażenie robiły na mnie opowieści o jego wyprawach, pamiętam podróżnicze wskazówki, których udzielił mi w czasie kilku naszych przelotnych rozmów. To właśnie zapał i otwartość jego i ludzi mu podobnych pchnęła nas w drogę. Dzięki!

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.