10 lat w podróży

10 lat temu, jesienią 2009 roku, spakowałem plecak i ruszyłem z biletem w jedną stronę do Azji. Daleko przez tych 10 lat nie zajechałem. Przynajmniej jeśli patrzeć w linii prostej: Wroclaw – Sheffield, to prawie po sąsiedzku. Ale to myląca perspektywa. W rzeczywistości odbyłem daleką podróż i to pod każdym względem. I kiedy tak sobie podróżowałem, zmienił się świat, zmieniłem się ja….A jak zmieniło się podróżowanie?

Bardzo się zmieniło. A najłatwiej mi to sobie uświadomić, gdy przypomnę sobie jak jesienią 2009 roku wyruszałem w swoją pierwszą podróż do Azji.

Pierwsze co mnie uderza, to internet. Owszem, był on już wtedy powszechnie dostępny, sam przecież prowadziłem w tamtym czasie audycję o winie w pierwszym wrocławskim radiu internetowym. Ale w kontekście podróżowania internet nie był wtedy dla mnie tym niezastąpionym narzędziem, którym jest dzisiaj. Był co najwyższej miejscem, gdzie można było się podzielić wrażeniami z odbywanej podróży. Wiki travel? Airbnb? Uber? Apki do map, rezerwacji hoteli czy recenzji restauracji i turystycznych atrakcji? Wszystko to robiłem z pomocą jednego przedmiotu, i nie, nie był to smartphone (te były wtedy jeszcze w powijakach). Była to… Książka (dzieci, zapytajcie dziadków co to jest książka)). Książka była niebieska, na jej okładce było napisane Lonely Planet i bez niej nie bardzo wyobrażałem sobie podróż.

Bangkok Guide

Oczywiście nie tylko ja. Taki przewodnik był wtedy w plecaku prawie każdego backpackera a jego kserokopie były jednym z najpopularniejszych towarów sprzedawanych na Khao San Road w Bangkoku. Przed wyjazdem do nowego kraju wystarczyło zaopatrzyć się w wydanie Lonely Planet o nim i było się w gruncie rzeczy gotowym do drogi.

Poza książką, do mojego plecaka przed pierwszą podróżą do Azji trafił też netbook (Steve Jobs nie zdążył ich wtedy jeszcze zabić iPadem) i dongle do bezprzewodowego internetu, który przeważnie i tak nie działał. Dzisiaj ludzie płacą grubą kasę żeby się „disconnect” i „unplug”, techno-korporacje udają, że chcą nam pomóc w elektronicznym detoksie przy pomocy apek i opcji digital well-being w smartfonach, tymczasem 10 lat temu elektroniczny detoks był standardowym elementem każdej podróży. Również blogowanie podróżnicze wyglądało wtedy zgoła inaczej. Nie będąc bez przerwy online i bez dostępu do „dobrodziejstw” takich jak Instagram czy Fejsik, podróżnik miał trochę czasu rozejrzeć się dookoła, głębiej zastanowić się nad tym co chce napisać i ubrać to w formę dłuższą nic tweet.

Nie chcę wyjść na zgreda, któremu przeszkadza internet, ale jednak był w tym podróżowaniu w stylu vintage pewien urok. Myślę, że sporo tkwiło go w fakcie, że podróże wtedy były w nieznane – a przynajmniej w mniej znane, niż ma to miejsce dzisiaj, gdy przed wyjazdem można wszystko zinwigilować w sieci. Weźmy za przykład takie hotele – w czasie mojej pierwszej, półrocznej podróży po Azji, która powiodła mnie przez Indie, Nepal, Tajlandię, Kambodżę, Wietnam i Chiny, zarezerwowany z góry miałem dokładnie… Jeden hotel! Tak, jeden, ten pierwszy, w którym nocowałem zaraz po lądowaniu w Bombaju. Dziś, zanim gdzieś pojadę, zazwyczaj wiem już dokładnie gdzie będę nocował, ile za to zapłacę i jaki będę miał widok z okna. Tymczasem 10 lat temu nocleg na nadchodzącą noc poznawałem na kilka godzin przed zapadnięciem zmroku, albo i później. Czasami prowadziło to do stresujących sytuacji, takich jak brak dachu nad głową w przededniu trekkingu wokół Annapurny lub jego brak po lądowaniu na Lombok, ale z tych stresujących sytuacji wynikały później jedne z najintensywniejszych i najciekawszych wspomnień, jakie przywiozłem z podróży.

burma train passanger

Może dlatego, że wynikały z nich też nowe, ciekawe znajomości. Może tak – zapomniałem już 95% noclegów w wielogwiazdkowych hotelach, które odwiedzałem jako „pan redaktor od lajfstajlu” na Phuket (tych 5%, które pamiętam to moje dwa ulubione luksusowe hotele w Azji: The Siam w Bangkoku i Sofitel Legend w Luang Prabang), ale świetnie pamiętam nocleg z kozami w domu Dona w Nepalu czy noc spędzoną w chatce wśród palm na Lombok, do której, w ramach Indonezyjskie gościnności, włamał się dla mnie DX.

Ale dość już o tych technologiach, to oczywiste, że w 10 lat poszła ona mocno do przodu i wywróciła podróżowanie do góry nogami. Ale czy zmieniło się coś jeszcze? Myślę, że przede wszystkim zmieniło się moje nastawienie do podróży. Kiedy 10 lat temu kupowałem bilet w jedną stronę do Indii, myślałem, że jestem istnym Marco Polo czy innym Herodotem. Z plecakiem, bez planu, na wskroś Azji – czyste szaleństwo! Z tego snu o potędze zacząłem wybudzać się już po kilku tygodniach w drodze i po kolejnych wizytach w hostelach, w których poznawałem takich samych jak ja, dwudziestokilkuletnich Herodotów. Od słowa do słowa (“Skąd jesteś, skąd dziś przyjechałeś, dokąd jedziesz dalej?” – Tak w skrócie wygląda scenariusz 99% hostelowych rozmów) odkryłem, że w tym co robię, nie ma nic wyjątkowego, i że uciekając z jednej szufladki wpadłem w inną. Nie ubolewam jednak nad tym rozbitym w proch ego. To nawet dobrze wiedzieć, że jest się jednym z wielu. Dzięki temu zamiast na swojej wyjątkowej wyjątkowości można skupić się mocniej na odwiedzanych miejscach, poznawanych w drodze ludziach i nowych doświadczeniach. Plus, kto wie, może gdybym nie uświadomił sobie, że bycie backpackerem to rzecz powszechna, nie miałbym odwagi, żeby pchnąć życie na ja jeszcze dalszy tor i zostać ekspatą?

Thale Noi Pathalnug

Aha, co ważne, to co napisałem powyżej w żadnym wypadku nie świadczy o tym, że podróżowanie mi spowszedniało. Wręcz przeciwnie – im więcej podróżuję, tym mocniej przekonuję się, że to właśnie w drodze czuję się najlepiej a moja ciekawość zamiast zostać zaspokojoną jeszcze bardziej się zaostrza. To jedno się nie zmieniło – myśl o podróży ciągle wywołuje u mnie przyjemny dreszczyk.

Druga rzecz, która pozostaje bez zmian, to to, że najbardziej odpowiadają mi podróże bez z góry ustalonego planu. Tak jeździłem z Jasmine po Birmie, tak podróżowaliśmy, już w trójkę, po Indonezji, i w ten sam sposób całą czwórką błądziliśmy po południu Tajlandii. I dlatego nie wiem, dokąd zabierze mnie kolejna podróż. Nie mam zarezerwowanych biletów, wytyczonej trasy, przestudiowanych przewodników. Wygląda na to, że aby dowiedzieć się dokąd, jak i po co pojedziemy, będziecie musieli zajrzeć tu później. Mam tylko nadzieję, że nie będzie to za 10 lat.

Chcesz zasmakować w podróżach? Jedź ze mną do Tajlandii! Dowiedz się więcej tutaj:

W tym wpisie znajdują się linki afiliacyjne. Jeśli skorzystasz z którejś z przedstawionych tu usług, dostaniesz zniżkę, bonus lub najlepszą cenę, a ja otrzymam prowizję. Dzięki! 

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Przez ponad 8 lat mieszkałem w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.