Ruszyłem na zwiady. Pierwsza niespodzianka czekała na mnie już na parkingu. Czwarte piętro, na którym trzymam swój motocykl zawsze świeci pustkami. Tymczasem dzisiaj – korek, ani jednego wolnego miejsca a mój jednoślad upchnięty gdzieś w kącie pod ścianą. No tak, choć powódź jest na północy a ja mieszkam na południu, przezorni kierowcy woleli zaparkować swoje samochody wyżej i uchronić je przed nadciągającą falą.

Wyjechałem na miasto. Najpierw do centrum, do dzielnicy zakupowo-rozrywkowej. Powodzi na razie ani śladu ale widać, że nie wszyscy wierzą pani premier, która zapewnia, że główne dzielnice Bangkoku nie zostaną zalane. Wokół galerii handlowych piętrzą się worki z piachem, wejścia do niektórych sklepów są dosłownie zamurowane, stoją przed nimi dopiero co postawione betonowe zapory. Jak na razie jednak atmosfera jest jak zawsze – zabiegana, zakupowa, wakacyjna.

Jadę dalej – objeżdżam pałac królewski wokół którego kłębią się turyści, przemierzam uliczki Chinatwon – wszędzie sucho. Zmęczony upałem przystaję w India Town by zjeść obiad w postaci dwóch samos i soku z granatu. Najedzony nabieram ochoty by jednak tę powódź znaleźć. Odpalam motocykl i ruszam na północ.

Dziwi mnie nieco jakby mniejszy ruch. Korki są ale krótsze, mniej zagęszczone. Zagadka wyjaśnia się gdy wjeżdżam na pierwszą estakadę. Przy jej brzegu rzędem stoją zaparkowane samochody. Podobnie na następnej i na każdej kolejnej. Widok jest niesamowity, krajobraz rodem z filmów o zagładzie zombie. To bangkoccy kierowcy, nie czekając aż powódź zaleje ich auta, zaparkowali je w najwyższym punktach miasta a do pracy pojechali działającym jeszcze transportem publicznym. Korzystając w większego luzu na drodze, przyspieszam i mknę dalej.

Im dalej na północ tym więcej przydrożnych sprzedawców. Ci jednak, zamiast jak zwykle handlować ciuchami i turystycznym szmelcem sprzedają…łodzie. Dobrze schodzą też pontony, kamizelki ratunkowe, plastikowe wiadra i woda pitna. Popyt czyni podaż.

Jeszcze dwa zakręty i wjeżdżam prosto w kałużę. Potem w następną aż wreszcie trafiam w rzekę. Woda wartko płynie ulicą, samochody przedzierają przez brudną ciecz rozpryskując ją dookoła, po kompletnie zalanych bocznych uliczkach po pas w wodzie brną ludzie. Z każdym metrem jest coraz gorzej – widać, że miejscami woda sięga po pachy, przelewa się przez pas zieleni dzielący jezdnie. Znalazłem powódź

Panuje tu bezustanny ruch. Właściciele łódek pomagają starszym i dzieciom przeprawiać się przez pozamieniane w potoki ulice, rzędy ciężarówek wojskowych wiozą worki z piaskiem, bezpańskie psy szukają kawałka suchego chodnika. Na rogach kompletnie zalanych ulic gromadzą się ludzie – pewnie mieszkańcy domów, do których nie sposób się teraz dostać. Pokazują palcami, łapią się za głowę, patrzą z niedowierzaniem. Ale jak to zwykle w Tajlandii – nie brakuje przy tym dobrego jedzenie i…uśmiechów. Gdyby nie smród zatęchłej wody i potopowe widoki, mógłbym pomyśleć, że trafiłem na piknik.

Chowam na chwilę aparat fotograficzny i pomagam przy załadunku klatek z psami z ewakuowanego właśnie sklepu zoologicznego, w podzięce dostaję butelkę wody – towar szybko nabierający w Bangkoku wartości. Mocno zmęczony, w przemoczonych butach – zawracam. Jeszcze tylko pół godziny jazdy i będę pił herbatę w suchym mieszkaniu. Nie wszyscy w Bangkoku będą dziś mieli takie szczęście.

Kilka moich zdjec z powodzi znajdziecie na facebookowym profilu Skok W Bok Blog . Bedzie wiecej jak internet i komputer pozwola.

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog. 

 

 

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Przez ponad 8 lat mieszkałem w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

1 Comment

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.