Nie do przeskoczenia

Great China Wall

Dotarliśmy do mety. Dalej, tym razem, się nie da. Na drodze stanął nam mur. Nie byle ściana ale światowej klasy zabytek. Jest ich kilka na świecie – mur berliński, ściana płaczu. Ale chyba żaden nie zyskał takiej sławy jak ten największy, najbardziej spektakularny, po prostu naj. Wielki mur chiński.

A najlepsze jest to, że coś takiego jak chiński mur zwyczajnie nie istnieje. Nie ma jednej, wijącej się setkami kilometrów ściany odgradzającego cywilizację wschodu od dziczy z zachodu. Są fragmenty, skrawki, kilkukilometrowe kawałki. Niektóre odrestaurowane, inne od wieków nie tknięte i tym samym mniej spektakularne ale bardziej autentyczne. Pełen wybór.

W zasięgu jednodniowej wycieczki z Pekinu jest kilka fragmentów. Który odwiedzić zdecydowaliśmy na czuja i wiele wskazuje na to, że wczuliśmy dobrze. Po przesadnie długiej (jak wszystkie w stolicy Chin) podróży autobusem i 10-cio minutowej przejażdżce taksówką, uiściwszy opłatę za bilet wstępu zaczęliśmy wspinaczkę. Bo zwiedzanie tego fragmentu muru to nie byle spacerek a prawdziwe wyzwanie. Projektanci sprzed wieków, nie zważając na koszta swoje kreski powiedli przez same szczyty gór, najbardziej stromymi zboczami. Właśnie dlatego w miejscu w którym go zwiedzaliśmy chiński mur był nie tyle ścianą co onieśmielająco długimi i stromymi schodami. Na szczęście wbrew ostrzeżeniom przewodnika nie musieliśmy przeciskać się przez gąszcz turystów, owszem było ich trochę w dolnych partiach ale im wyżej tym luźniej. Zrobienie całej rundki zajęło nam 2 godziny. Zakwasy towarzyszyły nam przez kolejne 2 dni. Wspomnienia zostaną na całe życie.

Zatem meta. Po wielu miesiącach parcia na wschód robimy w tył zwrot i ruszamy na zachód, do domu. Na podsumowania przyjdzie czas, przed nami jeszcze dzika Ukraina, mroźny Kijów, historycznie naznaczony Lwów. Na razie wiemy tyle: w tej chwili czujemy się mniej więcej tak, jak zaraz po zjedzeniu Big Maca w McDonalds. Mamy cholerną ochotę na następnego.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

2 Comments

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.