Żegnam cię miasto

„Pociąg z Bangkoku do Nakhon Si Thammarat odejdzie za 3 minuty z peronu piątego!” – ogłasza po tajsku głos z megafonu. Nie muszę nawet czekać na wersję angielskojęzyczną. Po dwóch latach Bangkoku tyle potrafię już zrozumieć. Po dwóch latach w Bangkoku opuszczam go na dobre.

W ustach czuje jeszcze piekący smak ulicznej zupy z kluskami, którą zjadłem 20 minut temu parząc na zachód słońca nad dworcem kolejowym Hualampong. Takiej samej zupy jaką zajadam się niemal codziennie od kiedy tu przyjechałem. Ten smak nie znużył mnie wcale, tak jak nie znużyło mnie to miasto. Nagle ostre szarpnięcie, narastający łoskot i…jedziemy. Za oknem przelatują wszystkie te znajome miejsca w Bangkoku, z którymi zdążyłem się zżyć. Za oknem przelatują wspomnienia a ja czuję, że serce chce wyskoczyć mi z piersi, na miasto.

Po lewej stronie w górę strzela hotel Prince Palace, u jego stóp Bobae Market – największe hurtowe targowisko Bangkoku. W oddali, po prawej migoce Bayoke Sky – najwyższy wieżowiec Tajlandii. Gdybym wsiadł w mknącą po ciągnącym się z zachodu na wschód kanale łódkę, która właśnie przejechała  pod moim wagonem, dojechałbym właśnie tam, w okolice Prathunam, Siam, ścisłe centrum Bangkoku . Łódź w przeciwnym kierunku zawiozłaby mnie do Wat Saket, na obrzeża dzielnicy Banglamphu, skąd już tylko krótki spacer na Khao San i nad rzekę.

Pociąg kołysze się na krzywych torach przedzierając się przez prowizoryczne osiedle, które ociera się o definicję slumsu. 2 metry od wagonu dzieci układają się do snu w skleconych z byle czego i byle jak barakach, mrok przed domami rozświetlają pojedyncze, nagie żarówki, dookoła walają się śmieci. Zresztą w wagonie też nie panują luksusy – nad głową furkocze  rozklekotany wiatrak, z toalety, fala za falą nadciąga smród, po podłodze raz po raz przebiega co odważniejszy karaluch.

Zasłuchuję się w rozmowy innych pasażerów i… rozumiem. Wyrywki, ułamku ale jednak. Jeszcze zanim go zobaczę wiem, że wędrujący między rzędami siedzeń sprzedawca niesie porcje ryżu i wodę. Nie muszę pytać o ceny plastikowych wachlarzy, wiem że moja sąsiadka skarży się na upał a jej córka jest głodna. Choć po Tajsku rozumiem wciąż niewiele, jego brzmienie nie jest już tak obce jak dwa lata temu.

Wzrok wlepiony w okno. Mijamy Dusit, jedną z bardziej cywilizowanych, zielonych i zarazem jedną z najmniej przeze mnie poznanych dzielnic miasta. Dusit park, Wat Benchamabophit, Vimanmek Mansion czy tutejsze zoo będą musiały poczekać na swoją kolej, może na czas gdy Hana dorośnie na tyle by chcieć oglądać zwierzęta w klatkach, świątynie i pałace. Mijamy drogowskaz z napisem Chatuchak – ileż to weekendów spędzonych ma zakupach na tamtejszym targowisku? Albo na leżakowaniu w pobliskim parku, na matach wynajmowanych po 20 Baht sztuka?

I tylko kierunek ciągle nie ten, wszak mam jechać na południe, ku morzu, ku tropikalnym wyspom. Tymczasem wciąż toczę się na północ. Rozglądam się i widzę nazwę stacji, na której właśnie przystanęliśmy : Bang Sue. To przecież tu, przeszło dwa lata temu spędziłem swój pierwszy miesiąc w Bangkoku, to tu zrobiłem TEFL-a, pierwszy raz poczułem na własnej skórze żar bangkockiego słońca w porze gorącej i pierwszy raz zmokłem w bangkockiej ulewie. To tu poznałem Jasmine. To tu w czasie jednego ze spacerów po okolicy, z drzewa spadło mi na głowę dojrzałe mango – po tajsku mamuang suk –  mango szczęśliwe.

Zatem pętla, powrót do punktu wyjścia. Pociąg bierze szeroki zakręt i chwile później sunie  już we właściwym kierunku, na południe. Dusząca gula, która od jakiegoś czasu rosła w moim gardle zaczyna przesuwać się w tym samym kierunku, nabierać masy i temperatury by wreszcie żarem rozpłynąć się po mojej klatce piersiowej. Żegnaj Bangkoku, przez ciebie wszystko jest inne, dzięki tobie nic nie będzie już takie samo.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

27 Comments
      1. Wow, super to się czyta. Sam jestem tajlandiofilem i dzieki tobie mam tej Tajlandii trochę w Polsce.

  1. łezka mi sie w oku zakręciła, przy tej zupce najbardziej:) super tekst! chociaz teraz sie czuje, jakbym sama opuszczala swoje miasto..:)

  2. Od jakiegoś czasu śledzę Twoje wpisy na blogu. Fajnie się je czyta, tym bardziej że Tajlandia, choć w niej jeszcze nie byłem, na razie jest moim celem. Celem na kilkumiesięczy coroczny pobyt. Czuję przez skórę, że to może być moje miejsce, niekoniecznie na całe życie, ale właśnie na takie pobyty. Tym bardziej, że sam już raz dokonałem podobnej przeprowadzki do Twojej, choć nieco mniej radykalnej – po 32 latach opuściłem Warszawę i przeniosłem się na stałe w Bieszczady…
    Cóż – czekam na więcej. 🙂

  3. przez ciebie wszystko jest inne, dzięki tobie nic nie będzie już takie samo

    – ano

    Rychu już chyba z 30 biletem do BKK

  4. Ehhh…tydzień temu wróciliśmy z Tajlandii, gdzie Bangkok miał oczywiście też swoją odsłonę i to w trzech aktach 😉 Czytając to czułem się jakbym oglądał Twojego vloga albo siedział obok w pociągu. Rozumiem że moment był skłaniający do takich refleksji z nutką nostalgii to jednak czyta się ten tekst z uśmiechem na ustach 🙂 Dzięki serdeczne za tę choć krótką to bardzo obrazową podróż przez Bangkok.
    Wracaj tam często 😉
    Pozdrawiam i życzę jeszcze więcej ciekawych przeżyć na Phuket

  5. Znakomite teksty ! Ileż ja się dowiedziałam z tego bloga o Tajlandii, gdzie wybieramy się w sierpniu na kilka dni do Bangkoku i na dwa tygodnie na Phuket. Czekam na następne. Pozdrawiam

  6. Strasznie melancholijnie, strasznie smutno.. a jednak napawa optymizmem 🙂 bo przecież tyle pięknych wspomnień – w końcu Bangkok zmienił całe Twoje życie! Śliczna ta Twoja malutka Hana!
    Pozdrawiam 🙂

  7. Az chce się jechać i zwiedzić to miasto. Świetny blog, często tu zaglądam. Pozdrawiam i czekam na więcej 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.