Gdzie kończy się Azja?

I po czym poznać, że to już Europa? Może po zmianie temperatur? Choć Pekin robił wszystko co w jego mocy, żeby oszczędzić nam szoku termicznego, ukraiński mróz i tak daje nam się nieco we znaki. A może po tym, że dopiero co zapijaliśmy pożegnalne uliczne szaszłyki najtańszym chińskim winem a dziś w głowie nam barszcze i pierogi? Czy może po tym, że dopiero co nie mogliśmy się opędzić od natrętnych spojrzeń skośnych oczu w Pekinie, a już ignorują nas obojętne spojrzenia spod futrzanych czapek w Kijowie? Ja, jak kilka miesięcy temu Indie tak i teraz Europę najmocniej czuję nosem. W zapachu kminkowego ukraińskiego chleba, w kieliszku koniaku wychylonym z ulicznym sprzedawcą pamiątek, w woni cerkiewnych kadzideł, zupełnie innej niż ta w buddyjskich pagodach.

Jednak tam naprawdę trudno dostrzec granice. Nie ma gwałtownej zmiany klimatu, nie ma szoku kulturowego. Na lotnisku w Moskwie tłum jest jeszcze przemieszany. Chińczycy, Mongołowie, Europejczycy. W samolocie do Kijowa siedzimy obok Hindusa, który z zazdrością zerka na nasz obiad. Gdy wszyscy przeżuwają standardowego kurczaka z ryżem my raczymy się kawiorem, łososiem, owocami. Wszystko dzięki temu, że jeszcze kilka tygodni wcześniej, kupując bilety w internecie wybraliśmy sobie nieco niestandardowe dania, które zjemy na pokładzie. Ewa – posiłek koszerny, ja – muzułmański. Dzięki temu jesteśmy obsługiwani w pierwszej kolejności i dostajemy lepsze jedzenie niż inni. Nie wiemy czemu, tak po prostu jest.

Zatem jesteśmy w Kijowie – mieście, które sprawia koszmarne pierwsze wrażenie. Szarość, błoto, beton. Wszędzie wokół blokowiska i dymiące kominy. Ale nie warto się zniechęcać – nasz gospodarz, Sergii z serwisu couch surfing, pokazał nam piękniejsze oblicze stolicy Ukrainy. Zabytkowe kamienice, kapiące złotem cerkwie, brukowane ulice. Ludzie opatuleni w skóry i kożuchy, kobiety w puszystych futrach, na wysokich obcasach. Tradycyjny postsowiecki kicz i bałagan idzie w parze z dynamicznym rozwojem – w oczach rośnie stadion narodowy, ulicami przemykają błyszczące limuzyny. Nie zabawimy tu jednak długo. Jutro wieczorem wsiadamy w pociąg do Lwowa. To ostatni przystanek przed powrotem do domu.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

No Comments Yet

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.