Święto Wody

 

Przyjechaliśmy do Birmy po sezonie i po cichu liczyliśmy ze będzie nieco łatwiej – mniej ludzi, niższe ceny, puste hotele. Pod tym względem srogo się zawiedliśmy. A wszytko  za sprawa birmańskiego nowego roku.

Może i w Birmie panuje jeszcze militarny reżim ale na tę chwilę ulice opanowała totalna anarchia. Birmańczycy świętują Thingyan czyli swój nowy rok mniej więcej tak jak my świętujemy śmigusa dyngusa. Tyle że tak jak to w Azji bywa, idea została tu podniesiona do n-tej potęgi. Na ulicach miast i klepiskach wiosek trwa regularna wodna bitwa. W ruch poszły miski i wiadra, beczki i szlauchy. Wystarczy byle drzewo, skrzyżowanie, kawałek cienia a już pojawia się kilka głośników, dudniąca  muzyka i niewielka scena, z której grupa młodzieży polewa wodą drugą grupę tańczącą pod sceną.

Water Festival Celebrations

 

Obstawione są również drogi – co 50, 100 m stoją grupki uzbrojone w wiadra, z których obficie polewają nadjeżdżające pojazdy. Nie ma zmiłuj się, nie ma że boli, dostaje się każdemu. Miedzy tymi wodnymi stacjami kursują pickupy, ciężarówki i jeepy obwieszone ludźmi. W jednym pojeździe mieści się co najmniej 20 kompletnie przemoczonych osób oraz beczka, której zawartość jest bezustannie opróżniana i na nowo napełniana. Tak na oko w jeden dzień marnuje się tu więcej wody, niż wszystkim światowym organizacjom proekologicznym udaje się oszczędzić w rok. Jak wytłumaczył mi chłopak, który zaczepił mnie przy stoisku z chapati i zupą z koźliny, ludzie w Birmie żyją na co dzień w stresie i w biedzie i tylko przez tych kilka dni mogą się nico wyluzować. Cóż, w tym roku wyluzują się jeszcze bardziej – mamy rok przestępny i festiwal potrwa 5 a nie tak jak zwykle 4 dni.

Brzmi to może nieźle ale staje się mniej fajne gdy w takich warunkach przyjdzie człowiekowi podróżować. Nam przyszło – pierwszego dnia wodnego festiwalu przebyliśmy na skuterze jakieś 200 km z Kyaukme do Madalay. Z wiadra dostaliśmy już na pierwszym zakręcie, wyschliśmy dopiero 9 godzin później gdy zamknęły się za nami drzwi hotelu w Mandalay. Dodam ze woda jest często lodowata  i nawet przy panujących tu obecnie niemal 40-o stopniowych upałach, momentalni byliśmy zwyczajnie przemarznięci na kość.

Wet money in Burma
Suszenie przemoczonej zawartości portfela

Na tym jednak niewygodny związane z festiwalem się nie kończą. Z jego okazji przestają bowiem kursować międzymiastowe autobusy, pustoszeją dworce, i  tak  nierzetelne rozkłady jazdy kompletnie już tracą kontakt z przeczystością. Znalezienie autobusu, którym ewakuowaliśmy się z tonącego Mandalay (bez krzty przesady – centrum miasta wyglądało dokładnie tak jak niektóre ulice Bangkoku podczas zeszłorocznej powodzi) okazało się nie lada wyzwaniem i nie udałoby się gdyby nie przeserdeczny właściciel hotelu Reach Queen, w którym się zatrzymaliśmy. Nie tylko znalazł dla nas transport ale zawiózł na przystanek nie żądając w zamian niczego poza uściskiem dłoni.

Motorcycle crash

4 godziny jazdy później wylądowaliśmy w Monywa – na co dzień cichej mieścinie nad rzeka. Na co dzień. Od święta Monywa zmieniła się w coś pomiędzy polem bitwy a festiwalem rockowym. Ulice opanowały hordy pijanych ludzi przelewających hektolitry wody i alkoholu w takt rock’n’rolla i muzyki dance. Obrazu katastrofy dopełniają setki zmierzających we wszystkie strony skuterów, każdy niosących co najmniej dwóch, przeważnie trzech, bywa że czterech i więcej rozwrzeszczanych pasażerów. Powietrze siwe od smogu. W tej atmosferze spacerek w poszukiwaniu miejsca noclegowego zmienia się w przeprawę przez zasieki. (Trzeba dodać ze widok mojej białej twarzy wprowadza tu wszystkich w pewien rodzaj ekstazy, która zawsze kończy się lądowaniem wiadra wody na mojej głowie)  a frustracja narasta z każdym usłyszanym „We’re full, no room”. W sezonie po Birmie podróżuje coraz więcej obcokrajowców, w trakcie wodnego festiwalu podróżują Birmańczycy, hotele pękają w szwach. Przez to ofiara wodnego festiwalu padł nasz budżet. Choć przez 2 godziny wędrowałem w szerz i wzdłuż Moniwy, nie udało mi się znaleźć wolnego miejsca noclegowego. Ostatecznie wylądowaliśmy w nieco oddalonym od centrum i mocno oddalonym od naszych założeń budżetowych  Monywa Hotel. Po dwóch nocach mamy w kieszeniach o 70 dolarów mniej. W zamian dostaliśmy klimę, lodówkę, wannę i kompletny surrealizm birmańskiej telewizji.

Warer festiwal Burma street

Drugą ofiarą festiwalu jest mój aparat fotograficzny . Choć owinąłem go w plastikowa torebkę i schowałem do plecaka, po wczorajszej bitwie wodnej odmówił dalszej współpracy. Dlatego nie obejrzycie na blogu zdjęć drugiego największego posagu buddy na świecie i otaczającego go ogrodu tysiąca buddów.

Na szczecie mamy back up w postaci pukawki Jasmine. Od jutra przede mną nowe wyzwanie – do końca wyjazdu będę udowadniał ze to nie aparat robi zdjęcia.

*Cie­kawe? Dobrze napi­sane? Pomocne? Klik­nię­cie w jeden z przy­ci­sków “Share” pod arty­ku­łem to naj­prost­szy i naj­lep­szy spo­sób by doce­nić wysi­łek jaki wkła­dam w two­rze­nie tej strony i pomóc w roz­woju Skok W Bok Blog. Z góry dziękuję!

Maciek Klimowicz
Maciek Klimowicz

Jetem dziennikarzem i bloggerem. i autorem Skok w Bok Blog. Od 2011 roku mieszkam w Tajlandii. Masz pytania? Propozycje? Napisz do mnie na adres kontakt@skokwbokblog.com

9 Comments
  1. Tego się boję najbardziej w trakcie azjatyckich śmigusów-dyngusów – mokrego, zepsutego aparatu.. Udało Ci się go naprawić?

  2. Byłam w Birmie….zjezdziłam całą i na szczeście nie biorąc udziału w tego typu “atrakcjach”. Zakochałam sie w Birmie-  cudowni ludzie wiecznie uśmiechnięci pomimo tego w jakich warunkach żyją…..współczuje z powodu aparatu bo ja przywiozłam tysiace pięknych zdjęć. Powodzenia :)) Monika

Leave a Reply

Your email address will not be published.

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.