Kłopoty w Raju

Gdy zerkam sobie czasami na archiwum Skok w Bok Blog na instagram, widzę życie usłane różami – same słoneczne dni, roześmiane dzieci, egzotyczne dania i ogólna rozkosz. Tymczasem życie w Tajlandii, podobnie jak gdziekolwiek indziej na świecie, bywa różne – raz na tuk tuku, raz pod tuk tukiem. Żeby więc przywrócić równowagę we wszechświecie i nie robić z bloga jedynie pełnej zachwytów widokówki, postanowiłem zgromadzić w jednym wpisie te wszystkie gorsze chwile naszego już ośmioletniego pobytu w Tajlandii. Oto one, w przypadkowej kolejności.

Upadek naszej szkoły

W Bangkoku pracowaliśmy w tajskich szkołach, na Phuket prowadziliśmy swoją własną. A raczej małe przedszkole w pięknej willi z wielkim ogrodem. Udziały w tym biznesie kupiliśmy od pary zachodnich nauczycieli, którzy otworzyli ją kilka lat wcześniej, a potem, jak twierdzili, chcieli odpocząć, ruszyć w świat.

Do pracy nad nowym biznesem zabraliśmy się z wielkim zapałem i włożyliśmy w szkołę sporo serca i niemało pieniędzy. Przedekorowaliśmy wnętrza, odświeżyliśmy stronę internetową, zaczęliśmy rekrutować nowych uczniów. Wszystko szło świetnie…przez jakiś miesiąc. Wtedy w szkolnej skrzynce pocztowej zaczęły pojawiać się pisma i wezwania – a to niezapłacony od kilku lat podatek, a to brak takiej czy owej licencji. Wkrótce okazało się, że kupiliśmy wydmuszkę – szkołę, która dobrze wyglądała z pozoru, a okazała się dysfunkcjonalna od strony formalnej. Prawnicy, u których sprawdzaliśmy dokumenty jeszcze przed inwestycją, niczego takiego nie wyłapali.

Agonia trwała około roku, próbowaliśmy wszystkiego, żeby naprawić strukturę prawną spółki, naprawić to, czego nie dopilnowali ludzie, od których kupiliśmy biznes. Bezskutecznie. Koniec końców szkołę trzeba było zamknąć, a sprawa skończyła się w sądzie. A tam, z braku twardych dowodów – mieliśmy nasze słowo przeciw słowu naszych „wspólników” – nasz pozew został oddalony. Przygodę z businessem w Tajlandii skończyliśmy w dziurą na koncie i nadszarpniętą wiarą w ludzi.

Bicie dzieci w szkole

Było to chyba w drugim roku naszego pobytu w Bangkoku. Pracowałem wtedy jako nauczyciel angielskiego w państwowej szkole, i z tego co pamiętam, bardzo tę pracę lubiłem. Jasne, miała ona swoje minusy – o nich piszę obszernie w osobnym wpisie – ale generalnie nie narzekałem, czułem się tam w miarę spełniony i lubiłem swoich uczniów…prawie wszystkich, poza jedną nieznośną klasą. 50 dzieciaków z piekła rodem, które jeśli już raczyły się pojawić w klasie, kompletnie mnie olewały, siedziały tyłem do tablicy i ogólnie miały mnie i moje lekcje gdzieś.

Po kilku tygodniach moja frustracja wzięła górę i poszedłem na skargę / prosić o pomoc do dyrekcji. I pomoc nadeszła – w postaci nauczycielka z bambusową rózgą, którą wpuścił w ruch na szkolnym korytarzu. Lanie dostali wszyscy moi uczniowie, również tych kilku, którzy w klasie jako tako się starali.

Był to dla mnie szokujący moment, kubeł zimnej wody, który uświadomił mi co nieco, jak się sprawy mają w Tajskiej szkole. Lanie, rzecz jasna, w niczym nie pomogło – jego jedynym efektem była jeszcze większa antypatia tej jednej klasy do mnie. Do dziś żałuję, że nie zaprotestowałem, gdy zaczęło się bicie i do dziś cieszę się, że to bicie nagrałem na video, mimo protestów tajskich nauczycieli.

Śmierć mojego szefa

Przez jakiś czas pracowałem na Phuket jako specjalista do spraw PR i komunikacji w nowo otwartym superluksusowym kurorcie. Uwielbiałem tę pracę, bo kurort rzeczywiście był nie z tej ziemi i miałem poczucie, że tworzymy na wyspie coś niezwykłego, tzw.nową jakość. Zresztą miał to być jedynie początek – w planach była ekspansja do innych krajów i międzynarodowa kariera.

Pamiętam, jak w kilka dni po opening party – a była to impreza, jakiej Phuket jeszcze nie widział – siedziałem z właścicielem kurortu, belgijskim multimilionerem imieniem Johan – i negocjowałem warunki dalszej pracy. Stanęło na 90.000 Bahtów, czyli podwyżce rzędu 200% w stosunku do mojej poprzedniej pracy w lokalnej gazecie. Świetna pensja za pracę, którą uwielbiałem, z ludźmi, za którymi przepadałem? Byłem w siódmym niebie!

Kilka dni później dotarły do nas wieści z Bangkoku – Johan zmarł na zawał serca. Miał 46 lat.

Nasz kurort został zamknięty kilka tygodni później. Nowej pensji nigdy nie dostałem a o wypłatę dwóch poprzednich, podobnie jak reszta ekipy, musiałem upominać się w sądzie (do dziś tych pieniędzy nie odzyskałem). Zostałem bez pracy, bez wizy…ale i tak najgorsza w tym wszystkim była utrata Johana, świetnego faceta, który we wszystkich swoich pracownikach wyzwalał pokłady pozytywnej energii. Wszyscy po nim płakaliśmy.

Wypadek Jasmine

Tajskie drogi należą do najniebezpieczniejszych na świecie. Na własnej skórze przekonała się o tym Jasmine, kiedy skuter, na którym jechała jako pasażer, staranował pickup.

Kawałek drutu, który w wyniku wypadku wbił się w jej plecy, wszedł w ciało na głębokość kilku centymetrów, dosłownie milimetry obok kręgosłupa.

Ostatecznie skończyło się na kilku szwach, paru siniakach i sporej dawce strachu. Sam do wciąż jeżdżę po Tajlandii na motocyklu i na razie, odpukać, bezwypadkowo, ale wypadek Jasmine zawsze wspominam z drżącym sercem.

Wizy

Naszych negatywnych doświadczeń z tajskimi wizami było tyle, że nie umiem już sobie ich wszystkich przypomnieć. Jak wtedy, gdy lekarz w urzędzie imigracyjnym odmówił Jasmine przedłużenia wizy ze względów medycznych i kazał wypadać z kraju, mimo że była w bodaj ósmym miesiącu zagrożonej ciąży i miała zakaz podróżowania wystawiony przez lekarza w szpitalu. Lub gdy to mnie tajscy celnicy nie wypuścili z kraju, bo zabrakło mi jakiegoś papieru i musiałem wracać się 200 km z granicy na Phuket, płacić kary za overstay i na gwałt szukać biletów, by jak najszybciej wylecieć z kraju inną drogą. O tych wszystkich visa runs, dziesiątkach godzin w minivanach i dziesiątkach tysięcy Bahtów wydanych, by móc kolejny rok mieszkać w Tajlandii nie wspomnę. Jednym z największych plusów naszej wyprowadzki z Tajlandii jest fakt, że nie będziemy musieli już użerać się w tajskimi wizami. (użeramy się za to właśnie z Brytyjską…ech)

Agent oszust

Pracę nauczyciela w Tajlandii można dostać na dwa sposoby – bezpośrednio w szkole lub przez agencję zatrudnienia nauczycieli. Z uczciwością agencji bywa różnie i niestety na jedną z tych nieuczciwych trafiła swego czasu Jasmine.

Pensja wypłacana z opóźnieniem aż wreszcie niewypłacana wcale, problem z wizami, groźby, uniki i dziwne przepychanki. Stresu było co niemiara. Koniec końców z pomocą przyszedł nam Tajski urząd ochrony pracy, który wymusił na nieuczciwej agencji zapłatę pensji, natychmiast, w gotówce.

Śmierć Eda

Tajlandia czy nie Tajlandia, śmierć kogoś bliskiego zawsze dotyka do żywego. Dla nas kimś takim był Ed Vaughan – amerykański producent filmowy, surfer, gitarzysta flamenco i żeglarz, który opłynął ziemię dookoła – dwa razy.

Ed zmarł w wieku 76 lat, na moich oczach, w trakcie masażu serca w szpitalu międzynarodowym na Phuket. Gdy Ed umierał, jego sześcioletni syn siedział u Jasmine na kolanach w poczekalnie, a mnie pielęgniarka uporczywie dopytywała o zapłatę 50.000 THB za reanimację. Przy okazji – niech wam nie przychodzi do głowy jechać do Tajlandii bez ubezpieczenia zdrowotnego. Tam nie ma, że kwestia życia i śmierci, kasa musi się zgadzać.

Wciąż czasami tęsknię za rozmowami w Edem. O jego przygodach możecie poczytać tutaj

Ed w latach 60 w Malibu. Zdjęcie dla magazynu Life.

Zagrożona ciąża

Jedna z najgorszych nocy, jakie przeżyliśmy w Tajlandii, miała miejsce około 7-go miesiąca pierwszej ciąży Jasmine, kiedy nagle wylądowaliśmy w szpitalu z nagłym krwotokiem. W szpitalu publicznym, w którym nikt nie mówił po angielsku, w którym pół nocy spędziłem na korytarzu, bez żadnych informacji o tym co dzieje się z Jasmine, bo nie pozwolono mi przebywać z nią w tym samym pomieszczeniu i w którym podjęliśmy decyzję, że nasza córka Hana przyjdzie jednak na świat w słono płatnym szpitalu międzynarodowym.

Komplikacje pojawiły się też po porodzie i bez wdawania się w szczegóły powiem tyle – Jasmine ledwie uszła z życiem, a rachunek za jego ratowanie wyniósł 300% tego przeznaczonego na sam poród. No ale oczywiście opłaciło się ?

Było tego rzecz jasna więcej – nigdy nieodzyskany depozyt za jeden z domów, który wynajmowaliśmy; denga, na którą zapadłem po wizycie w tropikalnym lesie na Phuket; liczne perturbacje z pracą tą czy ową. Lekko nie było, ale też było warto.  Niemal każda z tych wyżej opisanych sytuacji była życiową lekcją, inspiracją, początkiem czegoś nowego.  Wszystkie one nauczyły nas doceniać to co mamy, a jednocześnie być gotowymi na zmiany. No i zawsze podążać przed siebie, swoją własną ścieżką, nie martwiąc się niczym na zapas. Jak daliśmy radę w Tajlandii, damy radę gdzieś indziej.

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Przez ponad 8 lat mieszkałem w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

9 Comments
  1. Szacun i pokłon. To naprawdę bezcenne, że piszesz o tych wszystkich gorszych stronach życia w Taj też. Ze jak wszędzie są lepsze i gorsze chwile, sytuacje i przeciwności losu. Bo mam już dość samych ochów i achów, kolorowych instagramow i innych i jak to wszystkim się cudownie i bezstresowo żyje. Pozdrawiam serdecznie ?

  2. Tajlandia naprawdę potrafi dać popalić… aż niewiarygodne, że kumulacja takich wydarzeń może mieć miejsce. bardzo interesujący artykuł 🙂

  3. własnie obejrzałam w TV program Jestem z Polski.Program z Twoim udziałem w roli głównej.
    Jestes super człowiekiem. Od razu zajrzałam na bloga.
    Trzymam kciuki za Ciebie i cała Twoja rodzinę. Serdecznie pozdrawiam z Polski

  4. Bardzo ciekawy artykuł.Ja rowniez za sprawa programu Jestem z Polski weszlam na Twojego bloga.Odcinek z Toba super.Blog interesujacy.

  5. Nie chcę się powtarzać, ale również obejrzałam odcinek programu Jestem z Polski z Twoim udziałem…i muszę przyznać, że był to jeden z najlepszych odcinków! Bardzo mi się podobał! Pozdrowienia dla całej rodziny! Życzę dalszego odkrywania świata!

  6. Po obejrzeniu programu jestem z Polski weszłam na twojego bloga, jest bardzo ciekawy, podziwiam takich ludzi ja ty i życzę powodzenia. Będę obserwować bloga.

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.