>5.03. Twierdza Pekin

>Nie wiemy kiedy wjechaliśmy w Pekinu. Z okien pociągu ciężko wypatrzeć kiedy kończą się przedmieścia i zaczyna się miasto. Wokół szarość, bezlistne drzewa obwieszone łopocącymi na wietrze foliowymi workami, skute lodem stawy, gruzowiska. Spodziewaliśmy się wielometrowych wieżowców, oszałamiającej panoramy wyłaniającej się z za horyzontu. Nic z tego. Na centralną stację kolejową wjechaliśmy bez fanfar.

Przy pierwszym spotkaniu miasto przypomina nieumiejętnie przyrządzone jajko sadzone. Rozlane po całej patelni, gdzieniegdzie nie ścięte, tu i tam przypalone. W dodatku rozlało się żółtko. Nie zauważyliśmy jednego centrum, dojście z jednego ciekawego miejsca do drugiego zajmuje wieki, bez skutera czy samochodu jest to bardzo męczące. Jest metro, są autobusy ale tak przywykliśmy do chodzenia piechotą, że zwyczajnie nie możemy się powstrzymać.

Trafiliśmy tu w ciekawym momencie – właśnie zaczęły się obrady Komunistycznej Partii Chin. Pewnie dlatego ulice wyglądają jak wyjęte z gry komputerowej ustawionej na najwyższy poziom trudności. Policja jest wszędzie, pomaga jej wojsko i oddziały specjalne. Najgęściej jest wokół placu Niebiańskiego Spokoju gdzie zielone i czarne mundury mija się na każdym kroku (aby wejść na sam plan trzeba przejść kontrolę osobistą i oddać bagaże do przeskanowania.) Ale i kilka przecznic dalej nie trudno natknąć się na maszerujących paradnym krokiem wojskowych, zablokowane ulice, agentów SWAT patrolujących chodniki z karabinami maszynowymi w pogotowiu.

To wszystko nie oznacza jednak, że nam się tu nie podoba. Wręcz przeciwnie. Pospacerowaliśmy szerokimi, czystymi ulicami pogryzając prażone kasztany, zjedliśmy za drogie nudle w osiedlowej restauracji (z naszych pierwszych obserwacji wynika, że jest tu 3 razy drożej, niż w innych chińskich miastach, które odwiedziliśmy), kupiliśmy po śmiesznie taniej książce w kilkupiętrowej księgarni. Przed zgiełkiem ulicy uciekliśmy do Zakazanego Miasta – pradawnej siedziby chińskich cesarzy. Kompleks utrzymanych w świetnym stanie starochińskich budynków zajmuje powierzchnię, która dała by w kość najbardziej wytrwałym chodziarzom. Ale chodzić warto – pełne cyprysów ogrody, pełne wiekowych mebli komnaty i…pełno turystów. Nic zresztą dziwnego – to jedno z najbardziej imponujących miejsc jakie widzieliśmy w Azji. Ciekawe czy to samo będziemy mogli powiedzieć jutro o Chińskim Murze.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.